Uncategorized

Od sojuszu do wrogości. Jak lewica odwróciła się od Izraela

Alan Dershowitz

Nie ma żadnego uzasadnionego powodu – ani logicznego, ani historycznego, ani filozoficznego – dla którego lewica, a zwłaszcza skrajna lewica, miałaby tak zaciekle sprzeciwiać się Izraelowi i syjonizmowi, czyli jego ruchowi narodowowyzwoleńczemu. Antyizraelska postawa stała się wręcz papierkiem lakmusowym dzisiejszej lewicy. Nie zawsze jednak tak było. Kiedy w 1947 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych po raz pierwszy uznała państwo narodowe narodu żydowskiego, lewicowe kraje, osoby indywidualne, a nawet partie komunistyczne zjednoczyły się, by je wesprzeć.

Państwa komunistyczne dostarczały Izraelowi broń i dane wywiadowcze, gdy w 1948 roku walczył on z państwami arabskimi o samo przetrwanie. Szimon Peres był głównym prelegentem na wielu zgromadzeniach socjalistycznych.

Sytuacja ta utrzymywała się do momentu, gdy Związek Radziecki postanowił zabiegać o przychylność bogatych w ropę, reakcyjnych dyktatur arabskich i muzułmańskich. Jak można było przewidzieć, większość krajowych ugrupowań komunistycznych na całym świecie poszła za linią partyjną i zwróciła się przeciwko Izraelowi. Wkrótce w ich ślady poszła lewica akademicka.

Kiedy doszło do tego zwrotu o 180 stopni, Izrael był krajem socjalistycznym, w którym panowały wolność wyznania, równouprawnienie płci, wolność słowa oraz niezależne sądownictwo. Jego arabscy i muzułmańscy wrogowie nie rozpoczęli jeszcze wtedy żadnych reform. W Arabii Saudyjskiej nadal istniało niewolnictwo, bluźniercom ścinano głowy, a kobietom odmawiano prawa do wychodzenia na ulicę bez męskiej eskorty. Żadne państwo arabskie ani muzułmańskie nie gwarantowało wolności ani równości wyznaniowej, wolności słowa, równouprawnienia płci ani niezależnego sądownictwa. Prawie żadne z nich nie przeprowadzało wyborów.

Ta rażąca dysproporcja nie wydawała się jednak niepokoić lewicowych zwolenników radzieckiej doktryny. Ślepo zmienili strony, ignorując fakt, że polityka Izraela była znacznie bardziej zgodna z ich własną ideologią niż polityka arabskich i muzułmańskich teokracji.

Nagle Izrael został przekształcony w państwo „kolonialistyczne”, „imperialistyczne” i „osadnicze”, które okupowało ziemię swojej rdzennej ludności. Nigdy nie była to prawda: Izrael walczył z brytyjskim kolonializmem, a większość Izraelczyków to potomkowie bliskowschodnich Żydów, którzy od wieków mieszkali w tym regionie. Nawet po tym, jak Izrael i prezydent Bill Clinton zaproponowali porozumienie mające na celu zakończenie izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy – rozpoczętej po wygranej przez Izrael wojnie obronnej w 1967 roku – wielu przedstawicieli lewicy nadal odmawiało Izraelowi prawa do istnienia i samoobrony.

Toksyczne owoce tej intelektualnej dywersji widzieliśmy w październiku 2023 roku. Po tym, jak terroryści z Hamasu i cywile ze Strefy Gazy przełamali bariery, wkroczyli na terytorium Izraela w jego uznanych granicach oraz zamordowali, zgwałcili i porwali tysiące Izraelczyków (głównie cywilów), skrajna lewica jeszcze bardziej zaostrzyła swój sprzeciw wobec Izraela. Co ważniejsze, antyizraelskie nastawienie przeniosło się ze skrajnej lewicy na wielu przedstawicieli centrolewicy. Rzekomym uzasadnieniem stała się reakcja Izraela na okrucieństwa Hamasu. Przeciwko Izraelowi wysunięto nowe oskarżenia – wszystkie fałszywe: o ludobójstwo, zbrodnie wojenne i agresję.

Umiarkowani Amerykanie z centrolewicy, w tym Rahm Emanuel i kongresman Jamie Raskin, postanowili sprzeciwić się prawu Izraela do samoobrony, choć sami wiedzą, że oszczerstwa rzucane pod adresem tego kraju są fałszywe. Zresztą sami to przyznają. Nie potrafią jednak oprzeć się presji ze strony skrajnej lewicy, by dołączyć do chóru potępiającego Izrael.

Demokraci w Kongresie wiedzą, że jeśli zostaną postrzegani jako zwolennicy Izraela, w prawyborach zmierzą się z kandydatem skrajnie lewicowej frakcji Democratic Socialists of America. Widzieli, co stało się w Nowym Jorku, gdzie liberalni zwolennicy Izraela zostali pokonani w demokratycznych prawyborach przez jego zagorzałych przeciwników. Wiedzą, w którą stronę wieje polityczny wiatr w „niebieskich” miastach wśród wyborców biorących udział w prawyborach Partii Demokratycznej. Wielu z nich jest gotowych iść na kompromis ze swoimi długoletnimi proizraelskimi zasadami, byle nie stracić stanowiska.

Redakcje „New York Timesa” czy CNN również wiedzą, że te oskarżenia są fałszywe, ale schlebiają swoim czytelnikom i widzom, starając się zwiększyć liczbę kliknięć i przychody.

Rozsądni profesorowie uniwersyteccy, władze uczelni i studenci także zdają sobie sprawę, że Izrael nie jest potworem, za jakiego przedstawia się go podczas demonstracji na kampusach, w prasie i na salach wykładowych. Jednak wielu z nich obawia się ostracyzmu i oskarżeń ze strony radykalnych przeciwników Izraela w swoim środowisku.

Dzisiaj znacznie bezpieczniej i korzystniej dla kariery jest prezentować zakłamane antyizraelskie stanowisko niż szczerze wspierać Izrael – nawet przy jednoczesnym wyrażaniu wątpliwości co do jego obecnego przywództwa politycznego. Bycie antyizraelskim stało się opłacalne w polityce, biznesie i relacjach towarzyskich – podobnie jak bycie antysemitą służyło niegdyś interesom ambitnych Niemców, niezależnie od tego, czy naprawdę wierzyli w bezmyślnie powtarzane kłamstwa na temat Żydów.

Naczęście jest kilku odważnych Demokratów gotowych przeciwstawić się panującej w ich partii fali. Dwie wyraziste postacie – senator John Fetterman z Pensylwanii i reprezentant stanu New Jersey Josh Gottheimer – nie boją się przedstawiać złożonej prawdy o jedynym na świecie państwie narodowym narodu żydowskiego.

Miejmy nadzieję, że w ich ślady pójdą kolejni.

Od sojuszu do wrogości. Jak lewica odwróciła się od Izraela


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.