Uncategorized

Jan Hartman: Przygnębiają mnie własne stracone złudzenia wobec Polski i wobec polskich Żydów

Michał Olszewski


Podsumowanie w jednym zdaniu

W wywiadzie z Michałem Olszewskim prof. Jan Hartman opowiada o swoim głębokim rozczarowaniu postawą polskiego społeczeństwa, liberalnych elit oraz części polskich Żydów wobec Izraela po 7 października 2023 roku, podkreślając, że mimo popełnianych przez izraelską armię błędów uważa Hamas za głównego winowajcę cierpienia Palestyńczyków.


O mało którym profesorze etyki słyszały nawet nastolatki, mało który jest też bohaterem komentarzy na TikToku. „To ten, co propsuje rasistowski, faszystowski Izrael i nienawidzi cierpiących Palestyńczyków” – tak w skrócie można ująć opinię, jaką ma o nim część opinii publicznej. – Nie boję się rozmawiać o błędach, przestępstwach czy nawet zbrodniach – mówi prof. Jan Hartman w rozmowie z „Wyborczą”.

Michał Olszewski: Przychodzę do pana w związku z trzecią rocznicą ataku Hamasu na Izrael i z pytaniem, jaką drogę przeszedł pan przez ten czas. Nie jest pan tym samym Janem Hartmanem, co wówczas, gdy terroryści atakowali młodzież na festiwalu muzycznym, prawda?

Jan Hartman: Nie jestem, bo przeszedłem głęboką przemianę. Za kilka miesięcy kończę 60 lat i wchodzę w okres, kiedy człowiek zaczyna układać sobie ostatni etap aktywnego życia. To zmienia perspektywę. Jednak to, co nastąpiło po 7 października 2023 roku, miało znaczenie kluczowe. Gdybym musiał całe te trzy lata streścić w dwóch słowach, powiedziałbym: przerażenie i rozczarowanie.

Myślałem, że od gniewu przeszedł pan do nienawiści.

– Ja?

Pan. Jestem pańskim czytelnikiem i widzę zmianę.

– Nienawiść? Jestem zaskoczony, bo wydawało mi się, że moje wypowiedzi są raczej pełne smutku i rezygnacji. Choć czasem i gniewu, to prawda. Z pewnością odebrałem w ciągu tych lat bolesną lekcję życia. Wyzbyłem się rozmaitych złudzeń, utraciłem wiele ważnych znajomości, ale też zagłębiłem się bardziej w życie żydowskie – chociażby warszawskiej gminy, do której należę. Poczułem znacznie silniejszą niż wcześniej solidarność z tą garstką polskich Żydów, którzy odmówili udziału w rytuale potępienia Izraela.

Niestety, wielu mówi, pisze i podpisuje to, czego oczekują od nich ich liberalno-inteligenckie środowiska zawodowe.

Liberalna inteligencja ma jakieś oczekiwania wobec polskich Żydów?

– Tak, żąda gestów oportunizmu, a nawet swego rodzaju samokrytyki. Dobry Żyd to w ich mniemaniu Żyd kajający się za Izrael. Zupełnie jak w 1968 roku. Stąd moje rozczarowanie i przerażenie. Te wszystkie nazwiska pod różnymi „listami” i „oświadczeniami”… Przygnębiają mnie własne stracone złudzenia – zarówno wobec Polski, jak i wobec polskich Żydów.

Myślałem, że strategia, która streszcza się w haśle „Nigdy więcej”, oraz koncepcja wychodzenia z mroków antysemityzmu, którą reprezentował nasz autorytet Marian Turski, jakoś działają. Okazało się, że nie działają. Że uczenie o Holokauście jest nieskuteczne, a może nawet przeciwskuteczne, bo bywa irytujące dla nieżydowskich odbiorców. Okazało się, że tymi samymi metodami, które z powodzeniem stosowali Sowieci oraz współpracujące z nimi ugrupowania i państwa arabskie w latach 60. i 70., również dzisiaj można zdobywać ogromny poklask opinii publicznej. To dla mnie szokujące.

Dla nas zresztą też, bo myślę, że mogę to powiedzieć w imieniu dużej części polskich Żydów. Wielu z nas przeżyło rozczarowanie, utraciło przyjaciół i żyje w poczuciu niezrozumienia oraz osamotnienia.

Jesteśmy przerażeni skalą, mocą i jednoznacznością „antysyjonistycznej” wrogości. Środowiska żydowskie rozpadły się wzdłuż linii oportunizmu. Jedni, tak jak w latach 60., złożyli samokrytykę i potępili Izrael, drudzy – tak jak ja – tego nie zrobili i musieli ponieść tego konsekwencje. Wisimy na pluszowych krzyżach, a antysemici szydzą, że są one tylko pluszowe. A przecież na pluszowym też boli.

Za to ci, którzy pozostali lojalni wobec własnej tożsamości, bardzo się do siebie zbliżyli. Co więcej, odkryliśmy, że pośród nieżydowskich przyjaciół, oddanych sprawom kultury żydowskiej, mamy dokładnie taki sam podział. Wielu z nich stało się zajadle antyizraelskimi, ale niektórzy nie. I do tej grupy dołączyli nowi przyjaciele.

Chcę zresztą skorzystać z tej okazji, żeby gorąco podziękować tym bardzo nielicznym, lecz jakże ważnym dla nas osobom, które nas wspierają, nie mając żydowskich korzeni. Na przykład Samuelowi Maruszewskiemu, który założył niewielką organizację zwalczającą antysemityzm „Sitwa” i ponosi z tego powodu poważne konsekwencje.

Jakie?

– Ma duże nieprzyjemności na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie jest doktorantem.

Ja zaś mówię o nienawiści, bo w pańskich oczach bardzo łatwo zostać nazistą. Wystarczy mieć wątpliwości co do polityki Izraela, a już wytacza pan najcięższe z możliwych oskarżeń.

– Pan mnie z kimś myli, bo ja jestem bardzo krytyczny wobec izraelskiej polityki i nie boję się rozmawiać o błędach, przestępstwach czy nawet zbrodniach, jakich dopuszczali się izraelscy żołnierze, broniąc swojej ojczyzny.

To dlaczego w swoich wypowiedziach tak często piętnuje pan rzekomy nazizm przeciwników wojny prowadzonej przez Izrael w Strefie Gazy?

– Piętnuję to wtedy, gdy za ofiary w Gazie obwinia się wyłącznie Izrael, a Hamas i jego mocodawców sprowadza się do kontekstu samego 7 października. Powielanie narracji fanatyków islamskich i sowieckich propagandzistów, ochocze powtarzanie kłamstw o Izraelu, oznacza wpisywanie się w tradycję sojuszu arabsko-hitlerowskiego, zastąpionego potem sojuszem arabsko-sowieckim. Hamas jest ruchem dżihadystycznym, wywodzącym się z Bractwa Muzułmańskiego. Trzeba mieć świadomość, że w świecie dżihadu Hitler i naziści są uznawani za postaci pozytywne.

A jeśli ktoś wznosi publicznie na ulicach Warszawy albo Paryża okrzyk „From the river to the sea, Palestine will be free!”, to krzyczy dokładnie to samo, co terroryści głoszą od lat 60., mając niedwuznacznie na myśli wymordowanie i wypędzenie Żydów z Izraela. Kto chce „uwolnić” Palestynę od Żydów, ten wpisuje się w nazizm.

Pan przechodzi od gniewu do nienawiści i to jest dla mnie zaskakujące, ponieważ wiemy coraz więcej o koszmarnych działaniach Izraela. Tymczasem pan ma coraz mniej wątpliwości.

– Nie. Nigdy nie wzbraniałem sobie ani nikomu innemu krytyki rządów Izraela bądź potępiania takich czy innych zbrodniczych czynów popełnianych przez żołnierzy. Żydzi są narodem próżnym w tym sensie, że przypisują sobie szczególne kwalifikacje etyczne. Również religia żydowska ma w sobie silny rys posłannictwa etycznego. Dlatego w Izraelu nieustannie toczy się spór o to, czy w 1948, 2016, czy w 2026 roku żołnierze mieli prawo zabić, czy może była to zbrodnia. Wojna Izraela o przetrwanie trwa już jakieś 80 lat i przez cały ten czas szlifowane są standardy jej prowadzenia. Są one bardzo wyśrubowane, a przez to w realiach brutalnej walki dochodzi do ich naruszeń. Wtedy wybucha wielka awantura.

Bardzo bym chciał, żeby wszyscy patrzyli uzbrojonym Izraelczykom na ręce, żeby takich sytuacji, w których niepotrzebnie giną ludzie albo dochodzi do przestępstw, było jak najmniej.

Wyśrubowane? Przecież żołnierze, którzy zgwałcili w obozie Sde Teiman palestyńskiego więźnia pałką – co nagrała kamera – zostali uniewinnieni. Wszyscy.

– Nie mamy powodów przypuszczać, że wymiar sprawiedliwości w Izraelu zasługuje na zaufanie w mniejszym stopniu niż na przykład w Polsce. Może ten wyrok był niesprawiedliwy, ale żeby się w tej sprawie wiążąco wypowiedzieć, trzeba znać kulisy konkretnego śledztwa. Poziom praworządności, ale i poziom zdziczenia życia politycznego w Izraelu i w Polsce są dziś niestety porównywalne.

Ja się wypowiem, ponieważ obejrzałem film nagrany kamerą przemysłową i on nie pozostawia wątpliwości. Zgwałcili go pałką, a potem sąd wojskowy oddalił zarzuty.

– W Gazie w ciągu ostatnich lat zdarzyły się nieporównanie gorsze rzeczy. Niepotrzebnie zginęły tysiące ludzi, co do tego nie ma wątpliwości. Czy mogło zdarzyć się inaczej? Każda armia na wojnie popełnia zbrodnie.

Ja dopominam się o to, aby unikać czarno-białego obrazu tego konfliktu. Pan pyta o przestrzeń między gniewem a rzekomą nienawiścią – tak, we mnie też jest gniew, ponieważ wojna pomiędzy Hamasem a Izraelem jest malowana przez liberalne elity, również przez was, dziennikarzy, wyłącznie na czarno-biało. Izrael jest w tym przekazie nieludzkim agresorem, a Hamas urasta niemal do roli „bojowników” broniących „wolnej Palestyny”. Przedstawianie Izraelczyków jako wyłącznie sprawców, a Palestyńczyków jako wyłącznie ofiar jest chore. A ta choroba nazywa się antysemityzm.

Wie pan, jestem z zawodu etykiem i boleję, że nie uczy się ludzi rzetelnej analizy etycznej, prowadzącej do odpowiedzialnych ocen moralnych.

Czyli jakiej analizy?

– Czyli na przykład takiej, w której istnieje świadomość, że wygodna opozycja sprawca–ofiara jest idealizacją, a w realnym życiu te role mogą się przeplatać. Dlatego tak trudno – także panu – zrozumieć, że kraj, który dopuszcza się zbrodni wojennych, może jednocześnie zasługiwać na wysoką ocenę ogólną, jeśli chodzi o sam mechanizm i intencje prowadzenia wojny.

Zbrodnicze działania powinniśmy porównywać z zachowaniami innych armii w podobnych okolicznościach, pytać o moralną słuszność celów, a także sprawdzać, jak dane państwo traktuje te wykroczenia we własnym wymiarze sprawiedliwości.

Powtórzę po raz trzeci: ci żołnierze zostali uniewinnieni.

– Oczywiste jest dla mnie, że Izrael ma wysokie standardy etyczne i równie oczywiste, że je łamie. Jak często? Moim zdaniem to są incydenty. Izraelczycy nie postępują jak Rosjanie, którzy celowo zburzyli teatr w Mariupolu, grzebiąc pod ruinami trzysta osób. Izrael przed atakiem na dany punkt ostrzega ludność cywilną, podczas gdy palestyńscy terroryści traktują własnych obywateli jak żywe tarcze i uniemożliwiają im ucieczkę.

Czy słyszał pan o operacjach „Ewangelia” albo „Lawenda”?

– Coś słyszałem.

Przypomnę: to były operacje, w których sztuczna inteligencja namierzała domniemanych członków Hamasu po to, by uderzyć w nich dronem lub pociskiem. Żołnierze izraelscy opowiadali prasie nieoficjalnie, jak wyglądały dopuszczalne proporcje ofiar cywilnych i bojowników, ustalane przez dowódców. W pierwszych tygodniach wojny śmierci jednego hamasowca mogła towarzyszyć śmierć 20 cywilów. Później tę liczbę obniżono do pięciu.

– Jeśli to prawda, były to bezdyskusyjnie zbrodnicze proporcje. Jak mówię, można i trzeba było oszczędzić tysiące istnień. Mimo to jestem głęboko przekonany, że ani U.S. Army, ani żadna inna współczesna armia nie może się równać – pod względem ogólnych standardów prowadzenia wojny – z Izraelem, pomimo popełnianych przez jego żołnierzy zbrodni.

Swoją drogą, z tego co wiem, ogólny wskaźnik strat cywilnych w relacji do bojowników wynosi u Hamasu w warunkach wojny miejskiej około 1:2. Gdy ludność cywilna notorycznie używana jest jako żywe tarcze, to… cóż, na tym polega dramat tego konfliktu.

To dane wojska izraelskiego. Władze Strefy Gazy wyliczyły to na 1:4.

– Gratuluję źródła! Nazywa pan bandziorów mordujących bez litości – w tym również Palestyńczyków – „władzami”? Dla nich ludzkie życie nie ma żadnej wartości.

Podobnie jak dla wojsk izraelskich. Izraelscy żołnierze strzelali przecież do sanitariuszy.

– Nie dlatego, że celowo zamierzali zabijać niewinnych ludzi. Przecież to działa wprost na korzyść Hamasu.

Jak to „na korzyść”?

– Hamasowi zależy, żeby cywilnych ofiar palestyńskich było jak najwięcej – po to, by wzbudzać nimi, zwłaszcza losem dzieci, jak największą nienawiść do Żydów i Izraela. Ponieważ autentyczną bronią Palestyńczyków w tej wojnie stała się antysemicka nienawiść. Dlatego czynią z każdego domu twierdzę wypchaną cywilami-zakładnikami.

W przeciętnym mieszkańcu Europy czy nawet Ameryki to, co robi Hamas, nie budzi już właściwie żadnych emocji. Winowajcą jest wyłącznie Izrael. Ten, kto rzuca bomby, jest z definicji winny i tyle. Protestuję i będę protestował przeciwko tak prymitywnym kryteriom oceny.

Idziemy w przeciwnych kierunkach: im więcej wiem o działaniach Izraela, tym bardziej jestem nimi zszokowany. Pan – im więcej o nich wie, tym goręcej je uzasadnia.

– Przeraża mnie, że ludzie inteligentni powtarzają prymitywne grepsy hamasowskiej propagandy. Mówią o ludobójstwie i eksterminacji, przedstawiając Izrael jako rekonstrukcję reżimu nazistowskiego, który mści się za Holokaust, powtarzając go na niewinnych, miłujących pokój Palestyńczykach. To nie jest zwykła podatność na propagandę, naiwność czy ignorancja. To jest odradzanie się odwiecznego schematu Żyda-winowajcę, na którego trzeba zrzucić winę za wszystko.

I podlewa się to jeszcze sosem obłudy w postaci rzekomej sympatii dla Palestyńczyków. Ale człowiek, który woła „Free Palestine from the river to the sea”, nie jest przyjacielem Palestyńczyków. Jest ich wrogiem. Hamas gnębi i torturuje Palestyńczyków, a z wolną Palestyną ma tyle wspólnego, że wraz z innymi fanatykami uniemożliwia jej powstanie. Fanatycy chcą wielkiego teokratycznego kalifatu, a nie żadnych „Palestyn”. Palestyńczycy stali się zakładnikami polityki dżihadu i taranem w walce fundamentalistów o unicestwienie Izraela.

Ci wszyscy młodzi ludzie awanturujący się na ulicach zachodnich miast czy na uniwersyteckich kampusach też nie robią tego z troski o Palestyńczyków. Chodzi o pojednanie się z rodzicami, z przodkami w tym jednym punkcie, w którym najłatwiej się pojednać. Na imię mu antysemityzm – z tą różnicą, że nienawidzący Żydów nie określają się już, jak dawniej, mianem antysemitów, lecz antysyjonistów.

Ale to jest uprawianie gry w okrutnego pomidora. Pan, słysząc krytykę działań Izraela, może w każdym momencie zawołać „antysemityzm”. I to zamyka dyskusję.

– Antysemitów dzisiaj bardzo łatwo rozpoznać. Jeśli ktoś określa się jako antysyjonista, to oznacza, że odmawia Żydom prawa do posiadania własnego państwa narodowego na Bliskim Wschodzie. To tak, jak gdyby ktoś powiedział panu: „Nie mam nic przeciwko Polakom, ale nie zgadzam się na istnienie państwa polskiego”. Śmiechu warte, prawda?

Oczywiście, w pewnych kontekstach syjonizm oznacza ideologię radykalnej prawicy izraelskiej. Ale w potocznym znaczeniu antysyjonizm nie tego dotyczy – oznacza po prostu kwestionowanie prawa Żydów do samostanowienia we własnym kraju. Poza tym ta mantra „Nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem” stała się wredną furtką. Nikt poważny nie twierdzi, że każda krytyka to antysemityzm. Sam mogę do końca tej rozmowy powtarzać, że wojsko izraelskie popełnia błędy i zbrodnie, a sam jestem ostrym przeciwnikiem Benjamina Netanjahu – podobnie zresztą jak większość polskich Żydów.

Natomiast kto użala się nad zabitymi Palestyńczykami, obwiniając wyłącznie Izrael, a przechodzi do porządku dziennego nad nieustającym terrorem Hamasu, ten powiela wulgarnie kłamliwą propagandę, staje się obrońcą Hamasu i obiektywnie wspiera oprawców narodu palestyńskiego.

Zadziwia mnie łatwość, z jaką pan szafuje oskarżeniami o antysemityzm.

– Każdy, kto sprzyja Hamasowi, bierze udział w akcjach propagandowych szerzących nienawiść do Izraela i wzmacniających morale terrorystów – we flotyllach, manifestacjach czy pikietach na uniwersytetach – jest antysemitą, który znalazł dla siebie kulturowo bezpieczną formę nienawiści, zrebrandowaną pół wieku temu przez sowietów na antysyjonizm. I każdy z tych ludzi uczestniczy w mechanizmie napędzania przemocy.

I od razu jest antysemitą i nazistą?

– Jeżeli robi to w sposób zorganizowany i systemowy, wpisuje się w tę tradycję. Jeżeli na przykład partia Razem żąda bojkotu towarów wyprodukowanych przez Żydów w Judei i Samarii, to w sposób oczywisty wpisuje się w długą tradycję bojkotów i pogromów, powielając kłamstwo, jakoby przemoc na Zachodnim Brzegu była jednostronna, a Żydzi jej jedynymi sprawcami.

Bardzo to arbitralne. Flotyllę, która płynęła do Gazy, żeby uwrażliwić opinię publiczną na łamanie praw człowieka, uznaje pan za gest antysemicki?

– Oczywiście. Jeśli organizatorzy płyną, by nielegalnie przełamać izraelską blokadę morską i nawet niespecjalnie udają, że chodzi o samą żywność, to znaczy, że szukają konfrontacji z wojskiem i chcą wzmocnić wizerunek Hamasu. To jest wierutne kłamstwo – tak samo jak kłamstwem jest przekaz, że to wyłącznie Żydzi ponoszą odpowiedzialność za głód w Strefie Gazy.

Może mnie pan nazwać antysemitą, trudno. Ale Izrael bez wątpienia ponosi odpowiedzialność za ten głód.

– Generalną i podstawową odpowiedzialność za głód w Gazie ponosi Hamas, który systematycznie rozkradał pomoc żywnościową i handlował nią na czarnym rynku z wielokrotnym zyskiem. W odpowiedzi na te nadużycia Izrael zlikwidował część punktów dystrybucji, zmuszając cywilów do korzystania z hubów na południu, co wiązało się z trudnymi warunkami. To była decyzja tragiczna w skutkach, pogłębiająca chaos. Ale wina Izraela jest pochodną winy Hamasu. Gdyby Hamas spełnił swój moralny obowiązek i bezwarunkowo się poddał, nie byłoby ani ofiar, ani głodu.

Izrael znosił terror Hamasu przez kilkanaście lat, ograniczając się do punktowych akcji odwetowych, bo obawiał się konsekwencji uderzania w żywe tarcze. Po 7 października nie mógł już dłużej kontynuować tej polityki. Można mieć dobrą wolę i popełniać błędy, można też mieć dobre intencje i każde okrucieństwo dyskontować wyłącznie tym, co robi druga strona.

Jeszcze chwila, a dam się przekonać, że Izrael był wręcz zbyt dobry dla Palestyńczyków.

– Izrael był jedynym państwem w regionie, które realnie dążyło swego czasu do utworzenia państwa palestyńskiego. Oczywiście, fundamentaliści islamscy robili wszystko, żeby to storpedować, bo gdyby powstało państwo palestyńskie, ostateczną legitymację zyskałby również Izrael. Tego nie mogą znieść ani arabskie reżimy, ani Iran. Gdyby Żydzi wyznawali islam, nie byłoby dziś żadnego problemu. Ale są niewierni!

Mam wrażenie, że umyka panu zasadnicza motywacja protestujących: współczucie. Ja nie mam nic wspólnego z Hamasem, ja po prostu współczuję Palestyńczykom.

– A może chodzi o współczucie z powodu despotii samego Hamasu? Albo wieloletnich prześladowań ze strony Jordańczyków? Przecież to Izraelczycy współczują Palestyńczykom najbardziej. Ja również im współczuję i życzę, by wreszcie udało się wyzwolić Palestynę z rąk terrorystów.

Winę Izraela widzę w tym, że Hamas w ogóle urósł w siłę, między innymi na skutek błędnych kalkulacji dawnych polityków. Część elit była przekonana, że swoista ewakuacja z Gazy w 2005 roku uspokoi sytuację. USA, Izrael i Europa pompowały tam miliardy, mimo że szybko stało się jasne, iż Hamas nie zamierza budować normalnego kraju. Zatem 7 października zobaczyliśmy ostateczny krach tego naiwnie idealistycznego projektu. Bombardowanie miłością przyniosło w długiej perspektywie bombardowanie amunicją.

Nie pamiętam polityki miłości wobec Palestyny. Mówi pan tak, jakby przed 7 października Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu żyli w raju, a nie pod okupacją.

– Okupacja to jedno, ale redukowanie całej skomplikowanej historii Bliskiego Wschodu do tezy o „złym Izraelu ciemiężącym Palestyńczyków” to absurd. Wrogiem faktycznej państwowości palestyńskiej jest choćby Jordania, gdzie mieszkają miliony Palestyńczyków pozbawionych pełni praw. Mimo to uwaga świata skupia się wyłącznie na Izraelu.

Nadal lepiej być Palestyńczykiem w Judei czy Samarii niż w Libanie czy Jordanii. Nie mówiąc już o arabskich obywatelach samego Izraela, wśród których są parlamentarzyści, sędziowie czy profesorowie uczelni.

To nieprawda. Przecież do prawa izraelskiego wprowadzono niedawno przepisy pozwalające skazać Palestyńczyka na karę śmierci w trybie przyspieszonym.

– To jakaś miejska legenda. Jeśli Żyd popełni zbrodnię terrorystyczną wymierzoną w państwo izraelskie, spotka go dokładnie ten sam los. Nie ma tu żadnego różnicowania ze względu na narodowość – wrogowie państwa są traktowani tak samo. Choć osobiście nie jestem zwolennikiem kary śmierci i nie popieram takich ustaw, to fakt, że kraj prowadzący 80-letnią wojnę przetrwania dopiero teraz mierzy się z takimi instrumentami, sam w sobie jest specyficzny.

Ościenne kraje torturują i mordują własnych obywateli na masową skalę, stosując karę śmierci bez mrugnięcia okiem, ale to liberalnej opinii publicznej w Europie jakoś nie wadzi. I mówię to jako zadeklarowany przeciwnik Ben Gwira, Smotricza i tamtejszych skrajnych nacjonalistów.

Czyli po prostu Izrael standardami powoli dorównuje oprawcom z regionu? Radość radykałów w Knesecie po uchwaleniu tych przepisów była upiorna. Itamar Ben Gwir dostał na urodziny tort z szubienicą.

– Mam głęboką nadzieję, że w kolejnych wyborach przegrają i powstaną inne rządy. Izrael żegna się dziś z iluzją, że z obecnym ruchem palestyńskim da się prowadzić partnerską politykę pokojową. Życie polityczne – tam tak samo jak w Polsce – bywa pełne ekscesów, ale oba nasze kraje należą do kręgu Zachodu i wciąż obowiązują w nich mechanizmy demokratyczne.

Pan żyje w micie praworządnego Izraela. Obywatelski Komitet Przeciwko Torturom w Izraelu odnotował w ostatnich dekadach tysiące skarg na brutalność służb. Ani jedna nie skończyła się procesem.

– To znaczy, że oskarżenia te bywały bezpodstawne lub nie do udowodnienia w procesie karnym. Upieram się, że tamtejsze sądownictwo zachowuje niezawisłość, a standardy praworządności – choć wystawione na ciężką próbę – wciąż istnieją. Izrael pozostaje potęgą militarną, która zmusiła Iran i jego proxy do respektowania siły, trwale zmieniając układ sił w regionie. Nagle okazuje się, że Izrael staje się strategicznym partnerem dla umiarkowanych państw Zatoki.

Największe straty Izrael poniósł jednak wewnątrz – polityka uległa brutalizacji, a demokracja jest realnie zagrożona przez toksyczny populizm radykałów. Dlatego liberalno-lewicowa diaspora i izraelska inteligencja tak bardzo czekają na zmianę władzy.

Nowy rząd będzie w stanie zaproponować Palestyńczykom coś więcej niż tylko kolejne „przycinanie trawnika”?

– Nie ma wyboru: jeśli śmierć dziesiątek tysięcy ludzi ma do czegoś prowadzić, konieczna będzie kiedyś wielka propozycja polityczna. Nic innego na dłuższą metę nie zadziała. Musimy wznieść się ponad wojenną dzikość, która degraduje obie strony.

Wojna między Izraelem a Hamasem ma też potężny wymiar religijny. Bez zaangażowania umiarkowanych liderów duchowych islamu i judaizmu nie da się uśmierzyć tej nienawiści. Nowe pokolenie liderów musi przypomnieć wiernym, że obie te wielkie religie monoteistyczne wywodzą się z tego samego pnia duchowego.

Wracając na nasze polskie podwórko – napisałby pan jeszcze raz swój ostry wpis o posle Franku Sterczewskim, który brał udział we flotylli do Gazy?

– Tak, tyle że może nieco łagodniejszym tonem. „Przełamywanie blokady” to de facto akt konfrontacji z siłami morskimi w strefie wojennej i polityczne wspieranie terroryzmu. Uczestnicy takich akcji powinni ponosić konsekwencji prawne, choć państwa Zachodu rzadko decydują się na procesy polityków biorących w tym udział.

Natomiast polscy antysemiti zobaczyli w moim wpisie coś, co nigdy nie przeszłoby mi przez myśl – domniemane aluzje do życzenia komukolwiek tortur! Ruszyła wściekła nagonka, a redakcja „Polityki”, wystraszona wrzawą w mediach społecznościowych, zdecydowała się mnie zawiesić.

Dziwi się pan takim reakcjom? Przecież sam pan wspominał o wszechobecnej nienawiści.

– Owszem, bywam impulsywny, zapalam się, ale mi przechodzi. Mam chyba typowo bliskowschodni temperament, który w tamtym regionie jest zrozumiały, a w Polsce bywa szokujący. Choć widzę, że z wiekiem i to mi przechodzi – dziś nie czuję już nawet gniewu wobec skrajnej prawicy czy polityków pokroju Grzegorza Brauna. Współczuję im emocjonalnego zagubienia.

Jak się pan czuje w Polsce, w której Grzegorz Braun bezkarnie składa kondolencje po śmierci architekta bliskowschodniego terroryzu Alego Chameneiego?

– Odtwarzają się schematy niebezpiecznie przypominające schyłek polskiej sanacji lat 30. Bardzo nad tym boleję, ale w obliczu realnego zagrożenia rosyjskiego i sytuacji międzynarodowej wyniki pojedynczych ekscesów politycznych w naszym kraju schodzą na plan dalszy. Kluczowe jest, czy Europa potrafi obronić się przed zewnętrznym zagrożeniem.

Najbardziej szokujące było dla mnie jednak to, jak szybko część polskiego środowiska liberalnego i żydowskiego posłusznie spełniła oczekiwanie, by bezkrytycznie potępić Izrael, by zyskać święty spokój w towarzystwie. Między innymi dlatego wokół mnie wytworzyła się próżnia – bo głośno powtarzałem, że za obecny dramat cywilów w Gazie odpowiada przede wszystkim Hamas. Okazało się, że w dzisiejszym salonie takie stanowisko wyklucza z dyskursu.

Niezależnie od wszystkiego wiem jedno: za mojego życia nie będzie już w Polsce tego, o czym kiedyś marzyłem i co wydawało się na wyciągnięcie ręki – zwykłej, bezpiecznej normalności i minimum społecznego rozsądku w stosunku do Żydów. „Wojna kognitywna” została przez Izrael w dużej mierze przegrana, a terroryści – póki co – triumfują w mediach społecznościowych.

Jan Hartman: Przygnębiają mnie własne stracone złudzenia wobec Polski i wobec polskich Żydów


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

4 odpowiedzi »

  1. Lepiej teraz niz nigdy utracic te zludzenia. Kiedy jeszcze czytalem „onet”, byla tam Profesor fizyki, ktora przerazona opowiadala jak jej kolega, tez fizyk, zwierzyl sie jej ze by

    ” chetnie zabil jakiegos Zyda”.

    Inna pani opowiadala jak byla przerazona jadac taksowka do redakcji „onetu” i sluchajac madrosci taksowkarza.

    Przypomninalo jej to jak przekradala sie jako dziecko z getto, a bawiace sie dzieci wrzeszczaly ” O, Zydowa idzie!!”. Jej brata zdradzil jego kolga z liceum, ktory tez wydal wlasnego ojca ukrywajacego jego.

    Ja i matke szantazowal Policjant Granatowy o nazwisku Zelazko, przychodzacy co tydzien po pieniadze.

    Szkoda ze nie zachowalem wywiadu. a bylo to w czasie tego szumu z IPN, z ” Zydami szkalujacymi Polske”, a wiec lata i lata temu, niezwiazane z Gaza, ale kazdy powod dobry .

    I na zakonczenie , od kogos wiedzacego lepiej, Generalow amerykanskich( w stanie spoczynku), wiec Profesor H. powinien wg. mnie przestac mowic rytualnie niemal ” mimo zbrodni wojennych Izraela” :

    https://jinsa.org/open-letter-from-military-professionals-refuting-genocide-allegations-against-israel/

  2. Przygnębiające, to mało powiedziane. Cały ten wywiad napawa rozpaczą – jak można zgodzić się na udzielenie wywiadu komuś tak jawnie reprezentującemu złą wolę, ledwo ukrywającemu swoją głęboką pogardę dla Izraela, strojącemu się w szaty Inkwizytora hiszpańskiego sprawdzającego czy zmuszony do przejścia na katolicyzm, niedawno ochrzczony Żyd rzeczywiście spożywa kiełbasy wieprzowe a nie tylko udaje. Głęboko współczuję koledze Hartmanowi, ktory znalazł się w tak przykrej sytuacji. Właściwie – bez wyjścia. Na określenir której Amerykanie używają wyrażenia „Lobster trap”. To taka siatka w kształcie walca, z jednym otworem, dostatecznie duzym żeby mógł przezeń dostać się do środka homar lub krab, lecz z której nie może wyjść. W środku rybacy kładą parę ochłapów nadpsutego mięsa, co zwabia łakome skorupiaki. Pułapką dla kolegi Hartmana stała się pozycja którą wybrał dość dawno – kogoś o którym w Polsce zwykło się mówić „Żyd, ale porządny”. Czyli zdatny do użytku, gdy trzeba było wypowiadać rzeczy nieprzychylne Izraelowi, po to by móc je przytaczać jako prawdy niepodważalne, bo „przecież sami Żydzi (w domyśle – ci „porządni”) też potępiają „zbrodnie izraelskiej soldateski”, i dalej, wedle znanego śpiewnika… Przygnębiające i żałosne to wszystko. Gdyby nie „Lobster trap”, już po kilku pytaniach inkwizytora Hartman powinien by przerwać wywiad. Niestety, wpadłby wtedy w jeszcze gorszą pułapke. Szczerze współczuję.

  3. Pośrednio odpowiedzialną za tą kolejną rzeź Żydów jest kultura zachodnia. Bo Zachód nie tylko zdradził syjonizm ale i własną bazę kulturową. A taka oznaka słabości zaprasza karę.

    J. Hartman był wieloletnim uczestnikiem tego marszu zdrady i głupoty i wspólnikiem tej zdrady. Tego widocznie żałuje, chociaż z niewłaściwej przyczyny. Inwazja Hamasu 3 lata temu nie powinna była zmienić jego światopoglądu, bo jako człowiek myśli powinien był ją przewidzieć w kontekście zdrady Zachodu jego własnych wartości i własnego dorobku intelektualnego. A syjonizm jest jedną z nich i syjonizm też został zdradzony. Ta zdrada to zielone światło dla Hamasu i dla wrogów Izraela na świecie.

    Ideologie zmieniają się ale pogromy Żydów uporczywie odbywają się bez przeszkód, w różnych miejscach i od czasu do czasu. Powstanie państwa żydowskiego miało zmienić tą rzeczywistość. I nawet zmieniło do pewnego punktu. Nikt ( na Zachodzie) nie mógł jednak przewidzieć że do nagonki na Żydów dołączy się cały świat.

    W każdym wypadku gratuluję J.Hartmanowi zmiany światopoglądu. Zobaczymy co to konkretnie znaczy.

  4. Marna to pociecha dla Profesora, ale w calej Europie , a nawet w USA – jeszcze do niedawna ” di goldene Medine”- wyglada tak samo jak w Polsce.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.