Uncategorized

Czy ajatollahowie mają jeszcze czego bronić?

Konstanty Gebert

Jeżeli amerykańskie bombardowanie tak skutecznie uszkodziło irańskie instalacje nuklearne, że wznowienie produkcji bomby atomowej jest niemożliwe, to można mieć nadzieję na rychłe wstrzymanie działań zbrojnych i powrót do negocjacji. Jednak przed tym nastąpi irański odwet.

Opinie publikowane w serwisie wyrażają poglądy osób piszących i nie zawsze muszą odzwierciedlać stanowiska całej redakcji

W ciągu 20 godzin od amerykańskiego ataku na ośrodki atomowe w Iranie Iran nadal nie przeprowadził ataków odwetowych na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie. Nie dlatego, że atak zaskoczył Teheran: prezydent Donald Trump wielokrotnie stwierdzał, że może do niego dojść, a termin dwóch tygodni, jaki sobie 20 czerwca przyznał na podjęcie ostatecznej decyzji, oznacza jedynie, w jego retoryce, „za niedługo”. Źródła irańskie już 17 czerwca podały, że siły zbrojne są gotowe do ataku na bazy USA w krajach Zatoki lub do zamknięcia cieśniny Ormuz, przez którą przepływa jedna czwarta światowego eksportu ropy. Czołowy dowódca Gwardii Rewolucyjnej, gen. Mohsen Rezaei, powtórzył te groźby w telewizji irańskiej na kilka godzin przez amerykańskim atakiem. Dlaczego więc Teheran nie odpowiada?

Powodów może być kilka. Może być tak, że izraelskie naloty, trwające już ponad tydzień, a wymierzone, oprócz ośrodków atomowych, w irańskie składy rakiet oraz wyrzutnie, tak uszczupliły zasoby irańskich sił zbrojnych, że atak taki może być po prostu trudny do przeprowadzenia. Ale w kilka godzin po amerykańskim nalocie Iran odpalił kolejne dwie salwy rakietowe na Izrael, raniąc niemal sto osób. Wśród około 20 odpalonych rakiet była, użyta po raz pierwszy, rakieta Chorramshahr-4, przenosząca półtoratonową głowicę. Gdyby Iranowi zaczynało brakować sprzętu, rakiety te wymierzyłby raczej w amerykańskie bazy niż w izraelskie miasta.

Teheran kalkuluje: odwet musi być bolesny, ale nie za bardzo

Mało prawdopodobne jest też, by Iran jednak zdecydował, że ewentualnego odwetu na amerykańskie cele nie będzie, z obawy przed dalszą eskalacja konfliktu, której Teheran nie mógłby wszak wygrać. Po zabiciu w 2020 roku w amerykańskim ataku dronowym dowódcy Gwardii Rewolucyjnej gen. Quassemi Sulejmaniego Iran odpowiedział ostrzałem rakietowym amerykańskich baz w Iraku. Wprawdzie ostrzegł Amerykanów o nadchodzącym ataku, co pozwoliło uniknąć ofiar śmiertelnych i dalszej eskalacji, ale i tak 110 żołnierzy odniosło poważne urazy od wybuchów. Nalot na główne ośrodki atomowe wymagać musi odwetu odpowiednio potężniejszego – inaczej będzie zachętą do kolejnych ataków. Zarazem Trump zapowiedział, że w wypadku irańskiego odwetu amerykańska reakcja będzie miażdżąca, i Irańczycy to wiedzą.

Amerykański prezydent zresztą oznajmił, że wie, „gdzie się schował” Najwyższy Przywódca Iranu, ajatollah Chamenei, sugerując, że Amerykanie mogliby go zabić w przypadku eskalacji. Chamenei zresztą wskazał Zgromadzeniu Ekspertów, które obierze jego następcę, trzech kandydatów na Najwyższego Przywódcę, by usprawnić spodziewany proces sukcesji. Po takiej eskalacji celem konfliktu byłaby już jednak nie eliminacja irańskiego programu atomowego, lecz – wbrew innym oświadczeniom Trumpa – zmiana reżimu. To oczywiście dla rządzących w Teheranie byłoby zagrożeniem największym – i dlatego zapewne wstrzymują się jeszcze z nieuchronnym odwetem, pragnąc skalibrować go tak, by był dla Amerykanów bolesny na tyle, by powstrzymać ich przed kolejnymi atakami – lecz nie na tyle, by zmobilizować ich do próby obalenia reżimu ajatollahów.

Siła odwetu pokaże skalę sukcesu amerykańskich bombardowań

Jeżeli amerykańskie GBU-57 istotnie zniszczyły całkowicie podziemny tajny ośrodek Fordo, szanse na odbudowanie programu w najbliższych latach będą żadne: wysiłek organizacyjny, a zwłaszcza finansowy, byłby zbyt wielki dla i tak zdruzgotanego wojną kraju. W takim wypadku można się spodziewać, że Teheran zdecydowanie uderzy w Amerykanów, licząc na to, że Trump szczerze – jak się istotnie wydaje – obawia się wciągnięcia USA w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza że poparcie dla niej nawet wśród Republikanów jest niewielkie. Świadczy o tym choćby nagła rezygnacja w kwietniu z dalszego atakowania jemeńskich Hutich, mimo że nie wyrzekli się dalszych ataków na statki na Morzu Czerwonym i na Izrael, a wręcz uderzyli wówczas rakietą w okolice lotniska Ben Guriona w Tel Awiwie.

Jeżeli jednak okaże się, że – wbrew triumfalnym deklaracjom Trumpa – straty w ośrodkach atomowych są mniej znaczne i bombę da się jednak, acz z opóźnieniem, wyprodukować, to ajatollahowie będą mieli czego bronić, i wówczas ich odwet będzie słabszy, bo będą chcieli uniknąć najmniejszego nawet ryzyka dalszej eskalacji ze strony USA.

Newsletter Polityczny

Najlepsi dziennikarze śledczy, opinie ekspertów, rzetelne analizy.

Administratorem danych osobowych podanych przy zapisaniu się na newsletter jest Wyborcza sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (00-732), ul. Czerska 8/10. Podane dane osobowe będą przetwarzane przede wszystkim w celu wysyłki zamówionego newslettera, który może zawierać treści marketingowe.Więcej

Regulamin Usługi NewsletterówZapisz mnie

Zobacz przykładowy newsletter

Iran zainteresowany długotrwałą wojną z Izraelem

Teheran zdaje się uważać, że wojnę z Izraelem na wyniszczenie, mimo ogromnych sukcesów, jakie Jerozolima odniosła w pierwszym tygodniu ataków, Iran jest w stanie wygrać, a w każdym razie nie przegrać. Ajatollahowie liczą na to, że izraelska opinia publiczna nie zniesie na dłuższą metę strat zadawanych przez irańskie rakiety, podczas gdy irańskie społeczeństwo będzie tu bardziej odporne.

Różnica polega nie tylko na tym, że w kraju demokratycznym opinia publiczna ma znacznie większy wpływ na politykę rządu, który od jej głosów zależy, zaś reżim irański pozostaje u władzy mimo swej ogromnej niepopularności. Najnowszymi jej dowodami były ogromne i krwawo stłumione demonstracje po zakatowaniu przez policję dwa lata temu Mahsy Amini za nieprawidłowo noszony czador, a dwa lata wcześniej równie wielkie i równie krwawo stłumione rozruchy wywołane kryzysem gospodarczym. Co więcej, atak Małego oraz Wielkiego Szatana, jak propaganda irańska nazywa Izrael i USA, może wręcz sprawić, że przeciwnicy reżimu na czas wojny udzielą mu niechętnie poparcia. Liczy się jednak także ogromny rozmiar terytorialny Iranu i jego dziewięciokrotnie większa liczba ludności – te rozmiary sprawiają, że Iran  jest w stanie znieść ciosy, które w małym Izraelu byłyby miażdżące.

Izrael coraz bardziej zainteresowany szybkim zakończeniem wojny

Co więcej, Izrael ma znaczący powód polityczny, by wojnę zakończyć szybko. Z wojskowego punktu widzenia dalsze atakowanie konwencjonalnego potencjału zbrojeniowego Iranu ma wprawdzie głęboki sens. Każda rakieta, która nie zostanie wyprodukowana, bo nalot zniszczył fabrykę, gdzie się ją wytwarza, czy odpalona, bo zniszczone zostały magazyny rakiet i ich wyrzutnie, to ulga dla Izraela. Choć system antyrakietowy sprawuje się dotąd znakomicie, to liczba rakiet przezeń niezestrzelonych będzie rosła i najlepiej zapobiec ich uderzeniom, udaremniając ich odpalenie.

Ale politycznie Izrael po raz pierwszy od operacji w Gazie, spowodowanej rzezią, jakiej dokonał popierany przez Iran Hamas, cieszy się poparciem nie tylko USA, ale coraz bardziej wrogo doń nastawionej Europy. Jak trafnie powiedział kanclerz Niemiec Friedrich Merz, atakując irański program atomowy, „Izrael wykonał za Zachód brudną robotę”, we wspólnym interesie. Ta sympatia jednak osłabnie, w miarę jak wojna będzie trwać i zaczną napływać zdjęcia zniszczeń w Teheranie; zdjęcia zbombardowanego przez Iran rakietą szpitala im. Soroki w Beerszewie nie zrobiły na wrogo nastawionej do Izraela opinii europejskiej wrażenia. Słowem, szybko zbliża się moment, w którym koszt polityczny dalszego prowadzenia ataku na Iran przeważy nad zyskiem militarnym – zaś amerykański atak na Fordo, Natanz i Isfahan jest znakomitym powodem, by otrąbić zwycięstwo i wstrzymać ostrzał.

Irańska bomba to nie mit

O ile rzeczywiście irański program atomowy został zniszczony. Jego realność tym razem, inaczej niż w Iraku, nie ulega wątpliwości: raport o wyprodukowaniu przez Iran uranu wzbogaconego do poziomu 60 proc. w ilości wystarczającej do skonstruowania dziewięciu ładunków atomowych i o dowodach jego wzbogacania do wymaganego militarnie poziomu 90 proc., w Fordo właśnie, opublikowała ta sama Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, która wcześniej przestrzegała przed pochopnym zakładaniem, że Irak szykuje bombę.

Jeżeli więc amerykańskie B-2 tak skutecznie uszkodziły program irański, by uczynić jego wznowienie nieopłacalnym, to jest nadzieja na rychłe wstrzymanie działań zbrojnych i powrót do negocjacji – o ile USA i Izrael nie zdecydują się na dążenie do zmiany reżimu siłą. Doświadczenia Iraku, Afganistanu i Libii winny tu jednak być przestrogą. Zaś zmasowany odwet irański, o ile do niego dojdzie, byłby właśnie dowodem na to, że cel został osiągnięty. Wówczas wezwania UE i państw Zatoki do wznowienia negocjacji miałyby sens, a Iran mógłby do nich przystąpić bez utraty twarzy.

Ale – paradoksalnie – odwet bardziej umiarkowany świadczyłby raczej o tym, że ajatollahowie nadal mają co chronić. Wówczas dalsze ataki, w tym amerykańskie, miałyby wojskowy sens, ale groziłyby rozpętaniem długotrwałej wojny o trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Wojnę bowiem dużo łatwiej jest zacząć niż skończyć, a tylko w jednym wypadku – bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki – technologia militarna sama przesądziła, za straszliwą cenę, o jej zakończeniu. Nie wiemy jeszcze, czy Amerykanom udało się bombami GBU-57 powtórzyć ten rezultat.


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.