
Autor Beata Lewkowicz
Na czym można zrobić karierę?
Jako artysta, dziennikarz, pisarz, malarz?
Kryminały? Pejzaże? Portrety? Reportaże interwencyjne? Wywiady? A może romanse albo intelektualne analizy własnej duszy?
Performance? Sztuka konceptualna czy tradycyjna?
W końcu, jak zauważył ostatnio pewien bardzo znany pisarz – ludzie zbyt dużo piszą i powinni przestać. To dotyczy też malarstwa i sztuk wszelakich.
Za dużo tego.
Więc na czym by się tu wybić? Talent nie wystarczy. Czasami wręcz jest przeszkodą.
Właściwie talent nie jest zupełnie do niczego potrzebny.
Wystarczą Żydzi.
Kiedyś najlepiej sprzedawały się rozdzierające serce działania, obrazy i teksty wokół Holocaustu, przemożna i wszechogarniająca tęsknota za Żydami, za ich minionym światem (ach jakież to smutne), za ich kulturą (była przecież taka nie-pow-ta-rzal-na). Nie, Holokaust artystów specjalnie nie interesował per se – jak nie uprzedzając wypadków okazało się później – ale zajmowali się nim z powodu mody, decorum i obowiązującej, jaśnie oświeconej narracji opartej na liberalno-lewicowym dekalogu. Żeby należeć do klubu jasna-strona-mocy-która-zawsze-ma rację należało przestrzegać kilku zasad, między innymi być pokazowym filosemitą wylewającym krokodyle łzy za umarłym światem umarłych Żydów.
Należało być przeciwko polskiej prawicy, nacjonalizmowi i faszyzmowi, należało bronić uchodźców i mniejszości, deklarować feminizm, interesować się ekologią, klimatem oraz prawami osób LGBT, potępiać antysemityzm, pamiętać o Zagładzie, mówić o Jedwabnem i interesować się kulturą żydowską.
Żyd zajmował w tym zestawie szczególne miejsce.
Nie jako konkretny człowiek, nie jako społeczeństwo składające się z kilku milionów bardzo różnych ludzi. W żadnym wypadku nie jako Izraelczyk, który może być prawicowy, lewicowy, religijny, świecki, sympatyczny albo okropny, może mieć karabin i może uważać, że jego państwo musi odpowiedzieć militarnie na wymordowanie przyjaciół i sąsiadów – a tylko i wyłącznie jako figura w europejskim teatrze cnoty deklarowanej.
Taki rodzaj moralnego dress code’u. Wilhelm Sasnal przez lata malował Zagładę i polski antysemityzm, wystawiał w POLIN i udzielał wywiadów na ten temat, Rafał Betlejewski zrobił performance „Tęsknię za tobą, Żydzie!”, Mariusz Szczygieł został najlepszym przyjacielem Hanny Krall i ambasadorem Żonkili, Hanka Grupińska mianowała się kapłanką pamięci o Edelmanie.
Po 7 października wszystko się zmieniło.
Ale czy naprawdę?
Myślę, że nie zmieniło się nic. Nadal największą karierę można zrobić na Żydach.
Wprawdzie teraz traktowani a rebours – ale nadal są jądrem (teraz ciemności), wokół którego można zbudować błyskotliwą ścieżkę kariery.
Lans na Żydach nadal popłaca.
Wcześniej można było budować pozycję na ostentacyjnej miłości do Żydów – tęsknić za nimi, malować ich nieobecność, opłakiwać Zagładę, tropić polski antysemityzm, być strażnikiem pamięci. Dzisiaj w tym samym obiegu można budować pozycję na ostentacyjnym potępieniu Izraela, syjonizmu, izraelskiej wojny, a czasami po prostu wszystkiego, co izraelskie. W obu przypadkach Żyd pozostaje potrzebny jako tworzywo. Raz jako przedmiot demonstracyjnej miłości, drugi raz jako przedmiot demonstracyjnej niechęci.
Żydzi nadal świetnie się sprzedają.
Przedtem sprzedawała się tęsknota za Żydem. Teraz sprzedaje się oburzenie na Żyda. Przedtem można było zrobić wystawę o jego nieobecności, dzisiaj można zrobić wystawę, książkę, performance czy wywiad o jego winie. Palestyńczyk nie zastąpił Żyda jako głównego bohatera tego moralnego przedstawienia. Dostał rolę, która pozwala zmienić znak przy Żydzie z plusa na minus.
Kiedyś obowiązywała postawa pt. „popatrzcie, jak bardzo kocham Żydów, jak boleję nad ich nieobecnością, jak rozumiem Zagładę, jak bezlitośnie demaskuję tych, którzy ich nienawidzili”.
Dzisiaj mamy nowy standard – „popatrzcie, jak bezlitośnie demaskuję Izrael, syjonizm i Żydów, którzy nie spełniają już roli ofiary, jak bardzo jestem oburzony tym, co robią Palestyńczykom”.
Ale kamera nadal jest skierowana na Żyda. Palestyńczyk wchodzi w kadr dlatego, że pozwala opowiedzieć kolejną historię o Żydzie.
Stałym elementem jest Żyd. Raz używany do demonstrowania własnego filosemityzmu, teraz do demonstrowania własnego antysyjonizmu.
I jak niedawny pokazowy filosemityzm nie świadczył o szczególnej miłości do Żydów, tak podobnie dzisiejsza obsesyjna wrogość wobec Izraela nie musi w każdym indywidualnym przypadku wyrastać z głęboko przeżywanej nienawiści do Żydów. Jedno i drugie może być sposobem uczestniczenia w obowiązującym obiegu moralnym, intelektualnym i artystycznym.
To taki naskórkowy antysemityzm. Moim zdaniem bardziej obrzydliwy i groźniejszy od tego namiętnego, bo to ludzie idący z prądem kiedyś umożliwili Zagładę. Koniunkturaliści.
Człowiek, który wczoraj budował swoją moralną tożsamość na tęsknocie za Żydem, dziś z równie głębokim moralnym przekonaniem buduje ją na potępianiu syjonisty i za każdym razem jest absolutnie pewien, że właśnie samodzielnie stanął po stronie dobra, co jest gorsze niż cynizm. Cynik przynajmniej wie, że się lansuje. Tutaj lansujący się sam uważa swój aktualny kostium za własne sumienie.
Decorum nie mówi, co jest prawdziwe. Mówi, co wypada. Jakich słów używać, jakie emocje okazywać, z kim się fotografować, jakie akcje wspierać, jakie symbole nosić. Tak jak zmienia się estetyka, zmieniają się też obowiązkowe gesty moralne.
Artyści, którzy zbudowali swoją rozpoznawalność na obrazach, działaniach i tekstach skupionych wokół Holocaustu, a teraz deklarują głęboką niechęć do Izraela jako „jądra ciemności” i uosobienia wszystkiego, co złe na świecie – nie są hipokrytami. Hipokryzja zakłada, że człowiek wie, w co wierzy, ale mówi coś innego, bo mu się to opłaca. Hipokryta wie, że udaje. Ludzie, o których piszę – szczerze uważają się za moralnych, bo odgrywają rolę zgodną z obowiązującym w ich środowisku kodem, co najwyraźniej zwalnia ich z obowiązku myślenia. To zresztą największy paradoks – można być inteligentnym, wręcz błyskotliwym, pięknie władać słowem lub pędzlem (czasami też być jedynie grafomanem – jak pan B.), a jednocześnie być po prostu niemądrym i niesamodzielnym w swoich poglądach. Można być konformistą. Można być głupcem.
Można w swoim sumieniu pogodzić przypisywanie Izraelowi cech państwa nazistowskiego, rozpowszechniać hamasowskie kłamstwa na jego temat i przypinać sobie do klasy klapy żonkila. Można deklarować publicznie obrzydzenie do Izraela po zrobieniu błyskotliwej kariery na obrazach o Zagładzie, wystawianych w muzeum ufundowanym ku czci martwych Żydów.
Można bratać się z rezydentem Hamasu w Polsce, bez żenady głosić swoją nienawiść do Izraela i uważać się za depozytariuszkę poglądów Marka Edelmana. Można lansować grafomańskie teksty przy pomocy swojej rzekomej tęsknoty za Żydem, byle tylko takim leżącym sześć stóp pod ziemią.
Można prowadzić instytucje fundowane przez Żydów z Izraela, stworzone specjalnie po to, aby pamięć o Żydach pielęgnować i jednocześnie udostępniać je dla antysemickich sabatów, nazywając je dla niepoznaki panelami. To wszystko popłaca. Galerie, muzea, wydawnictwa, redakcję, stacje radiowe i telewizyjne pełne są beneficjentów takiej postawy. Kochać Żyda i nienawidzieć Żyda, pardon – syjonisty oraz Izraela, to nadal najlepszy sposób na zrobienie i podtrzymanie kariery.
I niech was nie zwiedzie prawnoczłowieczy bełkot i rzekome współczucie dla „Palestyńczyków” – oni są takim samym przedmiotem handlu.
Ja uważam, że oni po prostu w nic realnie nie wierzą, że nie mają trwałego rdzenia przekonań. Nie potrzebują go, bo core ich osobowości, ich kodem źródłowym jest skupienie się na własnej osobie, własnej karierze. Wszystko inne jest traktowane czysto przedmiotowo. Ważna jest więc identyfikacja ze środowiskiem, a przekonania są pochodną tej identyfikacji. Gdy zmienia się norma środowiskowa, zmieniają się również deklarowane przez nich poglądy – i nawet nie odczuwają sprzeczności. Żydzi nigdy nie byli podmiotem tej historii. Ani wtedy, kiedy ich kochano, ani teraz, kiedy się nimi gardzi. Podmiotem przez cały czas pozostawał artysta, pisarz, dziennikarz czy intelektualista i jego miejsce we własnym środowisku.
Żyd był przedmiotem. Rekwizytem. Figurą w tym żywym obrazie, ustawioną w akceptowanej, wyznaczonej z góry pozie. Dopóki trwał nieruchomo jako wieczna ofiara, wszystko pasowało. Ale Żyd ożył. Jest uzbrojony, ma granicę, ma państwo. Zaatakowany odpowiada.
W nowym układzie ideologicznym można go już umieścić po stronie „silnego”, „kolonizatora”, „okupanta”. Dekoracyjny dekalog oświeconego artysty wcale nie musi się wtedy rozsypać. Wystarczy przestawić jedną figurę na planszy. Dawny Żyd-ofiara pozostaje nadal pod ochroną dekalogu. Izraelczyk zostaje przeniesiony do kategorii oprawców. Człowiek może więc nadal uważać się za bezkompromisowego antyrasistę i przeciwnika antysemityzmu, a jednocześnie mówić o Izraelu rzeczy, które mnie wydają się całkowicie nie do pogodzenia z jego wcześniejszymi deklaracjami.
Zainteresowanie Żydami służyło przede wszystkim do opowiedzenia czegoś o sobie – jestem po właściwej stronie, jestem antyfaszystą, jestem przeciw polskiej prawicy, pamiętam o Zagładzie, jestem człowiekiem otwartym. Kiedy natomiast demonstrowanie solidarności z Żydami przestało pełnić tę funkcję, a wręcz zaczęło środowiskowo przeszkadzać, zostało porzucone.
Nie sądzę, że zdradzili Żydów. Żeby kogoś zdradzić, trzeba najpierw być po jego stronie.
Myślę, że Żydzi od początku pełnili w tym środowisku określoną funkcję – byli częścią pewnego decorum, jednym z elementów zestawu obowiązkowych symboli świadczących o moralnej przynależności. Pamięć o Zagładzie. Walka z antysemityzmem. Edelman. Jedwabne. Antyfaszyzm. Wszystko to budowało obraz człowieka należącego do tego właściwego, słusznego świata dobra i światłości.
Po 7 października nie zmieniły się nawet symbole używane w tym samozwańczym królestwie Jedynej Prawdy. To nadal są Żydzi. Zmieniło się tylko to, co należy wobec nich demonstrować. Jeżeli wcześniej oznaką moralnej wrażliwości było publiczne podkreślanie pamięci o Żydach, teraz stała się nią radykalna krytyka Izraela. Mechanizm pozostał ten sam, zmieniła się jedynie obowiązująca moda moralna. Krótka spódnica przestała być modna, pojawiła się długa. Nie doszło do przewrotu intelektualnego, po prostu zaczęto nosić długą. Oba stroje spełniają tę samą funkcję – pokazują, do jakiego świata należy ten, kto je nosi. Z poglądami artystyczno-lewicowo-liberalnego środowiska tzw. twórców dzieje się dokładnie to samo. Rzekomi miłośnicy kultury żydowskiej nie zdradzili Żydów po 7 października, ponieważ wcześniej również nie traktowali ich jako realnych ludzi i narodu. Traktowali ich jako świadectwo własnej moralnej wyższości, a skoro zmienił się obowiązujący pakiet wierzeń i zasad, to sygnaliści cnoty przyjęli go za swój bezboleśnie.
To właśnie było dla mnie największym wstrząsem.
Przez całe życie sądziłam, że obcuję z ludźmi kierującymi się podobnym rozumieniem historii. Okazało się, że ja widziałam naród żydowski w naturalny sposób zamieszkujący Izrael, a oni symbol oderwany od tożsamości. Żydzi byli im potrzebni jako znak cnoty, jako potwierdzenie przynależności do określonego środowiska, nie jako konkretni ludzie z własną historią, własnym państwem i własnym prawem do obrony.
Widziałam ciągłość – naród żydowski, Zagłada, potrzeba własnego państwa, Izrael, prawo do obrony. Wspólna historia z Polską, nadal istniejąca dopóki żyją ludzie mieszkający w Izraelu, będący obywatelami tego państwa i mówiący po polsku. Nie musiałam tego sobie stale tłumaczyć, bo wydawało mi się to równie oczywiste jak związek Polski z polską historią. Po 7 października zobaczyłam, że ludzie, z którymi częściowo się utożsamiałam, tej ciągłości w ogóle nie dostrzegają. Żyd z getta był im potrzebny, Izraelczyk napadnięty we własnym domu już przeszkadzał.
Przed 7 października Izrael był właściwie na marginesie moich zainteresowań, ponieważ pewnych rzeczy nie uważałam za poglądy wymagające manifestowania. Żydzi są narodem, Izrael istnieje, jego istnienie jest związane z historią Żydów, państwo ma prawo bronić swoich obywateli. Nie chodziłam z tym na sztandarach, podobnie jak nie manifestuję przekonania, że Polska ma prawo istnieć. Dlatego przez lata popełniałam błąd poznawczy – brałam cudze symbole za wyraz przekonań, ponieważ sama tak traktuję własne przekonania.
Być może dlatego tak łatwo było mi stanąć po stronie Izraela.
Chociaż nie, to nieprawda – ja nie stanęłam po stronie Izraela, ja po prostu nigdy nie zmieniłam swoich przekonań.
Tylko się po prostu na nich nie lansowałam.
Wydawało mi się, że stoję na tym samym lądzie, co ludzie, których miałam za żywiących podobne do mnie przekonania. Dzisiaj myślę, że od początku mieszkałam na osobnej wyspie.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

