W jednym zdaniu
Artykuł Melanie Phillips ostrzega, że rosnący w siłę antysyjonizm i sukcesy radykalnych polityków w prawyborach Partii Demokratycznej są koniem trojańskim islamizacji oraz zapowiedzią politycznego i cywilizacyjnego samobójstwa Zachodu.

Melanie Phillips
Antysyjonizm i nienawiść do Izraela są „koniem trojańskim” islamizacji
Znaczenie zwycięstwa dr. Abdula El-Sayeda w prawyborach Partii Demokratycznej w stanie Michigan wykracza daleko poza sam wynik. To przerażający wskaźnik samobójczego kursu polityki postępowej, która wykorzystuje antysyjonizm i nienawiść do Izraela jako broń do zniszczenia Ameryki i Zachodu.
El-Sayed pokonał umiarkowaną zwolenniczkę Izraela, Haley Stevens, stając się kandydatem Demokratów na senatora stanu Michigan w listopadowych wyborach śródokresowych. Domaga się całkowitego embarga wojskowego USA wobec „złego” państwa Izrael, które jego zdaniem odpowiada za „apartheid” i „ludobójstwo”, w związku z czym nie ma prawa istnieć.
Odwołuje się przy tym do dawnych antysemickich oszczerstw o złowrogich wpływach Żydów i ich żądzy krwi. Wyśmiewał swoją przeciwniczkę za to, że otrzymała ogromne wsparcie finansowe od AIPAC, a w programie telewizyjnym Morning Joe nazwał państwo żydowskie „krwiożerczym” oraz określił je mianem „nielegalnego reżimu apartheidu”.
Choć formalnie potępił inspirowany przez Hezbollah marcowy zamach terrorystyczny na synagogę Temple Israel w West Bloomfield w stanie Michigan, w rzeczywistości go usprawiedliwiał. Stwierdził bowiem, że „skrzywdzeni krzywdzą innych”, co sugerowało, iż atak był odpowiedzią na izraelskie naloty w Libanie, w których rzekomo zginęli członkowie rodziny zamachowca.
Jego kampanię mocno wspierał Hasan Piker – turecko-amerykański influencer, który chwali Hamas, twierdzi, że Ameryka „zasłużyła” na zamachy z 11 września, i nawołuje swoich zwolenników do zabijania kapitalistów.
Wielu ludzi jest wstrząśniętych faktem, że tak skrajna i niebezpieczna postać jak El-Sayed mogła zdobyć nominację w wyborach do Senatu. W swoim zaskoczeniu zwracają jednak uwagę, że choć prognozowano jego druzgocącą wygraną, przewaga w prawyborach wyniosła niecały punkt procentowy.
W efekcie liczni komentatorzy przewidują, że fala jego popularności opada i w listopadzie przegra wybory do Senatu z republikańskim kandydatem, byłym kongresmanem Mike’iem Rogersem. Pocieszają się również tym, że w stawce wciąż pozostaje wielu centrowych polityków Partii Demokratycznej – a jeden z nich, Wesley Bell, pokonał w stanie Missouri byłą kongresmenkę Cori Bush, znaną z oskarżania Izraela o „ludobójstwo w Gazie”.
To dowodzi jedynie niewyczerpanej zdolności współczesnych centrystów do ucieczki w fantazje, które chronią ich przed zmierzeniem się z rzeczywistością.
Prawdziwie niepokojące jest bowiem nie tyle samo zwycięstwo postaci pokroju El-Sayeda, ile poparcie, jakie otrzymał od Partii Demokratycznej, połączone z rosnącą sympatią młodych wyborców dla tego typu kandydatów.
Zarówno w Ameryce, jak i w Wielkiej Brytanii przerażająca liczba młodych ludzi nie widzi problemu w komunizmie ani faszyzmie, pożąda i podziwia autorytarnych przywódców „silnej ręki”, a wskutek dekad zepsucia systemu edukacji pozostała w ignorancji i utraciła zdolność krytycznego myślenia. W rezultacie potępiają oni Zachód – a wraz z nim Izrael – jako „kolonialny” i niegodny dalszego istnienia.
Stają się przez to łatwym łupem dla TikToka i influencerów w mediach społecznościowych, którzy grają na ich emocjach i niezdolności do odróżnienia prawdy od kłamstwa. Formują z nich w ten sposób skrajną siłę skierowaną przeciwko demokracji, wolności sumienia i rozsądkowi. Młodzi ci łączą siły z islamistami, z którymi wspólnie nienawidzą Izraela oraz Żydów i dążą do zniszczenia Zachodu.
W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii postępowi politycy ulegli tej presji i sami zaczynają przypominać swoich radykalnych przeciwników.
Zwycięstwo El-Sayeda ujawnia proces od dawna widoczny w Wielkiej Brytanii, a w Ameryce zapoczątkowany wraz z wyborem islamistycznego burmistrza Nowego Jorku, Zohrana Mamdaniego – proces, którego nie da się już dłużej ignorować.
Chodzi o to, że nienawiść do Izraela i Żydów stała się – o dziwo – siłą napędową polityki postępowej na całym Zachodzie. Przekształciła się w dominujący światopogląd i pryzmat, przez który postrzega się rzeczywistość.
Jej znaczenie sięga znacznie dalej niż Bliski Wschód czy los Żydów, o których większość ludzi wie niewiele i dba jeszcze mniej. Kwestia Izraela i Palestyny służy jako koń trojański dla właściwego celu: islamizacji i zniszczenia Zachodu za sprawą „sojuszu czerwono-zielonego”, łączącego skrajną lewicę ze światem islamu.
Podczas przesłuchania przed senacką podkomisją ds. sądownictwa na temat sieci Bractwa Muzułmańskiego ekspert ds. zwalczania terroryzmu zgodził się z senatorem Tedem Cruzem (republikaninem z Teksasu), że Bractwo nawiązało współpracę ze skrajnie lewicową organizacją Democratic Socialists of America (DSA) w imię wspólnej nienawiści do Ameryki, Izraela, cywilizacji zachodniej, kapitalizmu i demokracji.
El-Sayed – choć formalnie nie należy do DSA – jest islamistą wykorzystującym skrajną lewicę do realizacji planu Bractwa, którym jest podporządkowanie Zachodu islamowi.
Jak podaje Fox News, na kampanię Sayeda wpłynęło ponad 115 tysięcy dolarów od osób powiązanych z Radą ds. Stosunków Amerykańsko-Islamskich (CAIR). Organizacja ta została uznana za terrorystyczną przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, a stany Floryda i Teksas oficjalnie wydały wobec niej analogiczne rozstrzygnięcia.
Sojusz czerwono-zielony nie jest jednak partnerstwem równorzędnym. Choć obie strony dążą do obalenia zachodniego porządku, islamiści dysponują globalną armią wspieraną trylionami dolarów. Realizują długofalową strategię wywierania wpływu poprzez instytucje demokratyczne, zmiany demograficzne i terroryzm. Lewica jest im potrzebna jedynie do rekrutowania liberałów do antyzachodniej sprawy za pomocą haseł walki z „kolonializmem”, „syjonizmem” czy obrony „Palestyny”.
Proces ten jest silnie zaawansowany w Wielkiej Brytanii, gdzie rząd tańczy tak, jak zagrają mu środowiska antyizraelskie, odmawia delegalizacji Bractwa Muzułmańskiego i ulega żądaniom islamistów.
Doprowadziło to do rozwoju polityki sekciarskiej spod znaku „Gaza przede wszystkim”, wyłonienia się muzułmańskiego bloku wyborczego oraz powstania dziesiątek okręgów o dużej populacji muzułmańskiej, podczas gdy brytyjscy Żydzi stają się celem systematycznych zniewag, gróźb i napaści.
Zarówno Wielka Brytania, jak i Stany Zjednoczone uporczywie traktują islam wyłącznie jako religię, ignorując fakt, że jest to również globalny ruch polityczny o charakterze supremacyjnym. W konsekwencji obydwa kraje nie zauważają, że choć muzułmanie stanowią mniejszość, ich frekwencja wyborcza jest bardzo wysoka – znacznie wyższa niż reszty społeczeństwa – oraz że głosują oni skonsolidowanym blokiem, popierając radykalnych kandydatów.
W efekcie dziesiątki muzułmańskich polityków w całej Ameryce zdobyło mandaty burmistrzów, radnych i stanowych deputowanych, a wielu z nich sprzyja ekstremistom lub jest powiązanych z organizacjami terrorystycznymi.
Sprowadzając zagrożenie wyłącznie do terroryzmu, Amerykanie przegapili moment, w którym islamiści zaczęli wykorzystywać instytucje społeczeństwa obywatelskiego jako broń.
Na łamach Middle East Forum Dexter van Zile zwraca uwagę, że w stanie Massachusetts politycy z Beacon Hill próbują przyznać muzułmanom status grupy uprzywilejowanej. Projekt ustawy senackiej zakłada utworzenie stałej, finansowanej z podatków komisji dedykowanej wyłączenie osobom wyznającym islam. Miałaby ona prawo rekomendować amerykańskich muzułmanów na stanowiska rządowe każdego szczebla oraz zajmować się badaniem i zwalczaniem „islamofobii” – co stanowi rażące naruszenie Pierwszej i Czternastej Poprawki do Konstytucji USA.
Przez lata Amerykanie z pobłażliwą wyższością przyglądali się postępującej islamizacji Wielkiej Brytanii i Europy. Dziś proces ten zachodzi błyskawicznie w samej Ameryce. Po latach opóźnienia w stosunku do Starego Kontynentu, w USA tworzą się warunki, które – co nie jest już tylko polityczną fikcją – mogą w przyszłości doprowadzić do wyboru islamisty na urząd Prezydenta USA.
Niestety, zamiast stanowczo przeciwdziałać tym zmianom, Partia Republikańska sama pozostaje podzielona. Izolacjonistyczna frakcja ruchu MAGA – reprezentowana m.in. przez podcastera Tuckera Carlsona i Nicka Fuentesa – ignoruje realne zagrożenie ze strony Bractwa Muzułmańskiego. Zamiast tego zatruwa umysły milionów młodych odbiorców paranoiczną narracją, jakoby to Żydzi spiskowali przeciwko interesom Ameryki.
Od pokonanej w Michigan „umiarkowanej” Demokratki Haley Stevens, która udzieliła poparcia El-Sayedowi, po wiceprezydenta J.D. Vance’a, uchylającego się od potępienia Carlsona pod pretekstem sprzeciwu wobec „sprawdzianów czystości ideologicznej” – obie główne partie przyjmują taktykę szerokiego namiotu. W efekcie dają osłonę postaciom, które powinny zostać całkowicie wykluczone z życia publicznego.
W całej Ameryce i na całym Zachodzie wrogość wobec Izraela staje się paliwem politycznym. Osoby legitymizujące ten trend powinny mieć się na baczności. Sprawa Izraela jest bowiem sprawą całego Zachodu, a jego egzystencjalni wrogowie są jednocześnie egzystencjalnymi wrogami naszej cywilizacji.
Ci, którzy przyklaskują niszczeniu Izraela w wierze, że Żydzi są jedynie ceną, jaką można zapłacić za udobruchanie śmiertelnych wrogów, w rzeczywistości przypieczętowują los samego Zachodu.
Jak antysyjonizm stał się paliwem politycznym Zachodu
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

