.Jestem znów Zydem cz 48

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Głodni… pomyślałem sobie, od prawie trzech lat jesteśmy stale głodni. Ile byśmy nie jedli, ciągle jesteśmy głodni. Umyliśmy ręce w umywalce w łazience.  Kołomyja nie była miasteczkiem jak Bolechów.  Tu była w domach bieżąca woda, a ubikacje były w domach.  Ukraińcy śpiewali:
„Kołomyja ne pomyja
Kołomyja misto
Kołomyja to nie ścieki
Kołomyja to miasto.”
Nie pamiętam, co jedliśmy, ale jeśli moja błogosławionej pamięci babcia Berta siedziałaby naprzeciwko nas i obserwowała z jakim apetytem jemy, z pewnością zatrudniłaby nas. Po obiedzie wykąpaliśmy się po raz pierwszy od dwóch lat. Gdy Pola zobaczyła, że nasze ubrania były pełne wszy, spaliła je i dała nam inne, które miała przygotowane na nasz przyjazd.  Ubrania były trochę duże, ale były świetne.  Poczuliśmy się znowu jak ludzie. Potem Pola pokazała nam dom i wyjaśniła, że należy do jej rodziców. Pola z Celkiem mieszkali tam razem z siostrą Poli, Belą i jej mężem Jakubem. „Czy oni uratowali się z Wami?”  spytaliśmy. „Nie”, odpowiedziała Pola, „Oni byli w głębi Rosji i wrócili kilka tygodni temu.  Teraz są w pracy i wrócą do domu za jakieś dwie godziny, razem z Celkiem.”. Pola pokazała nam pokój, w którym będziemy spali.  Po dwóch godzinach zjawił się Celek.  Natychmiast go poznaliśmy. Był wysokim mężczyzną o okrągłej twarzy, z dołkiem w brodzie.  Celek przytulił nas i w oczach miał łzy, gdy mówiliśmy, że oprócz nas nikt się nie uratował.  Właściwie on już o tym wiedział, ale nie mógł się z tym pogodzić. Chciał wierzyć, że to pomyłka. Celek przedstawił nas Beli i Jakubowi. Jakub Wilf był prawnikiem, pracował w Radzie Miasta, a Bela w wydziale opieki społecznej. Tylko Pola nie miała jeszcze pracy. Znowu zasiedliśmy do stołu, tym razem do kolacji. Poprosili nas, żebyśmy opowiedzieli o naszych przeżyciach. Bela co chwilę wykrzykiwała: „O mój Boże”. Później Pola i Celek opowiedzieli nam o sobie, o tym jak Niemcy zabili jego rodziców i młodszego brata Nunka, a Jakub i Bela opowiedzieli co się działo w Rosji, jak czasami byli okropnie głodni, a innym razem mieli masę owoców. Słuchałem nazw: daktyle, figi, morele, arbuzy i na myśl o nich leciała mi ślinka.  Siedliśmy do późna w nocy.  Zanim poszliśmy spać, Celek powiedział nam, że następnego dnia weźmie kilka wolnych godzin w pracy, i zapisze nas do szkoły. Tu wtrącił się Jakub i poradził, żeby podać, jako miejsce naszego urodzenia, Kraków i powiedzieć, że w Bolechowie byliśmy na wakacjach u naszej babci, gdzie zaskoczyła nas wojna. Uważał, że tak będzie lepiej, bo niedługo zacznie się repatriacja, czyli powrót do Polski i lepiej, żebyśmy mieli w dokumentach Kraków jako miejsce urodzenia. Wszyscy wyjedziemy do Polski, a stamtąd dalej. Przypomniałem sobie wtedy zdanie, które usłyszałem w Bolechowie, kiedy myśleliśmy o wyjeździe do Rosji na studia. „Żydzi nie jadą na wschód. Żydzi jadą na zachód.”. Dostaliśmy od Celka dwa kupony na obiad w restauracji. On nam pokaże restaurację, kiedy zapiszemy się do szkoły.

Nasz pokój mieścił się w byłej aptece. Stała tam duża szafa z przegródkami na różne leki. Oboje, Celek i Pola, byli dyplomowanymi farmaceutami.  Pola nie szukała oficjalnej pracy, bo prowadziła „prywatną praktykę” i sporządzała w domu preparaty na różne choroby. Oficerowie Czerwonej Armii, których wielu zaraziło się chorobami wenerycznymi, stanowili dobrą klientelę.  Antybiotyki nie były powszechnie dostępne w tamtych czasach, a na pewno nie na tych terenach.  Lekarstwem na choroby weneryczne był Sulfidin. Oficerowie i zwykli żołnierze płacili towarami za lekarstwa.  Handel wymienny był bardzo popularny w Rosji. Także cywile korzystali z prywatnej apteki Najderów. Celek ukrył przed wojną różne składniki do sporządzania lekarstw. Teraz używał ich do wyrabiania preparatów.  Opowiedziałem Celkowi jaką cenę zapłacił mój ojciec za prywatne wyrabianie skóry. Celek nie przejął się tym i poradził, żebym ja też się nie martwił, bo prawie wszyscy mają tu choroby weneryczne i potrzebują jego pomocy.  Nawet komisarz miasta, szef NKWD (Narodowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) i inni wysocy urzędnicy przychodzą do niego po leki.

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: