
Ben Cohen
W 2025 roku Peter Beinart – amerykański publicysta pochodzenia żydowskiego i przeciwnik syjonizmu – publicznie przeprosił za wygłoszenie przemówienia na Uniwersytecie w Tel Awiwie. Oświadczył wówczas: „Pozwoliłem, by moja chęć przeprowadzenia tej rozmowy przeważyła nad solidarnością z Palestyńczykami, którzy w obliczu czystek etnicznych, apartheidu i ludobójstwa zwrócili się do świata o bojkot izraelskich instytucji współodpowiedzialnych za ich ucisk”.
Zasadą Beinarta jest to, że to najbardziej radykalni palestyńscy aktywiści powinni określać charakter i taktykę swojego ruchu narodowego. Rolą sympatyków Palestyny – zwłaszcza Żydów odczuwających zastępcze poczucie winy – ma być milczenie i słuchanie.
Tymczasem rzeczywistość sugeruje coś przeciwnego: skoro Palestyńczycy sami nie byli w stanie osiągnąć swoich celów, a tożsamość palestyńska wyrosła jako odpowiedź na syjonizm, Żydzi mają wręcz obowiązek udzielać im nieproszonych rad. W końcu syjoniści mają znacznie większe osiągnięcia w zdobywaniu suwerenności niż palestyńscy nacjonaliści.
Gdyby David Ben Gurion (pierwszy premier Izraela) stał na czele Organizacji Wyzwolenia Palestyny, państwo palestyńskie powstałoby już kilkadziesiąt lat temu. Co więcej, Żydom na całym świecie nieustannie powtarza się hasło „Uwolnić Palestynę”, obarczając ich osobistą odpowiedzialnością za los Palestyńczyków.
Po pierwsze, przyjmijmy za pewnik, że z radykalnej perspektywy palestyńskiej idealnym scenariuszem jest zniszczenie Izraela, wypędzenie (przynajmniej) zamieszkujących go Żydów oraz odzyskanie całej Ziemi Świętej dla islamu i Arabów. Problem polega na tym, że wszelkie próby pokonania Izraela na polu bitwy – podczas wojny z 1948 roku, wojny sześciodniowej z 1967 roku oraz wojny Jom Kippur z 1973 roku – zakończyły się całkowitą fiaskiem.
Irański projekt stworzenia „pierścienia ognia” wokół Izraela i pokonania go za pomocą terrorystycznych organizacji zastępczych również legł w gruzach. Hamas siekiery i spustoszenie na południu Izraela siejąc terroryzm przez jeden dzień – 7 października 2023 roku – lecz dziś Strefa Gazy leży w ruinach, Hezbollah został zdziesiątkowany w Libanie, a sam reżim w Teheranie, choć wciąż się utrzymuje, został mocno osłabiony przez kolejne izraelskie i amerykańskie ataki.
Radykalne marzenie Palestyńczyków jest w praktyce niemożliwe do zrealizowania, a w długiej perspektywie trend zmierza raczej ku integracji regionalnej Izraela.
W 1967 roku Liga Arabska formalnie przyjęła zasadę „trzech nie”: nie dla pokoju z Izraelem, nie dla negocjacji z Izraelem i nie dla uznania Izraela. Od tamtego czasu Egipt, Jordania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Maroko i Bahrajn nawiązały stosunki z Tel Awiwem; większość krajów arabskich zniosła wtórny bojkot, a Arabia Saudyjska poparła perspektywę normalizacji relacji.
Izrael nawiązał również stosunki dyplomatyczne z niearabskimi krajami muzułmańskimi – od Europy, przez Afrykę, po Kaukaz i Azję Środkową. W 2026 roku po raz pierwszy w historii arabski kraj muzułmański walczył nawet u boku Izraela przeciwko wspólnemu wrogowi.
Z drugiej strony Palestyńczycy wciąż mają w ręku pewne atuty. Ich sprawa cieszy się powszechnym, często wręcz fanatycznym poparciem w całym świecie arabskim i muzułmańskim. Z powodu masowej migracji grono ich zwolenników rozciąga się obecnie również na Zachód. Co ważniejsze, w wyniku oburzenia wywołanego wojną w Strefie Gazy oraz wpływów nurtu postępowego trzecioświatowizmu, Palestyńczycy zyskali duże poparcie wśród ludności niearabskiej i niemuzułmańskiej.
W 2002 roku 16% Amerykanów deklarowało sympatię z Palestyńczykami, a 51% z Izraelczykami. W 2026 roku już 41% Amerykanów sprzyja Palestyńczykom, podczas gdy poparcie dla Izraelczyków spadło do 36%. Rekordowe 57% dorosłych Amerykanów opowiada się obecnie za utworzeniem niepodległego państwa palestyńskiego.
W wielu krajach znaczna część społeczeństwa ma coraz bardziej negatywne nastawienie do Izraela. Nastroje te niosą za sobą konsekwencje polityczne, podobnie jak rosnące znaczenie wyborców muzułmańskich na Zachodzie. Kraje europejskie, takie jak Francja, Wielka Brytania i Hiszpania (a także Kanada czy Australia), symbolicznie – choć bez większego przełożenia praktycznego – uznały państwo palestyńskie.
Coraz więcej Demokratów w USA głosuje przeciwko pomocy wojskowej i sprzedaży broni dla Izraela, a odmowa przyjmowania funduszy od Amerykańsko-Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych (AIPAC) staje się testem dojrzałości dla lewicy. Nawet autorytarna Arabia Saudyjska liczy się z opinią publiczną i uzależnia normalizację stosunków z Izraelem od wejścia na „nieodwracalną drogę” do utworzenia państwa palestyńskiego.
Pytanie brzmi: jak Palestyńczycy rozegrają te karty?
Islamiści, zwolennicy teorii o „kolonializmie osadniczym” oraz jawni antysemici opowiadają się za walką z Izraelem do ostatniego Palestyńczyka. Prawdziwą naturę tego obozu ujawnił w 2001 roku były prezydent Iranu, ajatollah Akbar Haszemi Rafsandżani:
„Jeśli pewnego dnia świat islamski zostanie wyposażony w broń porównywalną do tej, którą dysponuje Izrael, strategia Globalnej Arogancji znajdzie się w ślepym zaułku. Użycie jednej bomby atomowej w Izraelu nie pozostawi z niego nic, podczas gdy w świecie islamskim spowoduje jedynie zniszczenia”.
Nie trzeba dodawać, że zrzucenie bomby atomowej na Tel Awiw zniszczyłoby również Ramallah. Podobnie lider Hamasu Yahya Sinwar zakładał, że Izrael może użyć broni jądrowej w odpowiedzi na wydarzenia z 7 października, a mimo to zdecydował się na atak. Czymże jest jednak życie Palestyńczyków w porównaniu z chwałą świata islamu?
Rzeczywistym skutkiem antysyjonistycznej nieustępliwości jest ciągła eskalacja strat po stronie palestyńskiej. Przywódcy palestyńscy odrzucili:
- propozycję Rady Legislacyjnej z 1922 roku, która dałaby im organ przedstawicielski pod mandatem brytyjskim;
- propozycję Komisji Peela z 1937 roku, przyznającą im około 80% Ziemi Świętej;
- plan podziału ONZ z 1947 roku dający im 43%;
- a także wszelkie alternatywne propozycje utworzenia państwa „od rzeki do morza” z autonomią dla Żydów.
Judea i Samaria (Zachodni Brzeg) oraz Strefa Gazy – dzisiejsze terytoria z większością palestyńską – znalazły się pod kontrolą Izraela wyłącznie dlatego, że kontrolowane wówczas przez Jordanię i Egipt obszary zostały wykorzystane do ataku na Izrael w 1967 roku.
Bądźmy jednak sprawiedliwi wobec Arabów. Z ich ówczesnej perspektywy uzasadnione było założenie, że rodzące się państwo żydowskie poniesie klęskę – pięć armii arabskich powinno było w latach 40. unicestwić niespełna milion Żydów, a radzieckie wsparcie miało zapewnić odwet w latach 60. i 70.
Historia obaliła jednak przepowiednię sekretarza generalnego Ligi Arabskiej, Azzama Paszy, który zapowiadał, że klęska Izraela stanie się „wojną eksterminacyjną i rzezią na miarę najazdów mongolskich czy krucjat”. Od czasu tamtych porażek Izrael jedynie umocnił swoją pozycję gospodarczą, militarną, geopolityczną i demograficzną.
Dziś jedynie fanatyczny Iran i jego terrorystyczne marionetki mają jeszcze ochotę prowadzić otwartą wojnę przeciwko państwu żydowskiemu, podczas gdy Związek Radziecki jako wspierające ich supermocarstwo dawno przestał istnieć.
Jednocześnie to właśnie potęga Izraela ukształtowała wizerunek Palestyńczyków jako „ofiar”. Gdy dominującą narracją był „konflikt arabsko-izraelski”, Izrael odgrywał rolę dzielnego Dawida walczącego z przemożnym Goliatem państw arabskich. Jednak odkąd w 1967 roku Izrael przejął kontrolę nad Zachodnim Brzegiem i Gazą wraz z ich ludnością, sprawa przekształciła się w „konflikt izraelsko-palestyński”. Obecnie to Izrael postrzegany jest jako Goliat, a Palestyńczycy jako Dawid – mimo że ci drudzy wciąż mogą liczyć na zaplecze ogromnego świata arabskiego i muzułmańskiego. Palestyńczycy nie są w stanie pokonać Izraela na polu bitwy, ale potrafią skutecznie podważać jego legitymizację w oczach świata.
Mogliby jednak przedstawić realną ofertę.
Palestyńczycy nie mogą liczyć na to, że kapryśne zainteresowanie zachodnich zwolenników będzie trwać wiecznie. Wraz z zakończeniem walk w Strefie Gazy uwagę świata przyciągną inne konflikty – tak jak Gaza przesłoniła wcześniej wojnę w Ukrainie. Kto dziś pamięta o koncertach na rzecz wolności Tybetu czy o zapatystach?
Osiągnąwszy szczyt narracji ofiary i przyciągnąwszy uwagę Grety Thunberg, Palestyńczycy mają idealny moment, by zmonetyzować swoje polityczne atuty.
W 2008 roku premier Izraela Ehud Olmert zaproponował prezydentowi Autonomii Palestyńskiej Mahmudowi Abbasowi utworzenie państwa obejmującego Gazę i ponad 94% Zachodniego Brzegu (z wymianą terytoriów za pozostałe obszary) oraz ze stolicą we Wschodniej Jerozolimie. Była to kontynuacja propozycji z lat 2000 i 2001. W dużej mierze na skutek palestyńskiego terroryzmu i polityki odrzucenia, izraelska opinia publiczna odwróciła się jednak od idei oddawania ziemi w zamian za pokój.
Dziś jednak Palestyńczycy mają do zaoferowania więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Ich zgoda mogłaby rozszerzyć Porozumienia Abrahamowe na całą Ligę Arabską (zgodnie z Saudyjską Inicjatywą Pokojową), co miałoby przełomowe znaczenie dla bezpieczeństwa i gospodarki Izraela.
Rozwiązanie kwestii palestyńskiej odebrałoby argumenty antysyjonistom na Zachodzie, którzy znaleźliby się w kuriozalnej sytuacji sprzeciwiania się woli ludzi, których rzekomo reprezentują. W przeciwieństwie do Petera Beinarta, palestyński przywódca powinien przejąć inicjatywę, deklarując nie tylko odrzucenie ruchu BDS, ale i gotowość do pośredniczenia w relacjach Izraela ze światem islamu.
Aby rozwiać obawy Izraela o bezpieczeństwo i zagwarantować własną stabilność, pragmatyczne państwo palestyńskie potrzebowałoby wsparcia w utrzymaniu porządku i ochronie przed przejęciem władzy przez ekstremistów. Sąsiednie państwo posiada ogromne doświadczenie zarówno w zwalczaniu bojowników, jak i w zarządzaniu ludnością palestyńską przy jednoczesnym zachowaniu pokoju z Izraelem – mowa o Jordanii (historycznej Palestynie Wschodniej).
Konfederacja Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy z Jordanią (czyli ponowne połączenie obu brzegów Jordanu) dałaby tereny do osiedlenia uchodźców, zrealizowała wizję Jasera Arafata i przywróciła sprawdzony model sprzed 1967 roku.
Zarys takiego wielkiego porozumienia wyglądałby następująco:
- Izrael otrzymuje pełną normalizację relacji w regionie oraz gwarancje bezpieczeństwa w zamian za wycofanie się z terytoriów (na wzór Półwyspu Synaj po układzie z Egiptem).
- Palestyńczycy zyskują polityczną niezależność od Izraela i terytorium w zamian za rezygnację z roszczeń irredentystycznych oraz uznanie zwierzchnictwa króla Abdullaha II.
- Jordania zyskuje powiększenie terytorium i potencjału demograficznego oraz dostęp do Morza Śródziemnego przez Gazę.
Fundusze z krajów Zatoki Perskiej mogłyby sfinansować logistykę tego przedsięwzięcia – stabilność regionu leży w ich bezpośrednim interesie. Ideę Haszymidzkiego Królestwa Palestyny popierają już zresztą wpływowe postaci, takie jak jordańsko-palestyński miliarder Hasan Ismaik czy saudyjski analityk Ali Shihabi.
Jordania zrzekła się roszczeń do Zachodniego Brzegu w 1988 roku na rzecz OWP, dlatego powrót do tego konceptu wymagałby inicjatywy samych Palestyńczyków (podobnie jak podczas konferencji w Jerychu w 1948 roku, gdy palestyńscy notabla formalnie wnosili o aneksję przez Amman).
Trójstronne rozmowy mogłyby doprowadzić do stopniowego przekazywania kontroli siłom jordańsko-palestyńskim oraz przyznawania obywatelstwa mieszkańcom Zachodniego Brzegu, jak to miało miejsce w latach 1950–1988. Żydowskie osiedla stanęłyby przed wyborem: akceptacja nowego zwierzchnictwa albo likwidacja. Plan zakładałby także wymianę terytoriów pozwalającą Izraelowi zachować główne bloki osadnicze przy odpowiedniej rekompensacie gruntowej dla strony palestyńskiej.
Ostatecznie taka konfederacja przejęłaby odpowiedzialność za odbudowę Gazy i odsunięcie Hamasu (Jordania nielegalizuje Bractwo Muzułmańskie, co objęłoby również jego palestyńskie skrzydło).
W tym scenariuszu Palestyńczycy nie dostaną wszystkiego, czego żądali – ale w żadnym realnym układzie tego nie otrzymają. Wypróbowali już każdą brutalną alternatywę, której punktem kulminacyjnym była bezcelowa masakra z 7 października. Czas wyciągnąć wnioski i ograniczyć straty w starciu z silniejszym przeciwnikiem. Meksyk nie odzyska Kalifornii, Niemcy Prus Wschodnich, Serbia Kosowa, a Arabowie – całego terytorium Izraela.
Na podobnej zasadzie wysiedleni Hindusi nie wrócą do Pakistanu, Grecy do Turcji, Żydzi do państw arabskich, ani Arabowie do Izraela. W 2023 roku ponad 100 tysięcy Ormian musiało opuścić Górski Karabach po przejęciu go przez Azerbejdżan, a mimo to Armenia uznała porażkę, przyjęła uchodźców i dąży do uregulowania stosunków z sąsiadami.
Palestyńczycy – mimo przegrania każdej wywołanej wojny – wciąż mają szansę na pokojowe uzyskanie ziemi, której nigdy nie zdobędą siłą. Poprzez konfederację z Jordanią mogliby objąć ponad 80% obszaru dawnego brytyjskiego mandatu, zamiast ograniczać się do kadłubowego państwa. Kurdowie, Tamilowie czy Tybetańczycy oddaliby wiele za taką szansę.
Wykorzystaj tę szansę, Palestyno – póki świat jeszcze patrzy na ciebie z sympatią.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Mówi się, że człowiek uczy się na błędach, ale najprawdopodobniej do tego potrzebna jest też pewna doza inteligencji.
To wszysko już było.
28 września 1995 r.: Kolejny ważny szczyt w Waszyngtonie, zorganizowany przez prezydenta Clintona z udziałem premiera Rabina, przewodniczącego Arafata, króla Jordanii Husajna oraz prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka, poświęcony podpisaniu porozumienia.
https://youtube.com/shorts/cZWb2UM3o4k?is=Ph6qM-WBSD9m73VC