Nachum Kaplan נַחוּם

Prezydent Argentyny Javier Milei i premier Izraela Benjamin Netanjahu.
Podsumowanie w jednym zdaniu
Artykuł analizuje geopolityczny zwrot w Ameryce Południowej, która porzuca wieloletnią, uwarunkowaną ideologicznie wrogość wobec Izraela i pobłażliwość wobec Iranu na rzecz pragmatycznej współpracy i powrotu do zachodnich wartości.
Po latach pobłażliwości wobec Teheranu, potępiania Jerozolimy i mylnego utożsamiania antyamerykanizmu z niezależnością, znaczna część Ameryki Południowej na nowo odkrywa zalety mądrego wyboru przyjaci
Ameryka Południowa od dawna charakteryzuje się nieufnością wobec demokracji i dziwną wyrozumiałością wobec dyktatur. Tę szkodliwą politykę pochlebnie nazywano niegdyś polityką niezaangażowania.
Pod górnolotnymi komunikatami o suwerenności, solidarności i Globalnym Południu krył się odruchowy, trzeciowświatowy sposób myślenia, który przekształcał antyamerykanizm w politykę zagraniczną, a wrogość wobec Izraela – w miarę ideologicznego wyrafinowania.
Zasady były proste. Jeśli Waszyngton coś popierał, należało temu nie ufać. Jeśli Izrael się bronił, należało go potępić. Jeśli Iran groził wymazaniem Izraela z mapy, należało doszukiwać się niuansów.
Po 7 października 2023 roku ta patologia osiągnęła groteskową apoteozę. Izrael wciąż identyfikował ciała ofiar najgorszej masakry Żydów od czasów Holokaustu, gdy kilka rządów południowoamerykańskich uznało, że to Izrael stanowi pilniejszy problem moralny.
Ówczesny prezydent Kolumbii Gustavo Petro dopuścił się gorączkowych manipulacji historycznych, porównując postępowanie Izraela do zachowania nazistów, i zerwał stosunki dyplomatyczne. Boliwia pośpiesznie poszła w jego ślady. Prezydent Chile Gabriel Boric odwołał swojego ambasadora i wykluczył izraelskie firmy z targów lotniczych.
Ta sekwencja wydarzeń była moralnie oburzająca.
Islamistyczna organizacja dążąca do ludobójstwa przekroczyła granicę międzynarodową, zmasakrowała cywilów, porwała rodziny i wywiozła zakładników do Strefy Gazy. Iran i jego regionalni sojusznicy świętowali. Tymczasem w południowoamerykańskich kręgach dyplomatycznych uwaga szybko przeniosła się z oprawców na rzekome moralne niedociągnięcia ofiar.
Mieliśmy do czynienia z głębokim zamrożeniem stosunków – o wiele poważniejszym niż zwykła różnica zdań w sprawie Strefy Gazy, osad czy granic. Chodziło o fundamentalne pytanie: czy znaczna część Ameryki Południowej potrafi odróżnić demokrację broniącą się przed rewolucyjną osią terroru dążącą do jej zniszczenia?
Teraz lód pęka.
W całej Ameryce Południowej to, co niegdyś wydawało się nieuchronną „różową falą” zmierzającą w kierunku obozu antyzachodniego, zderza się z rzeczywistością. Rządy ulegają zmianom. Stosunki dyplomatyczne są rewidowane. Strategiczna współpraca wypiera teatralną wrogość, a przekonanie, że Izrael można bezkarnie traktować jak dyplomatyczny worek treningowy, powoli znika.
Przez lata elementy radykalnej lewicy w Ameryce Łacińskiej pielęgnowały relacje z Iranem i jego sojusznikami, przedstawiając jednocześnie Izrael jako regionalne zagrożenie. Retoryka była antyimperialistyczna, antykolonialna i antysyjonistyczna. Rzeczywistość była jednak znacznie mroczniejsza.
Teheran i Hezbollah rozbudowały sieci wpływów, finansów i nielegalnej działalności na całym kontynencie, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. Trójgranicy między Argentyną, Brazylią a Paragwajem.
Dla Argentyny nie było to nic abstrakcyjnego. W 1992 roku doszło do zamachu bombowego na ambasadę Izraela w Buenos Aires. Dwa lata później atak na centrum społeczności żydowskiej AMIA pozbawił życia 85 osób i ranił setki innych. Za obiema zbrodniami stał Iran. Ofiarami byli Argentyńczycy zamordowani na własnej ziemi.
Doświadczenia te powinny skłonić do trzeźwej oceny natury irańskiego reżimu, ale ideologie takie jak marksizm i islamizm działają jak potężne narkotyki. Teheranowi można było schlebiać, Caracas celebrować, a Izrael – pouczać.
Rządy, które mianowały się obrońcami praw człowieka, doszukiwały się niekończących się subtelności w kontaktach z teokracją wieszającą dysydentów, prześladującą kobiety, sponsorującą armie terrorystyczne i otwarcie deklarującą chęć zniszczenia innego państwa członkowskiego ONZ. Od żydowskiej demokracji walczącej z tymi samymi siłami oczekiwano tymczasem nieskazitelnej powściągliwości.
Standardy wobec Izraela postawiono na głowie. Skuteczna samoobrona czyniła go w oczach krytyków winnym, podczas gdy niepowodzenie jego wrogów w dziele zniszczenia nadawało im mniemaną cnotę moralną. To osobliwa patologia, w której słabość wybiela niegodziwość, a Ameryka Południowa zaraziła się tą chorobą w zjadliwej postaci.
Wtedy Javier Milei wygrał wybory prezydenckie w Argentynie i potraktował piłą łańcuchową tradycyjną politykę zagraniczną kraju.
Milei zrozumiał, że polityka zagraniczna wiąże się z wyborami moralnymi. Państwa mają swoje interesy i potrzebują handlu, broni, danych wywiadowczych, rynków oraz sojuszy – Machiavelli wciąż pozostaje aktualny. Jednak wybór partnerów mówi światu prawdę o tym, za jaki kraj się uważasz.
Milei dokonał jasnego wyboru: odwiedził Izrael, złożył ONZ spektakularną reprymendę i otwarcie zaczął mówić o cywilizacji zachodniej, wartościach judeochrześcijańskich oraz walce z totalitarnym terrorem.
Jego słowa były pozbawione dyplomatycznych ozdobników: „Nie ma miejsca na neutralność”.
Neutralność zyskała w nowoczesnej dyplomacji osobliwą aurę, pozwalającą rządom utożsamiać niezdecydowanie z mądrością. Jednak neutralność między dwiema moralnie nierównymi siłami nie czyni ich moralnie równymi.
Milei przekuł te słowa w czyny: uznał Hamas za organizację terrorystyczną, przyspieszył przeniesienie ambasadę Argentyny do Jerozolimy i przeznaczył swoją nagrodę Genesis Prize na zacieśnienie więzi między Izraelem a Ameryką Łacińską.
Dla Argentyny przyjaźń z Izraelem nie jest egzotycznym hobby związanym z Bliskim Wschodem. Ten sam irański aparat rewolucyjny, który dąży do zniszczenia Izraela, ma już na rękach argentyńską krew. Buenos Aires i Jerozolimę może dzielił ocean, ale oba miasta mierzą się ze wspólnym wrogiem.
Zwrot w polityce Argentyny udowodnił, że wrogość wobec Izraela nie była ani nieunikniona, ani bezkosztowa.
Kolumbia przekonała się o tym za rządów Petro. Zerwanie stosunków z Izraelem mogło zaspokoić polityczne ambicje prezydenta, lecz Kolumbia od dziesięcioleci czerpała korzyści z izraelskiej technologii obronnej, współpracy wywiadowczej i wiedzy eksperckiej w zwalczaniu terroryzmu, karteli narkotykowych oraz zorganizowanej przemocy.
Łatwo bojkotować izraelskie know-how – dopóki nie przypomnisz sobie, dlaczego w ogóle po nie sięgnąłeś.
Brazylia stanowi odrębny problem. Jest zbyt duża, by ją zignorować, i zbyt skomplikowana, by dało się ją zgrabnie wpasować w prostą ideologiczną narrację.
Lewicowy prezydent Luiz Inácio Lula da Silva nie tylko skrytykował działania Izraela w Strefie Gazy, ale wręcz porównał je do eksterminacji Żydów przez Hitlera, dając wywiadach dowód zarówno historycznej ignorancji, jak i moralnego ubóstwa.
Okazało się jednak, że retoryka Luli jest znacznie łatwiejsza do radykalizacji niż faktyczne interesy Brazylii. Pomimo dyplomatycznego chłodu relacje gospodarcze trwają.
Brazylia i Izrael pozostają silnie powiązane handlowo. Izrael był pierwszym krajem spoza Ameryki Łacińskiej, który podpisał umowę o wolnym handlu z Mercosurem. Brazylijskie produkty rolne trafiają na Bliski Wschód, podczas gdy izraelskie nawozy i technologie płyną w przeciwnym kierunku. W 2025 roku, mimo dyplomatycznej oziębłości, wartość handlu dwustronnego wyniosła 1,9 miliarda dolarów. Podczas gdy w Brasílii wrzały polityczne spory, gospodarka spokojnie robiła swoje.
Ta sprzeczność jest jeszcze wyraźniejsza w obszarze bezpieczeństwa. Brazylia od lat kupuje izraelskie technologie wojskowe. Choć polityczne wiatry wiały raz na korzyść Luli, raz Bolsonaro, a potem znów Luli, fundamenty relacji gospodarczych i obronnych okazały się nienaruszone.
Brazylia pozostaje więc ostatecznym sprawdzianem tego, czy ocieplenie w Ameryce Południowej to tylko przejściowy cykl polityczny, czy też coś trwałego. Argentyna przewodzi buntowi, Paragwaj go wspiera, a Kolumbia i Chile mogą wkrótce przemyśleć swoje kroki. Jednak dopiero postawa Brazylii nada tej zmianie prawdziwie kontynentalny wymiar.
Izrael to mały kraj o komicznie niekorzystnym położeniu, minimalnej głębokości strategicznej i sąsiadach, którzy regularnie próbowali go wymazać z mapy. W takich warunkach masz do wyboru jedno z dwóch: zagładę albo perfekcję w działaniu.
Izrael wybrał to drugie.
Ta kompetencja obejmuje dziś dokładnie te dziedziny, których Ameryka Południowa potrzebuje najbardziej: gospodarkę wodną, odsalanie, rolnictwo, cyberbezpieczeństwo, wywiad, technologie obronne, sztuczną inteligencję oraz zwalczanie terroryzmu.
Kontynent borykający się z suszami, przestępczością zorganizowaną, imperiami narkotykowymi, cyberzagrożeniami i nierównomierną wydajnością rolnictwa ma zaskakująco niewiele do zyskania na odrzuceniu jednego z najbardziej innowacyjnych państw świata tylko po to, by usatysfakcjonować studenckich aktywistów z nowymi hasłami na transparentach.
Decyzja Paragwaju o umiejscowieniu swoich relacji z Izraelem wokół Jerozolimy pokazała kolejny zwrot akcji. Z kolei korekty kursu w Boliwii dowodzą, że nawet rządy startujące z najbardziej skrajnych pozycji mogą w końcu dojść do wniosku, iż trwałe zerwanie mostów jest bezsensowne.
Pojawi się zapewne pokusa, by całe to ocieplenie sprowadzić jedynie do koniunktury politycznej. Lewica dochodzi do władzy, prawica ją traci, rządy się zmieniają, a za nimi podąża handel. W tym rozumowaniu tkwi ziarno prawdy, bo polityka zagraniczna nigdy nie próżni w próżni wewnętrznych sporów.
Jednak sprowadzanie tej transformacji wyłącznie do słupków eksportowych i kalkulacji wyborczych to przeoczenie jej istoty. Sednem sprawy jest bowiem rewizja podejścia Ameryki Łacińskiej do zachodniej cywilizacji – pytanie, czy nadal chce być jej częścią.
Przez dziesięciolecia modna myśl zachodnia nauczyła się postrzegać własną cywilizację jak miejsce zbrodni. Jej historię wykłada się przede wszystkim przez pryzmat grzechów: dobrobyt urasta do dowodu wyzysku, siła militarna staje się agresją, granice – wykluczeniem, a pewność siebie – szowinizmem.
Inne cywilizacje mogą pielęgnować swoje krzywdy, traumy i święte mity. Zachodowi wolno jedynie kajać się i oskarżać.
Izrael zajmuje w tej neurozie szczególną pozycję: jest jednocześnie starożytny i nowoczesny, bliskowschodni i zachodni, zakorzeniony w tradycji i zaawansowany technologicznie, mały, a zarazem militarnie potężny.
Zmieniający się układ sił w Ameryce Południowej sugeruje, że kontynent ten zaczyna odzyskiwać poczucie miary. Hamas i Izrael to nie są moralne odpowiedniki. Podobnie Hezbollah i Izrael, czy rewolucyjna teokracja Iranu i izraelska demokracja.
Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego ta zmiana może okazać się trwała. Ameryka Południowa, tradycyjnie głęboko katolicka, przeszła ogromną przemianę religijną. Chrześcijaństwo ewangeliczne stało się potężną siłą społeczną i polityczną. Opiera się ono na biblijnym światopoglądzie, który jest przychylny Izraelowi i całkowicie odporny na marksistowskie teorie kolonializmu.
Dla tych ludzi powrót Narodu Wybranego do swojej ziemi nie jest żadnym obcym imperialnym kaprysem, lecz elementem porządku świata. Stary antysyjonistyczny konsensus zderza się dziś z masową bazą wyborczą, która nie podziela jego dogmatów.
Ocieplenie na linii Izrael–Ameryka Południowa obnaża coś więcej niż tylko interesy – obnaża instynkty.
Kiedy demokracja staje się celem ataku, kogo bezwiednie obwiniasz? Kiedy organizacja terrorystyczna morduje cywilów, potępiasz mordercę, czy od razu szukasz dla niego usprawiedliwień? Kiedy Izrael tworzy technologię mogącą ocalić Twoje rolnictwo, zasoby wodne i bezpieczeństwo cyfrowe, decydujesz się na współpracę, czy wolisz skazać własnych obywateli na zacofanie, by przypodobać się tłumom machającym transparentami przed pałacem prezydenckim?
To są prawdziwe próby dojrzałości, których Ameryka Południowa przez lata nie potrafiła zdać. Myliła antyamerykanizm z suwerennością, nienawiść do Izraela z humanitaryzmem, a sympatię dla reżimów totalitarnych z solidarnością z uciśnionymi.
Efektem była polityka zagraniczna, która potrafiła grzmieć potępieniem dla izraelskiej demokracji, a jednocześnie szeptać z zachwytem o irańskiej tyranii.
Teraz wyłania się jednak nowa jakość.
Argentyna stanęła na czele buntu przeciwko tej przestarzałej ortodoksji, pokazując, że kraje regionu potrafią wyzwolić się z ideologicznych okopów XX wieku.
Izrael ma Ameryce Południowej wiele do zaoferowania: wywiad, nowoczesne technologie, innowacyjne rolnictwo, gospodarkę wodną, współpracę wojskową i handel. Ameryka Południowa z kolei oferuje Izraelowi dyplomatyczną przyjaźń, potężne rynki zbytu oraz rosnącą rzeszę obywateli, którzy mają dość przestarzałych dogmatów antysyjonizmu.
Głębokie zamrożenie relacji opierało się na złudzeniu, że można bezkarnie głaskać Teheran, schlebiać Caracas, usprawiedliwiać Hezbollah, potępiać Izrael, a przy tym uchodzić za strażnika ludzkiej godności.
To złudzenie właśnie twardo zderza się z rzeczywistością. I bardzo dobrze.
Państwa Ameryki Południowej nie potrzebują Izraela wyłącznie dlatego, że jego technologia potrafi zamienić pustynię w ogród, wykryć terrorystów czy zabezpieczyć sieci komputerowe. Potrzebują go, ponieważ narody – dokładnie tak samo jak ludzie – ostatecznie definiuje to, z kim trzymają i w jakim towarzystwie się obracają.
Przez lata zbyt wielu liderów w Ameryce Południowej dokonywało fatalnych wyborów. Teraz wreszcie nadszedł czas, by zacząć wybierać cywilizację.
Wielkie ocieplenie stosunków między Izraelem a Ameryką Południową
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

