
Cary M. Silverman
W „New York Timesa” senator Chris Van Hollen napisał coś, co określa jako „trudną prawdę” dla Partii Demokratycznej. Pozwolę sobie przedstawić mu w zamian inną taką prawdę.
Pański artykuł nie jest planem pokojowym. Nie jest to wizja strategiczna. Nie jest to odważny akt moralnej jasności. To manifest polityczny mający na celu uczynienie wrogości wobec państwa żydowskiego ceną, jaką będą musieli zapłacić przyszli kandydaci Demokratów na prezydenta. I nie przyniesie on pokoju ani jednemu Izraelczykowi, ani Palestyńczykowi. Wzmocni jedynie siły, które ten pokój uniemożliwiają.
Zacznijmy od tego, o czym senator Van Hollen postanowił nie wspominać.
7 października 2023 roku terroryści z Hamasu najechali Izrael i dopuścili się największej masakry Żydów od czasów Holokaustu. Zamordowali 1200 mężczyzn, kobiet i dzieci. Udokumentowali własne gwałty i tortury kamerami GoPro. Porwali niemowlęta i ocalałych z Zagłady, a następnie zaciągnęli ich do tuneli. Dzwonili do rodziców ofiar z telefonów należących do zamordowanych, aby pochwalić się liczbą zabitych Żydów.
Senator Van Hollen wspomina o 7 października dokładnie raz w całym swoim artykule – krótko, niemal przepraszająco – po czym natychmiast przechodzi do izraelskiej „odpowiedzialności zbiorowej”.
Ta hierarchia wartości nie jest przypadkowa. To jest teza.
Kiedy senator Stanów Zjednoczonych nie jest w stanie poświęcić swojej moralnej uwagi największej masakrze Żydów od czasów Auschwitz na dłużej niż jedno zdanie, po czym natychmiast przechodzi do winy Izraela, mówi nam wszystko, co musimy wiedzieć o sposobie, w jaki postrzega ten konflikt.
Nie są to ramy dążenia do pokoju. Są to ramy z góry ustalonego werdyktu.
Przyjrzyjmy się teraz konkretnym twierdzeniom, które senator Van Hollen wysuwa z tak niezachwianą pewnością siebie.
Nazywa Zachodni Brzeg systemem apartheidu — systemem, który, jak twierdzi, każdy odwiedzający może zobaczyć na własne oczy. Senator Van Hollen odwiedził Izrael i Zachodni Brzeg siedem razy. Być może podczas swojej ósmej wizyty przyjrzy się poniższym liczbom.
Liczby, które obalają tę narrację
Ilu Żydów mieszka dziś w Strefie Gazy?
Zero.
Nie garstka. Nie mniejszość. Zero. Każdy Żyd został wygnany ze Strefy Gazy. Nie w wyniku polityki Izraela, ale z inicjatywy przywódców palestyńskich. Żadnemu Żydowi nie wolno tam mieszkać. Jeśli senator Van Hollen poszukuje w tym konflikcie czystek etnicznych, to właśnie je znalazł – i nie zostały one popełnione przez Izrael.
Ilu Arabów mieszkało w Izraelu w 1948 roku?
Około 160 000.
Ilu Arabów mieszka obecnie w Izraelu?
Około 2 milionów – prawie 21% całej populacji.
Mają pełne prawa wyborcze. Zasiadają w izraelskim parlamencie i w izraelskim Sądzie Najwyższym. Służą jako oficerowie wojskowi, pracują jako lekarze, prawnicy, profesorowie i dyplomaci. Żyją z pełnymi prawami obywatelskimi w jedynej prawdziwej demokracji na Bliskim Wschodzie.
I senator Van Hollen próbuje nam wmówić, że to jest apartheid.
Ale to nie koniec liczb.
Ilu Żydów mieszkało w 1947 roku w świecie arabskim – w Egipcie, Iraku, Syrii, Jemenie, Libii, Maroku, Algierii czy Tunezji? Około 900 000. Były to starożytne społeczności. Społeczności, które w wielu przypadkach istniały ponad tysiąc lat przed narodzinami islamu. Trwały nieprzerwanie przez tysiąclecia na ziemiach, które nazywały swoim domem jeszcze przed podbojami arabskimi.
Ilu Żydów mieszka dziś w tych samych krajach?
Mniej niż 10 000.
Zniknęło około 99%. Wypędzeni. Pozbawieni majątku. Zmuszeni do ucieczki z niczym. Ich mienie skonfiskowano, synagogi zniszczono, cmentarze zbezczeszczono, a dzieciom grożono. Ich społeczności – liczące tysiące lat – wymazano w ciągu jednego pokolenia.
To jest czystka etniczna. To jest eliminacja demograficzna. I spotkało to Żydów – a nie Arabów w Izraelu.
Jeśli senator Van Hollen pragnie mówić o apartheidzie, niech wyjaśni, dlaczego w Strefie Gazy nie ma ani jednego Żyda, podczas gdy w Izraelu mieszka 2 miliony Arabów posiadających pełne prawa obywatelskie.
Jeśli senator Van Hollen pragnie mówić o ludobójstwie, niech wyjaśni, jakie słowo zarezerwował dla eliminacji 900 000 Żydów z ziem arabskich. Żydów, których potomkowie stanowią obecnie większość ludności Izraela – uchodźców i dzieci uchodźców z czystek etnicznych, w sprawie których świat ani razu nie zwołał międzynarodowego trybunału.
Oskarżyciele tak całkowicie odwrócili rzeczywistość, że rzeczywiste ofiary czystek etnicznych są oskarżane o ludobójstwo, podczas gdy ich oskarżyciele świętują wyniki prawdziwych czystek.
To nie są opinie. To są liczby. A liczby nie kłamią, nawet gdy kłamią senatorowie.
Fundament fałszywej narracji
Przeanalizujmy teraz pozostałe twierdzenia senatora Van Hollena.
Chwali Autonomię Palestyńską za to, że uznała prawo Izraela do niepodległości – przedstawiając ją jako odpowiedzialnego partnera w procesie pokojowym, którego Izrael sabotuje. Nie wspomina jednak, że Autonomia Palestyńska zarządza „funduszem męczenników” – systematycznym programem wypłat dla rodzin terrorystów, którzy mordują Żydów. Nie wspomina, że na oficjalnych mapach Autononii Palestyńskiej Izrael w ogóle nie istnieje. Nie wspomina, że przywódcy palestyńscy odrzucili utworzenie własnego państwa w latach 1937, 1948, 2000, 2001 i 2008. Nie wspomina wreszcie, że gdyby Palestyńczycy pragnęli własnego państwa bardziej niż zniszczenia państwa żydowskiego, państwo palestyńskie już dawno by istniało.
Powołuje się na „organizacje praw człowieka i naukowców”, którzy stwierdzili, że Izrael dopuszcza się ludobójstwa w Strefie Gazy. Nie informuje jednak swoich czytelników, że wśród tych organizacji znajdują się grupy o udokumentowanej historii systematycznej stronniczości wobec Izraela, finansowane w znacznej mierze przez podmioty mające wyraźny interes w delegitymizacji państwa żydowskiego. Nie odnosi się do faktu, że ludobójstwo ma konkretną definicję prawną, która wymaga udowodnionego zamiaru zniszczenia narodu – oraz że Izrael podjął nadzwyczajne wysiłki, bezprecedensowe w historii konfliktów miejskich, aby zminimalizować odsetek ofiar wśród ludności cywilnej, walcząc z wrogiem, który celowo wtapia się w tę ludność i wykorzystuje własnych obywateli jako żywe tarcze.
Nie wspomina, że Hamas miał wszelkie możliwości zakończenia wojny poprzez uwolnienie pozostałych zakładników – z których część jest przetrzymywana w tunelach w Strefie Gazy przez ponad 600 dni. Nie wspomina, że przywódcy Hamasu wielokrotnie sabotowali negocjacje w sprawie zawieszenia broni, wycofując się z porozumień w ostatniej chwili i traktując zakładników nie jak ludzi, ale jak kartę przetargową mającą zapewnić im przetrwanie polityczne. Nie zadaje pytania, jaki rodzaj pokoju jest możliwy w przypadku organizacji, której statut założycielski wzywa do unicestwienia Żydów na całym świecie – nie tylko w Izraelu, ale wszędzie – i której przywódcy wprost obiecali powtarzać wydarzenia z 7 października raz po raz, aż do ostatecznego zniszczenia Izraela.
Te pominięcia nie są przeoczeniami. Stanowią one fundament fałszywej narracji.
Agenda polityczna i istota konfliktu
Jednak najbardziej niepokojącą częścią artykułu senatora Van Hollena nie są historyczne zniekształcenia. Jest nią jego wyraźna agenda polityczna.
On nie wyraża jedynie osobistych poglądów. Mówi wyborcom w prawyborach Demokratów, jaki test lojalności muszą przejść przyszli kandydaci na prezydenta. Głosowanie za wysłaniem broni Netanjahu? Dyskwalifikacja. Brak uznania współudziału w ludobójstwie? Dyskwalifikacja. Niewystarczająca „jasność moralna” – czyli niewystarczająca wrogość wobec Izraela? Dyskwalifikacja.
Senator Van Hollen nie opisuje elektoratu Demokratów. On próbuje go stworzyć. Próbuje uczynić systematyczne wycofywanie amerykańskiego wsparcia dla Izraela – wstrzymywanie dostaw broni, uzależnianie pomocy od warunków politycznych, uznanie państwa palestyńskiego bez gwarancji bezpieczeństwa – niepodważalną podstawą przyszłej polityki zagranicznej Demokratów.
To nie jest plan pokojowy. To instytucjonalizacja polityki antyizraelskiej na najwyższych szczeblach amerykańskiego rządu.
Rabin Steven Abraham napisał niedawno o różnicy między przymierzem a umową – między popieraniem Izraela jak rodziny a wspieraniem go tylko wtedy, gdy jest to modne w elitarnych, postępowych kręgach. Artykuł senatora Van Hollena jest legislacyjnym wyrazem właśnie tej warunkowej, transakcyjnej relacji: Izrael zachowuje amerykańskie wsparcie tylko o tyle, o ile spełnia moralne standardy postępowego Waszyngtonu.
Oto jednak prawda, której cała analityczna struktura senatora Van Hollena nie jest w stanie objąć.
Wrogość wobec Izraela nigdy nie dotyczyła wyłącznie osad. Nigdy nie dotyczyła wyłącznie Netanjahu czy samej okupacji. To, co stało się jasne 7 października – i co uwypukliła globalna reakcja na te wydarzenia – to fakt, że głębszym sprzeciwem jest sama suwerenność żydowska. Państwo żydowskie posiadające siłę. Państwo żydowskie posiadające granice. Państwo żydowskie, które prowadzi wojny obronne, zamiast jedynie upamiętniać zmarłych Żydów po fakcie.
Żadne ustępstwo ze strony Izraela nigdy nie zaspokoiło tego sprzeciwu. Żadne wycofanie się, żadna oferta pokojowa, żadne jednostronne kroki. Ponieważ ten sprzeciw nie dotyczy tego, co Izrael robi. Dotyczy tego, czym Izrael jest.
Senator Van Hollen nie dostrzega tego, ponieważ cała jego optyka została zbudowana w świecie, który po 7 października stał się anachronizmem. Nadal funkcjonuje on w rzeczywistości, w której główną przeszkodą dla pokoju jest rzekoma nieustępliwość Izraela – w której gdyby Izrael stał się bardziej ugodowy, powściągliwy i oświecony, konflikt sam by wygasł.
Ten świat już nie istnieje. Prawdopodobnie nigdy nie istniał.
Iran nie chce rozwiązania dwupaństwowego. Hamas nie chce rozwiązania dwupaństwowego. Hezbollah nie chce rozwiązania dwupaństwowego. Oni chcą świata bez Izraela. Mówili o tym wyraźnie, wielokrotnie i bez dwuznaczności od dziesięcioleci.
Kiedy senator Van Hollen lobbuje na rzecz nakładania warunków i ograniczeń na broń, która stoi pomiędzy państwem żydowskim a tymi, którzy obiecali je zniszczyć, nie jest rozjemcą. Jest czynnikiem wzmacniającym siły, których nigdy nie zadowoli żaden plan pokojowy, jaki zdołałby wymyślić.
Lekcja historii
Historia ma na to swoje określenie. Widziała to już wcześniej.
W latach 30. XX wieku ugruntowana społeczność żydowska w Niemczech wierzyła, że dostosowanie się, odróżnienie od innych oraz demonstrowanie liberalnych poglądów zapewni jej ochronę. Wierzyła, że będąc „właściwym rodzajem” Żydów – wykształconych, zasymilowanych, rozsądnych – gwarantuje sobie bezpieczeństwo w cywilizacji, która właśnie zwracała się przeciwko niej.
Historia wydała na tę kalkulację bezlitosny werdykt.
Senator Van Hollen nie jest antysemitą. Nie kwestionuję jego szczerości ani osobistej przyzwoitości. Jednak szczerość nie zastąpi jasności osądu. A droga, którą proponuje – uzależnianie amerykańskiego wsparcia, wycofywanie broni, legitymizowanie oszczerstw o ludobójstwie i uczynienie polityki antyizraelskiej ceną za dopuszczenie do prawyborów Demokratów – prowadzi nie do pokoju, lecz do katastrofy.
Żydzi są kanarkiem w kopalni ludzkiej cywilizacji. Zawsze jesteśmy pierwsi. Ale nigdy nie jesteśmy ostatni.
Ten sam irański reżim, którego regionalne ambicje senator Van Hollen wzmocniłby poprzez osłabienie Izraela, skazuje na śmierć osoby homoseksualne, zniewala kobiety, finansuje globalny terroryzm i dąży do zniszczenia wszystkich liberalnych wartości, które Partia Demokratyczna rzekomo reprezentuje.
Kiedy kanarki milkną, powietrze wcale nie staje się bezpieczniejsze. Staje się śmiertelne dla każdego, kto nim oddycha.
Senator Van Hollen powinien o tym pamiętać, zanim opublikuje swoją kolejną „trudną prawdę” w „New York Timesie”.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

