Podsumowanie w jednym zdaniu
Artykuł analizuje geopolityczny i wewnętrzny opór Izraela wobec proponowanego planu pokojowego w Strefie Gazy, wykazując – na tle historycznych i odtajnionych kulis dyplomacji – jak brak zaufania i polityczna kalkulacja utrudniają trwałe rozwiązanie konfliktu.

Jest poniedziałek, 10 sierpnia. Zaledwie kilka godzin po tym, jak Benjamin Netanjahu ogłosił, że Izrael odrzuca 15-punktowy plan pokojowy, Nickolay Mladenov – dyrektor generalny Rady Pokoju, organu kierowanego przez Trumpa i powołanego do nadzorowania powojennej Strefy Gazy – spotkał się ze mną, aby wyjaśnić, dlaczego Izrael powinien chcieć właśnie tego, co „Bibi” przed chwilą odrzucił.
Cała jego argumentacja sprowadza się do jednego słowa: weryfikacja. Podkreśla, że nikt nie jest zobowiązany do podjęcia jakichkolwiek działań – „a już na pewno nie Izrael” – dopóki konkretne kroki nie zostaną zweryfikowane w terenie. Siły Obronne Izraela (IDF) pozostają na „żółtej linii” uzgodnionej w ramach kompleksowego planu. Rada wymaga od nich jedynie utrzymania pozycji i nieotwierania ognia, chyba że żołnierze staną w obliczu bezpośredniego zagrożenia. Linia ta ma się cofać dopiero po oczyszczeniu poszczególnych sektorów oraz po zweryfikowaniu, zmagazynowaniu i unieruchomieniu znajdującej się tam broni. Jeśli zobowiązania dotyczące kolejnego etapu nie zostaną spełnione, proces po prostu wyhamuje.
Po co jednak przechowywać broń w magazynach na terenie Strefy Gazy, gdzie Hamas jest „zawsze o jedną ścianę od ponownego uzbrojenia się”? Mladenov tłumaczy, że zostanie ona unieruchomiona przez Krajowy Komitet Rady ds. Administracji Strefy Gazy przy wsparciu sił międzynarodowych. Prawdę mówiąc, brzmi to bardziej jak życzeniowe zapewnienie niż wyczerpująca odpowiedź.
Kto ma niszczyć tunele? Wykonawcy zewnętrzni. W obecnym tempie zajmie to jednak ponad dekadę – i jak dodaje Mladenov, właśnie dlatego Izrael potrzebuje Rady Pokoju, gdyż wspólne działania pozwolą ten proces przyspieszyć.
A co z „bronią osobistą”, którą mieszkańcy Gazy mogą zatrzymać? Czy ta kategoria mogłaby po cichu obejmować kałasznikowy, które de facto dają władzę nad Strefą? Mladenov zaprzecza. Ramy porozumienia obejmują wszystko: od broni ciężkiej po osobistą. Przyznaje, że Gazą rządzi dziś lufa kałasznikowa – i właśnie dlatego, jak podkreśla, karabiny te oraz wszelka inna broń muszą przejść pod kontrolę władz cywilnych.
A co z Turcją i Katarem – dwoma państwami, których obecności Izraelczycy życzą sobie w Strefie Gazy najmniej? Mladenov mówi stanowczo: bez Egiptu, Turcji i Kataru Hamas nigdy nie zgodziłby się na ten plan działania, a ich rola była kluczowa. Na uwagę, że powierzenie im pomocy w rozmontowaniu Hamasu przypomina wpuszczenie lisa do kurnika, odpowiada: „Jeśli muszę rozmawiać z diabłem, będę rozmawiał z diabłem” – byle tylko upewnić się, że tragedia z 7 października nigdy się nie powtórzy. Podkreśla, że mechanizm weryfikacji jest kierowany przez Stany Zjednoczone, wspierany przez ISF oraz – przynajmniej na papierze – przez Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Maroko.
Zapytany, czy Hamas naprawdę się rozbroi – i czy cała ta wizja nie jest zbyt piękna, by była prawdziwa – udziela wymownej odpowiedzi: „Nie opieram tego na zaufaniu. Nikt z nas tego nie robi”. Zapewnia, że ma pełną świadomość ryzyka i opiera się wyłącznie na weryfikacji. Jeśli ta zawiedzie, proces zostanie wstrzymany.
Propozycja Mladenova stawia Izrael w trudnym położeniu. Z jednej strony nikt nie wymaga obecnie wycofania się z zajmowanych pozycji – wystarczy wstrzymać ostrzał (chyba że pojawi się dowód, że Hamas znów się uzbraja). Z drugiej strony ewentualne wycofanie nastąpi, zanim Hamas zostanie całkowicie rozbrojony.
Amerykanów dziwi jedna rzecz: jak to możliwe, że plan – w ich ocenie tak korzystny – spotyka się ze sprzeciwem całego izraelskiego spektum politycznego bez wyjątku? To jedno z niewielu pytań, na które Netanjahu, Bennett, Lieberman, Eisenkot, a nawet Jair Golan odpowiadają jednym głosem. Powód jest prozaiczny: za 79 dni w Izraelu odbędą się wybory. Nikt nie chce startować w nich z łatką sympatyka Hamasu czy zwolennika ustępstw – nawet jeśli do dnia głosowania do żadnego wycofania sił nie dojdzie. Niektórzy politycy prywatnie przyznają, że to najlepsza umowa, jaką Izrael może wynegocjować, ale kompromisy to temat na czas po wyborach.
Moje zdanie: w przeciwieństwie do niemal całego establishmentu politycznego popieram ten plan. Nie zlikwiduje on Hamasu – żaden plan tego nie zrobi, a już na pewno nie całkowicie. Jeśli jednak uda się zniszczyć chociaż jedną trzecią tuneli i odebrać połowę kałasznikowów, wchodzę w to. Czy Hamas odda 100 tysięcy karabinów? Oczywiście, że nie. Ale przejęcie 40 tysięcy sztuk broni i zmapowanie kolejnych 300 kilometrów tuneli to nie byle co. A kolejna konfrontacja – co do której wszyscy mają pewność, że nadejdzie – odbędzie się już na znacznie korzystniejszych dla nas warunkach.
„Nie traktuję tego porozumienia jako niczego więcej niż umowy podpisanej przez naszego Proroka Mahometa z plemieniem Kurajszytów” – zapewniał Jaser Arafat w meczecie w Johannesburgu. Słuchacze doskonale zrozumieli aluzję: Mahomet zawarł rozejm z pogańskim plemieniem Kurajszytów tylko po to, by zyskać na czasie. Gdy urósł w siłę, złamał pakt i podbił Mekkę. Arafat nie miał pojęcia, że jest nagrywany.
Był maj 1994 roku, zaledwie kilka dni przed wycofaniem się Izraela z Jerycha w ramach kolejnego gestu dobrej woli. Izraelskie radio odtwarzało to nagranie w nieskończoność. Przemówienie Arafata – jak każda podżegająca wypowiedź ubrana w szaty religijne – wywołało zażartą, niemal talmudyczną debatę na temat traktatu z Hudajbiji: jego VII-wiecznego kontekstu, tradycyjnych komentarzy oraz współczesnych interpretacji. Podobnie jak w przypadku odwołań do „Amaleka” po 7 października, dziennikarze z dnia na dzień stali się teologami. Byli równie święcie przekonani, że potrafią odczytać intencje polityka z tekstów sakralnych, jak pobożni wyznawcy wierzą, że potrafią odczytać z nich intencje Boga.
Intencje mojego niedawnego rozmówcy wydają się jednak znacznie wyraźniejsze. Po miesiącach działania cenzury mogę wreszcie ujawnić, że w odtajnionych kulisach rozmów między graczami regionalnymi rozważającymi porozumienie z Izraelem pojawiła się propozycja taktycznego podstępu: zawrzeć układ, ale traktować go jako czysto tymczasowy. Jedno z państw arabskich ujęło to wobec drugiego bezogródek: „Podpiszcie teraz porozumienie z Izraelem, a wojnę wznowicie wtedy, kiedy będzie wam to odpowiadało”. Najbardziej niepokojące dla Izraela jest to, że urzędnik dający tę radę należał do grona postaci powszechnie uważanych za zwiastunów pokoju – nadzieja ta, jak się okazuje, była całkowicie płonna. Tożsamości obu państw nie mogę ujawnić ze względu na obostrzenia cenzury wojskowej.
Ostatecznie do żadnego porozumienia nie doszło – ani podstępnego, ani jakiegokolwiek innego.
Choć ujawniona rozmowa budzi niepokój, nie stanowi ona powodu, by odrzucać każde przyszłe porozumienie jako rzekomy wstęp do zagłady Izraela. Jak mawiał Charles de Gaulle: państwa nie mają przyjaciół, mają jedynie interesy. Umowy przynosiły Izraelowi wymierne, krótkoterminowe korzyści nawet w relacjach z najbardziej radykalnymi islamistami – najświeższym tego dowodem jest odzyskanie wszystkich zakładników z rąk Hamasu.
Raport ten – podobnie jak dawne przemówienie Arafata – przypomina, że Izrael nie może ślepo rzucać się w ramiona uśmiechniętych islamistów. Zarazem pokazuje jednak, że deklaracje polityczne należy traktować niezwykle poważnie – choć nie zawsze dosłownie.
Kto naprawdę chce pokoju w Strefie Gazy?
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

