Uncategorized

Judaizm wie o miłości coś, o czym zapomniała współczesna kultura.

Vanessa Berg

Podsumowanie w jednym zdaniu

Judaizm ukazuje miłość nie jako ulotną emocję czy bezproblemowe zauroczenie, lecz jako odpowiedzialne przymierze, które wymaga ciągłej pracy, dojrzałości i odwagi do powracania do siebie po każdym rozczarowaniu


Judaizm rozumie pewne aspekty miłości, które mogłyby sprawić, że wiele dzisiejszych związków nie tylko przetrwa, ale i rozkwitnie.

Współczesna kultura sprawiła, że miłość stała się dziwnie krucha.

Nieustannie o niej mówimy. Szukamy jej, pytamy o nią ChatGPT, kręcimy o niej filmy, śpiewamy, mamy na jej punkcie obsesję. Przesuwamy palcem na ekranie w poszukiwaniu miłości, zrywamy związki, bo już jej nie „czujemy”, i poświęcamy ogromnie dużo czasu na próby ustalenia, czy ktoś inny czuje ją do nas wystarczająco mocno.

Zmieniliśmy miłość w emocję, ale judaizm stawia przed nami znacznie większe wyzwanie: zamienia miłość w praktykę.

Nigdzie nie widać tego wyraźniej niż w hebrajskim miesiącu Elul, który rozpoczął się około 10 dni temu. Elul to ostatni miesiąc roku żydowskiego, poprzedzający Rosz Haszana i Jom Kippur. Z założenia jest to czas introspekcji, pokuty, samokontroli i przygotowań do sądu.

Jednak tradycja żydowska łączy Elul również z jednym z najbardziej romantycznych wersów w całej Biblii: Ani l’dodi v’dodi li – „Należę do mojego ukochanego, a mój ukochany należy do mnie”.

Pierwsze litery tych czterech hebrajskich słów tworzą słowo „Elul” – i nie jest to przypadek, nad którym można przejsć do porządku dziennego. Miesiąc poprzedzający Dzień Sądu przedstawiany jest jako miesiąc miłości.

Na pierwszy rzut oka te idee wydają się sprzeczne. Miłość pociesza, sąd potępia. Miłość akceptuje, sąd ocenia. Miłość mówi: „Jesteś wystarczający”. Sąd mówi: „Musisz się zmienić”.

Judaizm nie dostrzega jednak tej sprzeczności – być może dlatego, że rozumie o miłości coś, o czym my zapomnieliśmy: nie ma prawdziwej miłości bez odpowiedzialności, nie ma znaczącego związku bez rozczarowań, nie ma przymierza bez ryzyka jego zerwania i nie ma trwałej miłości bez umiejętności powrotu.

Zakochanie się jest odurzające, ponieważ nie wymaga niemal żadnej wspólnej historii. Spotykasz kogoś i dostrzegasz same możliwości. Ta osoba jest zabawna, inteligentna, piękna, miła, fascynująca. Zwracasz uwagę na jej uśmiech, odtwarzasz w pamięci rozmowy, myślisz o niej przed zaśnięciem. Wyobrażasz sobie przyszłość, zanim zgromadzisz wystarczająco dużo informacji, by wiedzieć, czy ta przyszłość ma w ogóle sens.

Na początku miłość jest łatwa, bo rozczarowanie nie zdążyło się jeszcze pojawić.

Potem naprawdę zaczynacie się poznawać. Odkrywasz irytujące nawyki, kompleksy, egoizm, rodzinny bagaż, nadmierną wrażliwość i kłótnie, które dobę później wydają się absurdalne, ale w trakcie ich trwania wyglądają na katastrofę.

W końcu każdy poważny związek staje przed tym samym odkryciem: osoba, którą kochasz, jest po prostu człowiekiem. Tak samo jak ty. To właśnie tam kończy się zauroczenie, a zaczyna prawdziwa miłość. Miłości nie dowodzi to, jak intensywnie kogoś uwielbiasz, gdy ta osoba jest wciąż głównie twoim wyobrażeniem. Miłość przechodzi próbę wtedy, gdy znika iluzja.

Judaizm niemal w całości opiera się na tej wnikliwości. Jego relacja założycielska – relacja między Bogiem a narodem żydowskim – nie ma nic wspólnego z bajką. Jest chaotyczna. Obiecujemy, zawodzimy, wracamy, znowu obiecujemy, błądzimy, zdradzamy, żałujemy, naprawiamy i zaczynamy od nowa. To historia niedoskonałego narodu, który nieustannie odnajduje drogę powrotną.

Rozważmy relację między Bogiem a Izraelem. Abraham słyszy wezwanie i podąża za nim. Na Synaju naród żydowski zawiera przymierze. Niemal natychmiast potem tworzy Złotego Cielca. Narzeka na pustyni, buntuje się, czci bożki, zaniedbuje przykazania. Prorocy opisują relację Izraela z Bogiem, używając zadziwiająco intymnego języka: małżeństwo, zdrada, tęsknota, zazdrość, porzucenie i pojednanie.

Raz po raz ta relacja ulega zerwaniu i raz po raz pojawia się możliwość powrotu. Gdyby Izrael nie miał możliwości odejścia od Boga, jego lojalność nie miałaby znaczenia. Gdyby Bóg porzucił Izrael za pierwszym razem, gdy ten zawiódł, przymierze byłoby bezwartościowe. Miłość wymaga wolności, a wolność niesie ryzyko.

Osoba, którą kochasz, może cię rozczarować właśnie dlatego, że nad nią nie panujesz. Osoba, którą kochasz, może odejść. Ty też możesz. Ta możliwość sprawia, że zaangażowanie budzi strach – ale to ona nadaje mu sens. Miłość nie ma wartości dlatego, że odejście jest niemożliwe. Miłość ma wartość, ponieważ odejście jest możliwe, a dwoje ludzi wciąż decyduje się tego nie robić. To samo dotyczy przymierza. Judaizm nie udaje, że wierność przychodzi automatycznie; wymaga od nas dokonywania wyboru raz za razem.

Co prowadzi nas do kluczowego słowa okresu Wielkich Świąt: teszuwa. Zazwyczaj tłumaczy się je jako „skruchę”. Z technicznego punktu widzenia to tłumaczenie jest przydatne, ale emocjonalnie – nietrafione. Pokuta brzmi jak kara, wstyd albo stanięcie przed sędzią i przyznanie się do winy.

Ale słowo teszuwa pochodzi od hebrajskiego rdzenia oznaczającego „powrót” – czyli po prostu: „wróć”. To zupełnie inny obraz. Zboczyłeś z drogi? Wróć. Zapomniałeś, jak wiele znaczyła dla ciebie ta relacja? Wróć. Zraniłeś kogoś? Napraw to i wróć. Poczułeś się przytłoczony? Wróć. Przestałeś dawać komuś kredyt zaufania? Wróć. Brałeś kogoś za pewnik? Wróć.

W judaizmie błędy mają znaczenie, ale nie musza mieć ostatniego słowa. Drzwi nie znikają tylko dlatego, że od nich odszedłeś. Dlatego Elul nie jest miesiącem dla ludzi doskonałych. Jest to miesiąc dla tych, którzy coś popsuli – co można ująć inaczej: jest to miesiąc dla każdego z nas.

Często mówimy tak, jakby miłość i rozczarowanie nie mogły współistnieć. Wyobrażamy sobie, że jeśli ktoś naprawdę nas kocha, powinien akceptować nas dokładnie takimi, jakimi jesteśmy. A jeśli my naprawdę kochamy kogoś innego, nie powinniśmy go w ogóle oceniać.

Judaizm odrzuca tę ideę. Bóg, którego nie obchodziłoby to, kim się staliśmy, nie byłby kochający – byłby obojętny. Obojętność mówi: „Rób, co chcesz, to bez znaczenia”. Miłość mówi: „To, co robisz, ma znaczenie, ponieważ jesteś dla mnie ważny”.

Właśnie dlatego żydowski miesiąc miłości prowadzi bezpośrednio do Dnia Sądu. Sąd nie musi być przeciwieństwem miłości. Czasami istnieje właśnie ze względu na nią. Pociągamy ludzi do odpowiedzialności wtedy, gdy wierzymy, że relacja ma wartość. Rodzic wymaga czegoś od dziecka, bo dziecko jest dla niego ważne. Małżonek konfrontuje się z drugim, bo małżeństwo jest dla niego ważne. Przyjaciel mówi prawdę, bo przyjaźń jest dla niego ważna.

Osoba, która naprawdę przestała się troszczyć, zwykle przestaje się kłócić, pytać i oczekiwać. Przestaje się rozczarowywać. Po prostu odchodzi. Obojętność bywa znacznie zimniejsza niż gniew. Dlatego Dzień Sądu można rozumieć inaczej. Bóg nie mówi: „Zawiodłeś, więc nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Mówi: „Jesteś na tyle ważny, że to, co robisz, ma znaczenie”. Sąd w tym sensie nie jest dowodem na to, że relacja się rozpadła – jest dowodem na to, że ona nadal trwa.

Ta idea zawiera się w samym wersie wiązanym z miesiącem Elul: Ani l’dodi v’dodi li – „Należę do mojego ukochanego, a mój ukochany należy do mnie”. Niezwykła jest tu sama kolejność słów. Najpierw: „Należę do mojego ukochanego”. A dopiero potem: „Mój ukochany należy do mnie”.

Współczesne związki często stawiają te pytania odwrotnie: Czy ta osoba mnie kocha? Czy sprawia, że jestem szczęśliwy? Czy daje mi wystarczająco dużo? Czy zaspokaja moje potrzeby? Czy sprawia, że czuję się bezpiecznie? Czy mnie docenia? Czy wybiera właśnie mnie?

To są uzasadnione pytania.

Ale Elul zaczyna się w innym miejscu: Co ja daję? Jakim jestem partnerem? Czego ten związek ode mnie wymaga? Jakim jestem człowiekiem? Jakim jestem przyjacielem? Co jestem winien ludziom, których – jak twierdzę – kocham?

Zanim zapytamy, czy ukochany należy do nas, judaizm pyta, czy my ofiarowaliśmy siebie ukochanemu. To jedna z najistotniejszych różnic między miłością jako emocją a miłością jako przymierzem. Uczucia pytają: Czego doświadczam? Przymierze pyta: Za co odpowiadam?

Oczywiście uczucia są ważne, ale bywają zmienne. Nikt nie pozostaje na zawsze odurzony drugą osobą. Żadna osoba religijna nie czuje co rano duchowego natchnienia. Żaden rodzic patrzący o trzeciej nad ranem na płaczące dziecko nie doświadcza nieprzerwanej transcendencji.

Zaangażowanie zaczyna się właśnie tam, gdzie uczucia stają się chwiejne. Dlatego judaizm przekłada miłość na działanie: wyciągnij rękę, zadzwoń, bądź przy kimś, dawaj, pamiętaj, przepraszaj, wybaczaj, dotrzymuj obietnic, bierz odpowiedzialność, znajdź czas. Miłość nie przetrwa wiecznie jako rzeczownik. W końcu musi stać się czasownikiem.

Elul nie dotyczy więc samego zakochania się. Chodzi w nim o coś trudniejszego: o ponowne zakochanie się. Każdy potrafi ekscytować się czymś nowym – nowym związkiem, nowym miastem, pracą, duchowym przebudzeniem. Nowość odwala za nas większość pracy.

Potem przychodzi proza życia, a związek miewa wzloty i upadki. Osoba, która kiedyś nas fascynowała, staje się kimś, kogo historie znamy na pamięć. Przestajemy zwracać uwagę. Przestajemy być ciekawi. Problemem często nie jest to, że to, co kochaliśmy, się zmieniło – po prostu przestaliśmy to dostrzegać.

Elul przerywa ten proces. Pyta: Pamiętasz, dlaczego to było dla ciebie ważne? Pamiętasz, co cię poruszyło? Pamiętasz, dlaczego w ogóle wybrałeś tę relację?

Współczesna kultura zdaje się mieć obsesję na punkcie znalezienia „właściwej osoby”. Judaizm bardziej interesuje się dwojgiem ludzi zdolnych do powrotu i naprawy tego, co się psuje.

Szukanie idealnego partnera sugeruje, że udana miłość zależy głównie od wyboru: wybierz dobrze, a wszystko ułoży się samo.

Wizja judaizmu jest mniej wygodna: będziesz ranić ludzi, a oni będą ranić ciebie; będziecie się źle rozumieć, zachowywać nie w porządku, stawać się samolubni, niecierpliwi lub okrutni.

Pytanie nie brzmi, czy dojdzie do pęknięcia. Pytanie brzmi: co stanie się potem? Czy potrafisz przeprosić? Czy potrafisz wziąć na siebie odpowiedzialność? Czy jutro możesz być lepszy niż wczoraj? Czy potrafisz wybaczyć bez udawania, że nic się nie stało? Czy potrafisz zmienić swoje zachowanie, zamiast tylko go żałować? Czy potrafisz powrócić?

Tradycja żydowska traktuje powrót i naprawę tak poważnie, że nawet Jom Kippur nie może ich zastąpić. Jeśli skrzywdzisz drugiego człowieka, post nie naprawi relacji jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Modlitwa nie zastąpi przeprosin. Bóg nie jest furtką pozwalającą uniknąć odpowiedzialności. Masz pracę do wykonania.

To jest miłość z charakterem. Mówi: „Kocham cię, dlatego to, co jest między nami, ma ogromne znaczenie”. Mówi: „Postąpiłem źle, ale mogę stać się lepszy”.

To napięcie jest niezbędne, bo łatwo jest zapomnieć, dać się ponieść emocjom, rozproszyć, wrócić do starych nawyków, powiedzieć coś w złości i przestać doceniać to, co się ma.

Na szczęście judaizm sprowadza nas na właściwy tor – a tego właśnie wymagają relacje. Miłość trzeba stale odnawiać. Na tym polega Elul. To jest prawdziwy sens przymierza. Nie chodzi o to, by w związku nigdy nic się nie psuło, ale o to, by zawsze było do czego wracać, gdy tak się stanie.

Współczesna kultura próbuje nas przekonać, że miłość powinna być „łatwa”. Elul proponuje coś trudniejszego, ale znacznie trwalszego: miłość to wybór, miłość to odpowiedzialność, miłość to gotowość na zranienie. Miłość to rozczarowanie bez popadania w obojętność, otwarte drzwi, naprawianie i powrót – nawet wtedy, gdy strach podpowiada, by trzymać się z daleka.

Po wszystkim ten związek wciąż tam jest: czeka, jest cierpliwy i pełen nadziei. A judaizm prosi tylko o jedno: byśmy zawrócili i znowu zrobili krok w jego stronę.

Judaizm wie o miłości coś, o czym zapomniała współczesna kultura


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.