Uncategorized

„Napoleon”  i „”Milczenie owiec”


Jakun Kopec

    Nakłania mnie żona, bym napisał coś o Grzegorzu Braunie, który proszkową gaśnicą p. poż. zakłócił uroczystość zapalania śiec chanukowych w sejmie RP. Nie przyłożę jednak ręki do budowania legendy mołojeckiej naszego reprezentacyjnego faszysty, a zresztą zrobili to już wszyscy poprawni politycznie dziennikarze i politycy, więc nic tu po mnie.

   Jestem natomiast pełen podziwu i uznania dla kampanii, w której  przy użyciu kartek do głosowania  Donald Tusk pokonał złodziejską, a może nawet bandycką formację Zjednoczonej Prawicy.  Fakt, że wprawdzie z ociąganiem, lecz doszło jednak do pokojowego przekazania władzy następcom, przekonuje mnie, że odchodząca w niebyt rządząca klika nie miała natury bandyckiej, lecz tylko chuligańską.

   Nastał jednak dzień chwały, w którym Tusk świętował zwycięstwo co najmniej na miarę triumfów Napoleona.  Pamiętajmy jednak, że już na samym początku „kampanii napoleońskiej”, w sławnej bitwie pod Austerlitz, generał Buonaparte bez wątpienia zostałby zniszczony przez przeważające siły austriacko-rosyjskie, gdyby generał Louis Nicolas Davout , odesłany z wojskami na południe w kierunku Italii, nie usłyszał odgłosów bitwy, nie zawrócił kolumn marszowych na północ i  nie przybył Napoleonowi na odsiecz dosłownie w ostatniej chwili.

  Podobnie miała się rzecz z triumfem Tuska. W momencie, gdy tuż przed 15 października marszałek Grodzki wstępował  na mównicę w TVP ze swoim orędziem do Narodu, słupki sondażowe wskazywały jednoznacznie, że Tuska rozjedzie walec Zjednoczonej Prawicy.

   I stał się prawdziwy Cud nad Urną, bo marszałek Grodzki wytrącił Kaczyńskiemu z ręki oręż propagandowy. Dzięki obowiązkowej transmisji TVP, dotarł ze swoim orędziem do najdalszych zakątków Polski,  gdzie niepodzielnie królował  jednolity propagandowy przekaz rządzących. Grodzki zdołał poinformować miliony maluczkich, że Dobra Zmiana prezesa Kaczyńskiego jest jedną wielką ściemą, bo MSZ ministra Raua  na straganach w Afryce i na Bliskim Wschodzie za pośrednictwem polskiej służby konsularnej, wszystkim, których stać było na zapłaceni łapówki w kwocie około czterech tysięcy dolarów, wydał dwieście tysięcy polskich wiz, uprawniających do wjazdu na teren Europy. Nikt przy tym nie baczył, że migranci roznoszą brud i choroby, a także nagminnie gwałcą chrześcijańskie kobiety.       

    To było tak (z zastrzeżeniem wszelkiej proporcji), jak za okupacji hitlerowskiej, kiedy  dzielni akowcy podłączyli się w Warszawie do sieci „szczekaczek” i z głośników ulicznych popłynęły buntownicze słowa pieśni „Jeszcze Polska nie zginęła…” Gdyby o 74-procentowej frekwencji wyborczej zadecydowali młodzi mężczyźni i młode kobiety, to dlaczego poruszenia obywatelskiego u naszej trzydziesto- i czterdziestoletniej młodzieży nie odzwierciedliły w porę badania sondażowe? Nie , moi kochani, to nie dzieciarnia wyposażona w smartfony i laptopy wywróciła układankę polityczną Kaczyńskiego. Zrobiły to niepoliczalne rzesze maluczkich, których zainfekowało marszałkowskie orędzie. Tomasz Grodzki  ściągnął gacie z Dobrej Zmiany i ukazał peryferiom krostowaty zadek Zjednoczonej Prawicy.

 Któryś z prezydentów USA (Nixon?) powiedział sentencjonalnie, że zwycięstwo w wyborach przyniosła mu „milcząca większość”. Naszemu nadwiślańskiemu Napoleonowi dopomógł pasterz „milczących owiec”.

   Prawie dwa lata wcześniej, gdy Tusk jedną nogą pozostawał jeszcze w Brukseli, marszałek Grodzki za pośrednictwem TVN24 przedstawił senacki  projekt odsunięcia Kaczyńskiego od władzy przez konstruktywne wotum nieufności dla premiera Morawieckiego. I co powiedział Donald Tusk na takie dictum? Że on nie będzie się modlił o wcześniejsze wybory. Był dobry moment na powołanie nowego rządu, bo Gowin z ośmioma posłami wyszedł z koalicji rządzącej i wyciągał ręce do opozycji demokratycznej w proszalnym geście. Nie trzeba go było przekupywać, wystarczyłoby rzucić mu jakiś polityczny ochłap. Ale nie! Propozycja Tomasza Grodzkiego zawisła w próżni, bo Tusk pozostawał jeszcze  jedną nogą w Brukseli i na premiera rządu technicznego musiałby zostać wyznaczony ktoś pomniejszy z szeregów opozycji demokratycznej. Na przykład Szymon Hołownia, który tak wspaniale sprawdza się na funkcji marszałkowskiej w Sejmie.

       Wydarzenie odnotowano w Internecie:   

                  „Marszałek Grodzki, wielki strateg

                   W wojenne dudy zaduł

                    I wszedł z wojskami na pagórek

                    A potem zeszedł na dół” 

   Wszyscy dobrzy ludzie zamartwiali się, gdy premier Morawiecki nieprzyzwoicie przeciągał przekazanie władzy zwycięskiej koalicji demokratycznej, co pozwalało jego urzędnikom pospiesznie  podpisywać lipne umowy, grabić państwową kasę, a także instalować bomby o opóźnionym zapłonie w tkance maszynerii państwowej. Czymże jednak są te tygodnie zwłoki, wobec prezentu dla Kaczyńskiego w postaci dwu lat niezakłóconego rządzenia? Gdy na białym koniu powrócił do kraju nasz brukselski przywódca, marszałek Tomasz Grodzki zamilkł. Wcześniej wygłaszał swoje marszałkowskie orędzia przy każdej nadarzającej się okazji już to Świąt Bożego Narodzenia lub Wielkanocy, już to  świąt państwowych. Na dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi wygłosił swoje ostatnie orędzie, bo sytuacja stała się aż tak groźna, że Tusk, okrzyczany przywódcą całej opozycji demokratycznej, musiał się zwrócić do swoich wyznawców o zagłosowanie na koalicję Szymona Hołowni i Kosiniaka -Kamysza (sic!), bo Trzeciej Drodze zagrażało zastopowanie na ośmioprocentowym progu wyborczym.

     W corocznym rankingu najbardziej wpływowych polityków w Europie, prowadzonym od lat przez brukselski portal Politico, Donald Tusk zdobył zaszczytną pierwszą lokatę za rok 2023. Po sześcioletniej banicji na stanowisku m. in.  szefa Rady Europejskiej, lider  Koalicji Obywatelskiej pokonał w walce wyborczej swojego nieprzejednanego wroga, ksenofobicznego i zapyziałego w anachronicznym sarmatyzmie prezesa Jaeosława Kaczyńskiego. W uzasadnieniu swojego werdyktu portal „Politico” ogłosił: „Trójka bezpieczeństwa Polska-Francja-Niemcy będzie mogła wrócić do swoich obowiązków. (…) Tusk przewodził ugrupowaniu partii o poglądach od centroprawicy do lewicy, dał jego koalicji jasną drogę do władzy”.

     Wprawdzie powrotna droga do władzy nie była jasna, lecz mroczna, pokrętna i pełna niebezpieczeństw, ale nie czas marudzić, bo w końcu liczy się tylko efekt. Chociaż ryzyko przegrania wyborów było duże, to opłaciło się jego podjęcie, skoro  wraz z wpływowym Tuskiem ożywa w Europie  nadzieja na reanimację Trójkąta Weimarskiego. Skoro geopolitycznie jesteśmy położeni między jedną i drugą brutalną wojną, pokój na szczycie weimarskim jest wartością bezcenną. Tusk zacieśni w Europie wspólnotę węgla, stali, czołgów, samolotów  i chleba naszego powszedniego.

      Czy jednak „najbardziej wpływowym politykiem w Europie” może być ktoś, kto, po bezprzykładnym zwycięstwie wyborczym, nie może pozbyć się zawalidrogi  w osobie prezesa Narodowego Banku Polskiego prof. Adama Glapińskiego? 

     Byłem szczęśliwym człowiekiem, kiedy tuż po transformacji ustrojowej zostałem  przydupasem , czyli facetem do wszystkiego, u Józefa Śniecińskiego, właściciela holdingu „Zarządzanie i Bankowość”. Podczas licytacji pałacu w Lichanicach wraz z parkiem, czterema stawami i trzema wielkimi, dziewiczymi halami sposobnymi do wszelkiej hodowli, wielki Szef wręczył mi swoje portefolio menagement  ze słowami : „Ty się na pieniądzach nie znasz, więc ręka ci nie zadrży przy podbijaniu ceny.” Kiedy jedyny obecny na sali przeciwnik cenę wywoławczą podbił o  dziesięć tysięcy, ja natychmiast podbiłem ją o pięćdziesiąt. Konkurent stwierdził, że nie będzie się kopał z szaleńcem i wycofał się z przetargu. Zabytkowy pałac kupiłem dla Śniecińskiego dosłownie  za grosze. Po remoncie rozlokowała się w nim Warszawska Szkoła Bankowa.

  Ponieważ główną moją zaletą jest to, że na pieniądzach się nie znam, ośmielam się podsunąć Donaldowi Tuskowi, najbardziej wpływowemu politykowi Europy, pomysł na niezawodne i szybkie pozbycie się z pola widzenia prezesa  Adama Glapińskiego wraz z jego immunitetem. W tym celu Tusk, mocą rozporządzenia, powinien natychmiast wprowadzić euro, jako walutę obowiązującą w Rzeczypospolitej, a cały NBP z przyległościami poddać likwidacji.

     Oczywiście istnieje przeszkoda formalna, bo złotówka ma swoje umocowanie w konstytucji, a na dodatek Europa stawia Polsce, jako kandydatowi do strefy euro, wymagania prawne  całkiem, w aktualnej sytuacji,  nie do spełnienia. Lecz tymi przeszkodami Tusk nie powinien zbytnio się przejmować, bo Jaruzelski, dla przykładu, zaakceptował dolara w obiegu gotówkowym, a złotówkę urągliwie pozostawił samej sobie i dobrze na tym wyszedł. Za dyktatury generała płaciło się i kalkulowało wyłącznie w dolarach, o czym najdobitniej świadczy urocza komunistyczna anegdotka:                                                                                                                 

     Podchodzi klient do cinkciarza i pyta dyskretnie: – Po ile dzisiaj? – Po sto. – odpowiada cinkciarz. – Co po sto! – protestuje klient. – A co po ile? – zamyka dyskusję cinkciarz.                                                                                                

      Nie padło magiczne słowo„dolar”,a jednak wszyscy wiedzieli o co chodzi i porozumiewawczo uśmiechali się do siebie. Podobnie stałoby się z „euro”, gdyby Tusk zadecydował  wreszcie o wejściu Rzeczypospolitej na ścieżkę wiodącą do strefy brukselskiej i frankfurckiej waluty.  

   Mam w swoim zbiorze bibliotecznym opasłą, liczącą w jednym woluminie prawie dwa tysiące stron, księgę „Dictionnaire NAPOLEON. Sous la direction de JEAN TULARD”,wydaną przez Fayarda w 1989 r., wydrukowaną na papierze „Delphinal” w drukarni D’Aubin w Ligugé. Tę książkę bez poczucia straty, bo nie znał języka francuskiego, podarował mi generał Jaruzelski, jako autorowi książki „Prowokacja-tumult-pacyfikacja”, w  której wysoko oceniłem efektywność strzelań  kartaczami do cywilnych Francuzów w stanie wzburzenia, przez artylerzystów  dowodzonych przez porucznika Napoleona Buonaparte. Dzięki tej księdze wiem,że prawdziwym zwycięzcą pod Austerlitz nie był Napoleon, lecz późniejszy marszałek Louis Nicolas Davout.

  Ta wspaniała książka jest dziełem wspólnym setek autorów poszczególnych haseł, dziesiątków redaktorów wydawnictwa Fayard i całej rzeszy „towarzyszy sztuki drukarskiej”, sztuki która jest już w stanie kompletnego zaniku. Ale najcenniejsza w tym uroczym prezencie jest notatka podpisana przez ppłk Wiesława Górnickiego i zaadresowana do Prezydenta Rzeczypospolitej generała Wojciecha Jaruzelskiego, którą odnalazłam wciśniętą między kartki indeksu nazwisk. W ostatnim akapicie notaki, pułkownik Górnicki, w cywilu wspaniały reporter i znakomity publicysta od spraw zagranicznych, a także mój starszy kolega z redakcji „Życia Warszawy”, melduje generałowi:

     „Proponuję podziękować Gabrielowi Meretikowi za prezent przy najbliższej rozmowie. Nominalna wartość „Słownika Napoleońskiego” wynosi 220 dolarów.”  G. Meretik wydał w Paryżu fantastyczny wywiad -rzekę z generałem pt. „Les châines et les refuges”, zawierający wspomnienia generała i zapis wyczerpującej temat dysputy Adama Michnika z Wojciechem Jaruzelskim o stanie wojennym. Chociaż rzecz spisana była pierwotnie w języku Mickiewicza i mozolnie przetłumaczona następnie na język Moliera, książka doczekała się tłumaczenia z języka francuskiego na włoski („Un cosi lungo cammino” wyd. Rizzoli, Milano 1992), natomiast w Polsce w języku oryginału nigdy nie była wydana.

     Ppłk Górnicki podał nominalną wartość księgi w boskich dolarach, chociaż we Francji obowiązywał nadal frank, jako narodowa waluta. Jeżeli  Donald Tusk jeszcze za mojego życia wstąpi na ścieżkę prowadzącą do strefy euro, natychmiast do jego Kancelarii Premiera przekażę arcydzieło francuskiej sztuki edytorskiej wraz z notatką pułkownika dla generała. Proponuję przy tym podziękować francusko-czesko- polskiemu pisarzowi Gabrielowi Meretikowi za hojny dar. Gdyby książka okazała się nieprzydatna z powodu nieznajomości języka francuskiego, premier Tusk mógłby ją przekazać na aukcję u Owsiaka z ceną wywoławczą 22 tysięcy złotych (220 czarnorynkowych dolarów USD, razy sto złotówek NBP za jednego dolara, daje wszak 22 tysiące polskich złotych!). Daniel Obajtek, prezes Orlenu, który na finansach kompletnie się nie zna, swobodnie będzie mógł ją pięciokrotnie przebić.

   Z encyklopedią „Napoleon” rozstanę się bez bólu, ponieważ jestem pewien, że  natychmiast po mojej przybliżającej się śmierci, skomputeryzowani i zasmartfonowani  spadkobiercy cały mój  zbiór biblioteczny, skatalogowany na kilka tysięcy woluminów, gratisowo przekażą szefowi sieci kafejek „Nero”, z którym nota bene nostalgicznie piłem niegdyś polską wódkę w Upsali za Bałtykiem; grzbiety książek posłużą w „Nero” jako najmodniejsza tapeta  ścienna.        

  Notatka pułkownika Górnickiego pokazuje, że premier Tusk może i powinien wprowadzić w Polsce euro, jako oficjalną walutę płatniczą, tak sprytnie i po cichu, że prezes NBP nawet tego nie zauważy.

                                                                                Jakub Kopeć 


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.