
Vanessa Berg
Antysemityzm zawsze był czymś więcej niż tylko nienawiścią. To również niezwykle skuteczne narzędzie służące do osiągania celów politycznych.
Tę lekcję powinniśmy byli wyciągnąć już w 1945 roku.
Kiedy upadły nazistowskie Niemcy, świat nie tylko odkrył okropności Holokaustu. Teoretycznie powinien był również poznać mechanizmy polityczne, które w ogóle do niego doprowadziły.
Antysemityzm nie był po prostu irracjonalną nienawiścią, która przypadkowo ogarnęła niemieckie społeczeństwo. Był użyteczny. Stanowił technologię polityczną.
Naziści rozumieli, że jeśli uda się przekonać wystarczającą liczbę ludzi, iż to Żydzi odpowiadają za ich upokorzenie, ubóstwo, wojny, upadek kultury, niestabilność polityczną, kapitalizm, komunizm, internacjonalizm i praktycznie każde inne źródło niepokoju, można osiągnąć coś niezwykle cennego: zjednoczyć miliony ludzi borykających się z różnymi problemami wokół jednego, wspólnego wroga.
Muzeum Pamięci Holokaustu w Stanach Zjednoczonych opisuje propagandę nazistowską jako niezbędny element budowania niemieckiej „wspólnoty narodowej” poprzez wskazanie tych, którzy do niej nie należeli. Żydzi zostali wyznaczeni na głównego wroga. Propaganda przedstawiała ich nie tylko jako ludzi, których Niemcy powinni nie lubić, ale jako ukrytą siłę manipulującą rządami, wywołującą wojny i spiskującą za kulisami.
To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie.
Polityczna użyteczność antysemityzmu nigdy nie polegała przede wszystkim na skłanianiu każdego z osobna do nienawiści wobec konkretnych Żydów. Polegała na nauczeniu ludzi postrzegania świata przez pryzmat „kwestii żydowskiej”. Coś jest nie tak z twoim krajem? To wina Żydów. Gospodarka przeżywa trudności? To wina Żydów. Naród jest w stanie wojny? To wina Żydów. Kapitalizm cię wyzyskuje? To wina Żydów. Komunizm ci zagraża? To wina Żydów. Zagraniczne rządy spiskują przeciwko tobie? To wina Żydów.
Oskarżenia zmieniały się w zależności od odbiorców. Funkcja pozostawała jednak uderzająco spójna: weź skomplikowane problemy i nadaj im „żydowskie wyjaśnienie”. Na tym polega geniusz – i groza – antysemityzmu jako narzędzia politycznego. Popełniliśmy ogromny błąd, wierząc, że narzędzie to zostało pogrzebane pod ruinami Berlina. Tak się nie stało. Ono ewoluowało.
Po Holokauście otwarte głoszenie, że to „Żydzi” są odpowiedzialni za problemy świata, stało się w szanowanych kręgach politycznych passé. Pozostała jednak podstawowa polityczna pokusa: wciąż tkwiła ogromna siła w przekonywaniu ludzi, że za ich cierpieniem stoi żydowska zbiorowość.
Z czasem często po prostu zmieniano słowo. „Żyd” stał się „syjonistą”. „Międzynarodowy spisek żydowski” stał się „lobbym syjonistycznym”. Wyjątkowo zły naród żydowski stał się wyjątkowo „złym państwem żydowskim”.
Izrael przestaje być jednym z wielu krajów, a staje się swego rodzaju uniwersalnym wyjaśnieniem; symbolem, na który rzutowane są niepowiązane ze sobą pretensje; czarnym charakterem pojawiającym się w walkach politycznych tysiące kilometrów od Jerozolimy, niezależnie od tego, czy ma cokolwiek wspólnego z omawianym problemem. Właśnie ten moment w historii powinien budzić największy niepokój wśród Żydów.
Zastanówmy się nad tym, co wydarzyło się tego lata w Jordanii. W lipcu irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił, że wystrzelił pociski balistyczne w kierunku Izraela, które przeleciały nad Jordanią. Następnie nadeszła niezwykła wiadomość skierowana do narodu jordańskiego: „Wiecie bardzo dobrze, że nie tylko nie żywimy wrogości wobec waszego kraju, ale także was kochamy” – oświadczyło IRGC, opisując Jordańczyków jako ludzi, którzy szczególnie dobrze rozumieją cierpienia Palestyńczyków.
Pomyślcie o bezczelności (chutzpah) tego posunięcia: Iran narusza przestrzeń powietrzną Jordanii rakietami, a jego przesłanie do Jordańczyków brzmi w istocie: nie jesteśmy waszymi wrogami.
Odwołanie się do „Palestyny” nie było przypadkowe. Było to celowe zagranie. Iran rozumie ogromną siłę emocjonalną, jaką sprawa palestyńska ma w całym świecie arabskim. Rozumie również, że Jordania utrzymuje stosunki z Izraelem i ściśle współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi.
Reżim irański próbuje więc na nowo nakreślić mapę polityczną w wyobraźni Jordańczyków. Nie obwiniajcie kraju, który wystrzeliwuje rakiety nad waszymi głowami. Obwiniajcie Izraelczyków i ich amerykańskich zwolenników. Zrozumcie swoje cierpienie poprzez pryzmat „Palestyny”. Postrzegajcie stosunki waszego rządu z Izraelem jako zdradę.
Islamska Republika Iranu robi to, co antysemickie ruchy polityczne robiły od pokoleń: przekierowuje wewnętrzny gniew na zewnętrznego, żydowskiego wroga i wykorzystuje tego wroga do rozbijania sojuszy politycznych. Okoliczności są zupełnie inne niż w nazistowskich Niemczech. Technika polityczna jest jednak niepokojąco znajoma. A Iran nie jest w tym odosobniony.
Spójrzmy na Nowy Jork. Zohran Mamdani prowadził kampanię na burmistrza, opierając ją m.in. na agresywnej retoryce wymierzonej w Izrael. Wprowadził niezwykle intensywną politykę antysyjonistyczną do wyścigu o urząd, który nie ma praktycznie żadnego wpływu na politykę zagraniczną, a sam Izrael nie odgrywa niemal żadnej roli w codziennym życiu nowojorczyków.
Mamdani od lat popiera ruch Bojkotu, Wycofania Inwestycji i Sankcji (BDS). Wielokrotnie odmawiał potępienia hasła „globalizuj intifadę”. Uczynił również kwestią polityczną potencjalne aresztowanie izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu w Nowym Jorku.
Niezależnie od tego, co ktoś sądzi o tych stanowiskach, nasuwa się oczywiste pytanie: dlaczego burmistrz Nowego Jorku potrzebuje polityki zagranicznej wobec państwa żydowskiego? Izrael nie kontroluje czynszów w Nowym Jorku. Izrael nie decyduje o funkcjonowaniu metra. Izrael nie zarządza nowojorskimi szkołami ani nie wywozi śmieci. Burmistrz nie może negocjować w sprawie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. A jednak w jakiś sposób państwo żydowskie stało się powracającym testem ideologicznym w wyborach samorządowych.
Zjawisko to powinno nas interesować daleko bardziej niż sama postać Mamdaniego – ponieważ politycy rzadko inwestują ogromny kapitał polityczny w tematy, które ich zdaniem nie mają wartości politycznej. Izrael stał się wartościowy niekoniecznie jako realny problem, ale jako symbol. Pokazuje wyborcom, do jakiego „plemienia” należysz. Przekazuje, kogo uważasz za „uciskanego”, a kogo za „uciskającego”. Sygnalizuje, czy należysz do „establishmentu”, czy do „ruchu oporu”, czy jesteś „kolonizatorem”, czy „kolonizowanym”, „potężnym” czy „bezsilnym”.
A gdy Izrael przekształca się z rzeczywistego kraju w symbol wszystkiego, czym gardzi dany ruch polityczny, demonizowanie go staje się politycznie użyteczne, nawet jeśli dany urząd nie ma z nim absolutnie nic wspólnego.
Kolejny przykład to stan Michigan. Abdul El-Sayed zdobył tam nominację Demokratów do Senatu USA, pokonując urzędującą Haley Stevens w jednych z najwnikliwiej obserwowanych prawyborów w kraju. Izrael stał się jedną z głównych linii podziału w tej rywalizacji.
El-Sayed nie ograniczył się do krytyki Benjamina Netanjahu. Opisał rząd izraelski jako „zły” na równi z Hamasem, nazwał Izrael „państwem zbuntowanym”, oskarżył go o apartheid i ludobójstwo, wezwał do wstrzymania amerykańskiej pomocy wojskowej i wielokrotnie unikał odpowiedzi na pytania o to, czy Izrael ma prawo do istnienia. Po wygraniu prawyborów poszedł jeszcze dalej, opisując Izrael jako „krwiożerczy” i „nielegalny reżim apartheidu”.
Sygnał ostrzegawczy ma szerszy wymiar: to przekształcenie państwa żydowskiego w niemal metafizycznego złoczyńcę. Żądnego krwi. Złego. Stosującego apartheid. Popełniającego ludobójstwo. Zbuntowanego. Państwa, którego sama legitymizacja staje się wątpliwa.
I w jakiś sposób ten jeden kraj, liczący około 10 milionów mieszkańców, zajmuje nieproporcjonalnie dużo miejsca w kampaniach politycznych prowadzonych tysiące kilometrów stąd. Nie jest to sytuacja bez precedensu. To jeden z najstarszych schematów w historii Żydów.
Antysemita rzadko zaczyna od stwierdzenia: „Po prostu nienawidzę Żydów”. Zamiast tego przedstawia teorię polityczną: Żydzi kontrolują finanse, Żydzi kontrolują rządy, Żydzi podważają fundamenty narodu, Żydzi odpowiadają za wojny, Żydzi są nielojalni, Żydzi wyzyskują robotników, Żydzi uciskają ludzi.
Treść ulega zmianom, ponieważ antysemityzm jest niezwykle elastyczny. Żydów można jednocześnie obwiniać za kapitalizm i komunizm, nacjonalizm i globalizm, bycie „białymi” i bycie „obcymi”, imperializm i rewolucyjną dywersję.
Sprzeczność nigdy nie była słabością antysemityzmu. Jest jedną z jego największych zalet. Teoria spiskowa zdolna wyjaśnić wszystko może przetrwać niemal wszystko.
Dzisiaj ta sama dziwna elastyczność w coraz większym stopniu przypisywana jest syjonizmowi. Izrael można w jakiś sposób przedstawiać jednocześnie jako marionetkę Ameryki i jej pana. Można go oskarżać o kontrolowanie zachodniej polityki zagranicznej, a jednocześnie twierdzić, że przetrwał tylko dzięki wsparciu zachodnich rządów. Można go opisywać jako kolonialną placówkę Europy, mimo że ponad połowa izraelskich Żydów wywodzi się ze społeczności z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
A ruchy polityczne oddalone o tysiące kilometrów mogą włączać sprzeciw wobec syjonizmu do swojej tożsamości, niezależnie od tego, czy konflikt izraelsko-palestyński ma choćby najmniejszy związek z problemami, z jakimi faktycznie borykają się ich wyborcy. To właśnie ta obsesja powinna nas niepokoić.
Istnieje tu jeszcze jedno niebezpieczeństwo, a Żydzi powinni wykazać się wystarczającą uczciwością intelektualną, by to przyznać: samo oskarżenie o antysemityzm może być nadużywane. Mówi się nam jednak, że jeśli mówca używa słowa „syjonista” zamiast „Żyd”, cała historia przestaje mieć znaczenie. To absurd. Antysemityzm nigdy nie wymagał konkretnego słownictwa. Wymaga funkcji.
Kogo przedstawia się jako przyczynę problemów społecznych? Kto jest przedstawiany jako wyjątkowo złowrogi? Kto jest wyobrażany jako posiadacz niezwykłej, ukrytej władzy? Kto staje się wrogiem, wokół którego mogą zjednoczyć się grupy, które w innym przypadku nie miałyby ze sobą nic wspólnego? Komu odmawia się praw politycznych, które bezdyskusyjnie przysługują wszystkim innym? I co najważniejsze: kto czerpie korzyści polityczne z tego, że ludzie w to wierzą?
To ostatnie pytanie może być kluczowe, ponieważ najniebezpieczniejszy antysemityzm nigdy nie był jedynie osobistym uprzedzeniem. Był uprzedzeniem zorganizowanym, użytecznym, zmobilizowanym.
Polityk odkrywa, że atakowanie Żydów (lub syjonistów, lub Izraela) przynosi mu oklaski. Reżim odkrywa, że obwinianie państwa żydowskiego pozwala odwrócić gniew od niego samego. Aktywista odkrywa, że „syjonizm” może zjednoczyć grupy, które nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. I nagle antysemityzm zyskuje elektorat. W ten sposób staje się niebezpieczny.
Istnieje tendencja do analizowania nazistowskich Niemiec tak, jakby należały do innego wszechświata: czarno-białe zdjęcia, dziwne mundury, palone książki i przemówienia wygłaszane w języku, którego większość z us nie rozumie. To sprawia, że historia staje się wygodna. Pozwala nam wierzyć, że rozpoznalibyśmy kolejną wersję, ponieważ wyglądałaby jak poprzednia.
Jednak historia prawie nigdy nie powraca w tym samym mundurze. Zmieniają się hasła, partie polityczne, ideologie, technologie – a mechanizm kozła ofiarnego pozostaje ten sam. Znajdź Żyda. Zamień go w abstrakcję. Obciąż go odpowiedzialnością za problemy, których nie stworzył. Przekonaj ludzi, że walka z nim jest równoznaczna z walką z niesprawiedliwością. Zbuduj tożsamość polityczną wokół tej walki. Następnie zbierz głosy, lojalność, władzę i spójność społeczną, które z tego wynikają.
Myśleliśmy, że Holokaust sprawił, iż strategia ta stała się na zawsze politycznie skompromitowana i niebezpieczna. Straszliwie się myliliśmy. Antysemityzm nie zniknął po 1945 roku. Nauczył się mówić językiem naszych czasów. A politycy, reżimy i ruchy na nowo odkrywają to, co ich poprzednicy zrozumieli już przed wiekami: niewiele jest politycznych skrótów potężniejszych niż wskazanie ludziom żydowskiego wroga.
Politycy na nowo odkrywają siłę „żydowskiego wroga”
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

