Uncategorized

Oklaski w Wenecji

Autor Katarzyna Zmuda- Bryl

Podsumowanie w jednym zdaniu

Oklaskiwanie filmu „NAZA” w Wenecji oraz globalne potępianie Izraela to – zdaniem autorki – przejaw medialnej hipokryzji i oderwanej od realiów wojny moralności, która z góry przypisuje winę Izraelowi, ignorując zbrodnie Hamasu i rzeczywiste zasady konfliktów zbrojnych.


Świat obiegły filmy i zdjęcia ilustrujące niebywały sukces filmu „NAZA”. Oklaski trwały prawie 25 minut. Dyrektor festiwalu nie tylko im przytaknął – od pierwszej sekundy je prowadził: dał znak twórcom, żeby wstali, mierzył czas, konsultował się, kiedy rekord jest bliski, pogratulował pobicia poprzedniego wyniku i dopiero wtedy brawa ucichły. Tym samym dotychczasowy rekord został pobity. Jest szansa, że kolejny antyizraelski film w 2027 roku będzie oklaskiwany co najmniej minutę dłużej. Mam przeczucie, że goście nie zawiodą.

Film widziało bardzo niewiele osób, ale „The Guardian”, który finansował jego produkcję, zadbał, żeby publiczność wiedziała, co ma myśleć. Jestem pewna, że nigdy nie zobaczymy wyprodukowanego przez „Guardiana” filmu arabskiego reżysera o zbrodniach dokonanych 7 października.

Całkiem niedawno pewna bardzo znana postać polskiej kultury w publicznej rozmowie, nieco zniecierpliwiona nagabywaniami prowadzącej, powiedziała: „Zbrodnie przeciwko ludzkości czy ludobójstwo to dla mnie ganz pomada”. Kiedy widziałam klaszczących nieprzerwanie przez 25 minut, miałam wrażenie, że rozróżnienie między wojną a ludobójstwem nie ma najmniejszego znaczenia. To był rodzaj zbiorowego odkupienia. Zresztą sama „Local Call”, siostra „+972 Magazine”, napisała po premierze, że w sali panowało przekonanie, iż kto filmu nie oklaskuje, popiera ludobójstwo.

Nie będę pisać o samym filmie, bo tak jak zdecydowana większość go nie oglądałam, tylko o tym, jak natychmiast zyskał rangę kolejnego dowodu potwierdzającego dawno wydany wyrok. Wartość dowodu stała się niepodważalna, bo pochodzi z Izraela. To nie osłabia oskarżenia – to je uwiarygadnia. Izraelski reżyser, izraelscy świadkowie, hebrajski skrót w tytule – i sala może klaskać w przekonaniu, że słucha nie polemiki, lecz zeznania.

Autorzy wywodzą się ze środowiska, które od lat opisuje Izrael językiem apartheidu, supremacji i wreszcie ludobójstwa. To nie jest głos Izraela. To głos izraelskiej skrajności, który świat chętnie bierze za jedyny autentyczny, bo potwierdza to, co i tak już postanowił. Wewnętrzny spór Izraelczyków o własną wojnę zostaje wyeksportowany jako dowód rzeczowy przeciwko żydowskiemu państwu. Samokrytyka nie krąży jako samokrytyka – krąży jako wyrok.

Anglojęzyczna wersja filmu zachowuje tytuł NAZA, czyli hebrajski akronim oznaczający collateral damage (szkody uboczne). Można było przewidzieć skojarzenia, jakie to nasunie publiczności. Już widziałam komentarz na polskim Facebooku: „Co oznacza Naza? To proste, odmiana Nazi”.

To nie jest dokument. To jest izraelski polityczny aktywizm z etykietą filmu dokumentalnego.

I nagle świat odkrył coś takiego jak Collateral Damage Assessment – szacowanie szkód ubocznych. NAZA to właśnie to: procedura armii, która w wojnie miejskiej liczy, ilu cywilów może zginąć przy uderzeniu w cel. Procedura stosowana przez armie świata w czasie konfliktu zbrojnego. W czasie wojny. To jest prawo wojenne. Wojna ma inną moralność niż moralność społeczeństwa cywilnego w czasie pokoju. Każda wojna. To nie oznacza, że w czasie wojny wszystko jest dozwolone – po to właśnie istnieje prawo konfliktów zbrojnych. Jeśli członek grupy zbrojnej ukrywa się w pokoju swojego dziecka, to nadal pozostaje potencjalnym i legalnym celem. Brzmi strasznie? Tak, bo jest straszne, ale wojna to nic pięknego i wzniosłego. Każda wojna.

Spór o skalę, proporcjonalność i konkretne decyzje IDF nie może się odbywać na festiwalu filmowym ani na TikToku. To zwyrodnienie formy. Sala nagradza pewność, nie dowód. Algorytm nagradza skrót, nie prawo konfliktów zbrojnych. Tam wyrok już zapadł, więc wszystko, co pochodzi z Izraela, jest albo odrzucane a priori, albo używane wyłącznie wtedy, gdy pasuje do oskarżenia.

W Polsce ludzie, którzy przeżyli wojnę jako małe dzieci, jeśli żyją, mają ponad 90 lat. Moja Mama miała 4 lata, kiedy wybuchła wojna, a dzisiaj ma 92 lata. Żyjemy w świecie, w którym nawet wojna w Ukrainie, toczona tuż za naszymi granicami, nie dotyka nas bezpośrednio. Sądzimy moralność wojny moralnością zwykłych, nudnych czasów, często zafascynowani pseudopacyfizmem. Z dala od wojny, oderwani od rzeczywistości, nie dopuszczamy do siebie tego, co robią ludzie, którzy co do zasady odrzucają nasz system wartości. I tak cywilne ofiary wojny zmieniają się w celowe zabójstwa cywilów, działania wojenne zamieniają się w ludobójstwo, a oceny proporcjonalności nakazane przez prawo konfliktów zbrojnych jawią się jako coś głęboko nagannego. A to prowadzi do uznania, że jakakolwiek wojna prowadzona w samoobronie nigdy nie będzie uzasadniona. Nic w wojnie nie jest dobre. Ale tak właśnie działa wojna.

W przypadku Izraela dochodzi coś jeszcze bardziej perwersyjnego: fakt przestrzegania praw wojny jest traktowany jako dowód na ludobójstwo. Od blisko trzech lat jesteśmy świadkami intensywnej kampanii propagandowej, w której IDF przedstawiany jest jako zwyrodniali degeneraci zabijający bez powodu kobiety i dzieci. Hamas albo w ogóle zniknął, albo pojawia się jako ruch oporu walczący z okupantem. Nikt nie oczekuje od terrorystów z Hamasu przestrzegania praw wojny. Naruszenie zawieszenia ognia 7 października, uprowadzenie zakładników do Gazy (a uprowadzenie żołnierzy też jest zbrodnią wojenną), brak mundurów poza uroczystymi paradami przy oddawaniu trumien z zamordowanymi zakładnikami, umieszczanie wyrzutni rakiet w obiektach cywilnych, używanie własnych cywilów jako ludzkich tarcz, rekrutowanie małoletnich chłopców – to są zbrodnie wojenne. Cała strategia Hamasu opiera się na fundamentalnym zacieraniu różnic między cywilami a bojownikami. Ale to po prostu znika. Nie ma.

Każde działanie Izraela odziera się z kontekstu, a każde działanie przeciwnika uzbraja się w kontekst: okupacja, opór, walka o wolność. To daje natychmiastowe rozgrzeszenie. Członek grupy zbrojnej nie musi przestrzegać żadnych zasad, żadnych norm. To nawet nie są podwójne standardy – to jest przykładanie norm moralnych wyłącznie do Izraela. Druga strona jest moralna z definicji. Kogo od początku konfliktu uznano za ofiarę, ten zbrodni popełnić nie może: najwyżej „stawia opór”, „odpowiada na okupację”, „walczy o wolność”. Ofiara przecież nie może być katem. Dlatego Hamas nie musi nosić munduru, nie musi oszczędzać zakładników, nie musi wyprowadzać rakiet ze szkół – i nadal pozostaje niewinny. Izrael, nawet gdy ogłasza cel, ostrzega cywilów i liczy szkody uboczne, pozostaje winny. Nie dlatego, że udowodniono zamiar zniszczenia narodu. Dlatego, że w tej moralności wina jest przypisana z góry, a niewinność jest statusem, nie czynem.

Rama jest prosta: Izrael to oprawca, Palestyńczyk to ofiara. Łatwa i niewymagająca logika. I jednocześnie żąda się, by Izrael przestrzegał prawa międzynarodowego, a potem, gdy to robi, twierdzi się, że popełnia najgorsze przestępstwo według tego prawa. A przecież gdyby prawdą było, że IDF to bezmyślna maszyna do zabijania na usługach syjonistycznego okupanta, nie byłoby potrzeby stosowania procedur szacowania szkód ubocznych. Ale w tym sporze nigdy nie chodziło o logikę czy fakty. Dajcie mi oskarżonego, a dowody zawsze się znajdą.

Wyobrażam sobie kogoś – powiedzmy trzydziestolatka – który wojnę zna z gier i smartfona. Po kilku minutach na TikToku jest osaczony potwornymi obrazami z Gazy podsuwanymi przez algorytmy. Widzi martwe dziecko, gruz, zniszczenie. Odruch jest natychmiastowy i moralnie słuszny: litość, wstręt, wstyd, natychmiastowa chęć nazwania sprawcy. I natychmiastowe odcięcie się od niego. Analiza przychodzi później, jeśli w ogóle przyjdzie. Analiza pyta, kto kręci, kiedy, co było sekundę wcześniej, gdzie jest cel wojskowy, co robi Hamas, co robi IDF, jaki jest bilans tej jednej sceny wobec całej wojny. Odruch nie zadaje tych pytań, bo pytanie wygląda jak obojętność. Wobec krwi każde „sprawdź źródło” brzmi jak usprawiedliwianie. Dlatego odruch wygrywa. Nie dlatego, że ten człowiek jest zły. Dlatego, że obraz działa szybciej niż dowód, a słowo „ludobójstwo” zamyka sprawę. Nikt nie chce być zwolennikiem ludobójstwa. Hasbarę rozpozna od razu – to przecież kłamstwo sprawcy. Hamasowskiej, irańskiej czy rosyjskiej propagandy nie rozpozna, bo przyszła do niego w opakowaniu współczucia dla niewyobrażalnej tragedii. Emocje nie rozumieją faktów, a fakty nie zważają na emocje. Działa instynkt stadny, obawa przed wykluczeniem, wytknięciem palcem.

Elity w Wenecji, oderwane od rzeczywistości, mylące popularność z moralnością, uczestniczyły w prawie religijnym obrzędzie, przekonane, że niosą światu coś niebywale ważnego. Gdyby choć przez chwilę zeszły ze szklanej wieży, rzeczywistości zrujnowałaby cały starannie wykreowany obraz i pozbawiłaby je poczucia moralnej wyższości. Oklaski trwały prawie 25 minut – naprawdę długo.

Ahmed Mansour zapytał:

„Czy ci, którzy przez 25 minut oklaskiwali na stojąco antyizraelski film, są też gotowi obejrzeć 47-minutowy dokument z kamer, które terroryści Hamasu mieli na sobie?”

To nie jest ludobójstwo. To jest wojna – straszna, okrutna, brudna. Jak każda wojna.

Local Call pisze, że kto nie klaszcze, ten popiera ludobójstwo.

Oklaski w Wenecji


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.