Melanie Phillips

Podsumowanie w jednym zdaniu
Felieton Melanie Phillips analizuje porażkę Republikanów w wyborach uzupełniających w USA, ostrzegając, że polityczny triumf czerwono-zielonej koalicji oraz rosnące wpływy radykałów i islamistów prowadzą Amerykę do głębokiego kryzysu cywilizacyjnego.
Nie powinniśmy mieć wątpliwości co do tego, co przyniosło ogromne zwycięstwo Partii Demokratycznej w wyborach uzupełniających w USA. Na świecie pojawiło się wielkie zło, które opanowało polityczne serce Ameryki. Histeria przeciwko Izraelowi i Żydom – mordercza obsesja, która odwróciła prawdę w kłamstwo i wykorzystała sumienie do dążenia do zagłady kraju i jego mieszkańców – stała się zadziwiająco skuteczną siłą wyborczą.
To nie jest zwykła „niebieska fala”, lecz fala czerwono-zielona – triumf nieświętego sojuszu skrajnej lewicy z siłami politycznego islamu. Sojuszu będącego efektem „geniuszu” Bractwa Muzułmańskiego, dżihadystów pragnących podbić Zachód za pomocą strategii wykorzystywania demokracji do jej własnego zniszczenia, co przynosi dziś niszczycielskie skutki.
Kongres ma za zadanie zapewnić niezbędne mechanizmy kontroli i równowagi konstytucyjnej, aby zagwarantować, że prezydent USA nigdy nie stanie się zagrożeniem dla narodu. Co jednak, jeśli sam Kongres stanowi takie zagrożenie? Co, jeśli obywatele wybierający jego członków – ten fundament demokratycznego systemu gwarantującego wolność, sprawiedliwość i porządek – sami stają się siłą zagrażającą cywilizacji?
Uroczystość z okazji zwycięstwa demokratycznego senatora-elekta z Michigan, dr. Abdula El-Sayeda, była przerażającym przykładem tego zjawiska. El-Sayed, który ma rozległe powiązania z Bractwem Muzułmańskim, odmawia poparcia dla istnienia Izraela i szkaluje izraelską obronę przed ludobójstwem, nazywając ją „zabijaniem palestyńskich dzieci”. W kampanii przedstawiał się jako uśmiechnięty, zwykły człowiek, który po prostu chce poprawić los Amerykanów.
Podczas świętowania zwycięstwa zrzucił jednak maskę. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było przedstawienie się pełnym imieniem i nazwiskiem: Abdulrahman Mohammed El-Sayed. Wcześniej każdego, kto zwracał się do niego w ten sposób, oskarżano o islamofobię; teraz dumnie tym wymachiwał, by podkreślić swoją muzułmańską tożsamość.
Następnie ogłosił, że dotychczas używane przez niego w kampanii zwroty inshallah („jeśli Bóg pozwoli”) zmieniły się teraz w alhamdulillah („niech Bóg będzie pochwalony”). Zachwycony tłum oszalał. To, co dotąd uznawano za zwykłą politykę, okazało się muzułmańską działalnością misyjną – kluczowym elementem strategii Bractwa Muzułmańskiego, mającej na celu islamizację amerykańskiej przestrzeni publicznej.
El-Sayed szydził z Amerykanów za to, że dali się nabrać. Nazywając wiceprezydenta J.D. Vance’a habibi (arabskim określeniem pieszczotliwym używanym tu z pogardą), drwił z „pysznej ironii” faktu, że Vance – który wcześniej nazwał go „bardzo, bardzo złym” – będzie teraz „konstytucyjnie zobowiązany do przyjęcia od niego przysięgi w styczniu”. Śmiał się z pokonania Ameryki. A tłum śmiał się razem z nim.
Dla większości wyborców w tych wyborach uzupełniających Bliski Wschód i islam znajdowały się daleko na liście priorytetów. Jednak wystarczająco wielu obywateli poparło lub nie widziało niczego złego w kandydatach pokroju El-Sayeda. Podobnie nie dostrzegają niczego nagannego – a wręcz popierają – islamistycznego burmistrza Nowego Jorku, Zohrana Mamdaniego, oraz innych zwycięskich przedstawicieli czerwono-zielonej koalicji.
Co przerażające, według jednego z sondaży exit poll, większość żydowskich wyborców w Michigan poparła El-Sayeda, pomimo ogólnego spadku poparcia dla Partii Demokratycznej. Zatrważająco duża liczba amerykańskich Żydów, bezwarunkowo wspierających postępowe ideologie i kłamstwa na temat Izraela, przykłada rękę do czerwono-zielonej agendy zagrażającej samej cywilizacji.
Choć inni prezydenci, tacy jak Bill Clinton czy Barack Obama, również doświadczali bolesnych porażek w wyborach uzupełniających, obecna klęska Republikanów ma zupełnie inny charakter. Mimo że większość wybranych demokratów uważa się za umiarkowanych, faktyczną trajektorię partii wyznaczą radykałowie pokroju El-Sayeda. Rozradowani islamiści poczują wiatr w żagle, przekonani, że podbój Ameryki jest w zasięgu ręki, a w kolejnych wyborach na wszystkich szczeblach władzy wystartuje znacznie więcej kandajatów o poglądach islamistycznych.
Z kolei intersekcjonalna lewica i izolacjonistyczna prawica wokół Tuckera Carlsona poczują motywację do zintensyfikowania ataków na Izrael, syjonizm i Żydów. Ci, którzy wcześniej hamowali swoje impulsy, widzą teraz, że nie wiąże się to z żadną ceną polityczną, a można na tym wiele uzyskać.
Jak to możliwe, że tak wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje? Nie wiedzą, ponieważ media głównego nurtu pogrążone są w kryzysie, a ich narrację zatruwa zarówno ideologia lewicowa, jak i islamistyczna. Powstały chaos, w którym za wszystkie bolączki świata obwinia się Izrael, skutecznie jednoczy skrajną lewicę i prawicę. Skandaliczny film kampanijny El-Sayeda, obwiniający Izrael o prowadzenie wojny w celu celowego zabijania dzieci, idealnie wpisał się w groteskowe oszczerstwa powielane zarówno przez Carlsona, jak i kręgi lewicowe.
Niezrównoważone i paranoiczne fantazje Carlsona o domniemanej, demonicznej kontroli Izraela i Żydów nad Ameryką zyskały ogromną popularność wśród zwolenników teorii spiskowych. Zamiast skonfrontować się z tą toksyczną narracją, wiceprezydent J.D. Vance – odmawiając potępienia swojego przyjaciela Carlsona – sam przejął część jego odrażającego przekazu. Zrzucił on całą winę za porażkę Republikanów na wojnę z Iranem oraz na sprzeciw wobec sojuszu Ameryki z Izraelem.
Vance pominął przy tym znacznie poważniejsze powody niezadowolenia wyborców: korupcję w otoczeniu Trumpa, wpływ ceł na rosnące koszty utrzymania czy nadużycia w egzekucji prawa imigracyjnego. Przykładowo, Republikanom powinęła się noga w Teksasie w dużej mierze dlatego, że wyborcy latynoscy (stanowiący jedną trzecią elektoratu, którzy w 2024 roku masowo głosowali na Trumpa) odwrócili się od niego z powodu cen benzyny oraz sprzeciwu wobec brutalnych metod stosowanych przez służby imigracyjne (ICE).
Dla islamistów nienawiść do Izraela to obsesja przysłaniająca wszelkie inne problemy. Teraz tę tunelową wizję zaczyna bezkrytycznie powielać również Vance, podważając sens wojny z Iranem i niemal nawołując do natychmiastowej kapitulacji.
Powodem, dla którego kwestia Iranu okazała się dla Republikanów tematem obciążającym, było to, że Trump nie doprowadził tej wojny do końca. Zamiast tego ogłosił przedwczesne zwycięstwo, gdy Iran pozostał nienaruszony i wciąż mógł używać cen ropy jako broni wymierzonej w Amerykę. Co więcej, główną siłą napędową polityki ugięcia się i prewencyjnej kapitulacji ma być właśnie Vance. Obwiniając gniew wyborców wymierzony w Izrael, nie zauważa, że gniew ten był sztucznie rozdmuchiwany przez kłamstwa, na których rozprzestrzenianie – także za sprawą polityków – pozwolono bezkarnie.
Scena jest więc gotowa na bezwzględną walkę po obu stronach amerykańskiej sceny politycznej. W obozie Demokratów centryści stoczą bój z antyzachodnimi i antyizraelskimi radykałami, a u Republikanów konserwatyści zmierzą się ze skrajną prawicą i zwolennikami teorii spiskowych. Pęd jest jednak po stronie skrajnej lewicy, żydożerców i islamistów, ponieważ centrystom po obu stronach brakuje kręgosłupa moralnego i intelektualnego.
Perspektywy dla sojuszu USA z Izraelem są przez to złowrogie. Prawdziwym zagrożeniem staje się nagłe odcięcie amerykańskiej pomocy wojskowej dla Izraela w wysokości 4 miliardów dolarów. Samo w sobie nie musi to być jednak katastrofą – inicjatywa ta wyszła zresztą ze strony samego Izraela i jest ruchem całkowicie słusznym. Przejście na model wspólnych projektów technologiczno-wojskowych przekształca bowiem państwo żydowskie z poniżającego się petenta w pełnoprawnego partnera. Uwolni to Izrael, który obecnie intensywnie rozwija własny przemysł obronny, spod krępującej zależności, za pomocą której kolejne administracje USA skutecznie kneblowały jego zdolności odstraszania.
Powodem, dla którego Izrael dążył do tej zmiany, był jednak katastrofalny spadek poparcia dla niego w amerykańskiej opinii publicznej. I to jest punkt najbardziej złowieszczy.
Czerwono-zielony sojusznicy niszczą już Wielką Brytanię i Europę, gdzie znaczna część społeczeństwa zatraciła zdolność krytycznego myślenia na skutek dekad prania mózgów przez system edukacji. Ameryka od lat borykała się z tymi samymi mechanizmami chaosu – a teraz te siły zdobyły w niej główną cytadelę.
Większość ludzi nie lubi skrajności; to dlatego Trump wygrał wybory, mając zatrzymać szaleństwa interseksjonalnej lewicy. Najsilniejszym argumentem przemawiającym za Trumpem było to, że opcja przeciwna była całkowicie nie do przyjęcia. Dziś jednak to właśnie owa opcja przejęła kontrolę nad Kongresem i znaczną częścią amerykańskich elit rządzących.
Niebieska fala? Ameryka już nie macha – Ameryka tonie.
Ps. Tytuł „Ameryka nie macha – Ameryka tonie” to nawiązanie do znanej metafory (pochodzącej z wiersza brytyjskiej poetki Stevie Smith „Not Waving but Drowning”), która opisuje sytuację, gdy ktoś z pozoru wydaje się machać na powitanie lub dla żartu, podczas gdy w rzeczywistości walczy o życie i tonie.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

