Kacper Max Lubiewski
Eksplozje w Strefie Gazy po ataku izraelskim. 14.04.2025. (Fot. REUTERS/Amir Cohen
Dziennikarz ostro o mediach, które relacjonują wojnę w Palestynie
Matti Friedman*: – Ja też byłem winny utajniania informacji, kiedy pisałem o Palestyńczykach, bo obawiałem się reakcji wewnątrz i poza redakcją
Kacper Max Lubiewski: Jesteś autorem ,,Poradnika insidera o najważniejszej historii na świecie”, który stał się jednym z najgłośniejszych i najszerzej dyskutowanych artykułów o Izraelu w historii zachodniej prasy. Opisujesz w nim fundamentalne błędy, które, twoim zdaniem, popełniają amerykańscy i europejscy dziennikarze opisujący konflikt izraelsko-palestyński.
Matti Friedman: – Kiedy pracowałem dla Associated Press (AP) między 2006 a 2011 rokiem, AP zatrudniało czterdziestu dziennikarzy na pełen etat. Wszyscy oni relacjonowali wydarzenia dotyczące ok. 15 milionów Izraelczyków i Palestyńczyków. To było największe zagraniczne biuro AP; mniej reporterów pracowało w biurach w Indiach, Chinach czy Afryce Subsaharyjskiej. AP nie było tutaj wyjątkiem – Izraelczycy i Palestyńczycy są również głównym obszarem zainteresowań Reutersa, BBC i CNN.
Tekst powstał w 2014 roku, ale sytuacja nie zmieniła się zbytnio od tego czasu – choć nie pracuję już dla AP, a dane dotyczące pracowników zagranicznych biur nie są publicznie dostępne, to jednak nie sposób nie zauważyć, że skoncentrowanie dużych międzynarodowych redakcji na Izraelu i Palestynie jest, w skali globalnej, dysproporcjonalne.
Mainstreamowe media zdecydowały dawno temu, że konflikt izraelsko-palestyński jest najważniejszym konfliktem na świecie, co oznacza, że trzeba bez przerwy o nim pisać.
Ale co dziwnego w tym, że media koncentrują się na jednym z zapalnych punktów świata, w dodatku na tak tragicznym konflikcie?
– Nic. Dziwny jest sposób, w którym to robią. Międzynarodowa opinia publiczna jest przekonana, że musi to być jeden z najkrwawszych konfliktów porównywalny z wielkimi wojnami XX wieku, ale prawda jest taka, że zazwyczaj niewiele się tutaj dzieje.
Po 7 października czy podczas wzmożonych izraelskich ofensyw jest oczywiście inaczej, ale patrząc na większość lat konfliktu, jego liczba ofiar jest niższa niż wskaźnik morderstw w wielu amerykańskich miastach.
Każda śmierć niewinnej osoby jest tragedią, ale nie da się ukryć, że Izrael jest pod większą lupą niż inne państwa. Obecność międzynarodowych mediów, obserwatorów czy NGO-sów jest zupełnie niewspółmierna. Pamiętam, że gdy byłem wysłannikiem AP w Gruzji w 2008 roku, gdzie relacjonowałem rosyjską inwazję, zainteresowanie umarło po tygodniu czy dwóch; tutaj jest ono stałe.
Ciąg dalszy tekstu pod zdjęciem
Newsletter Polityczny
Najlepsi dziennikarze śledczy, opinie ekspertów, rzetelne analizy.
Administratorem danych osobowych podanych przy zapisaniu się na newsletter jest Wyborcza sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (00-732), ul. Czerska 8/10. Podane dane osobowe będą przetwarzane przede wszystkim w celu wysyłki zamówionego newslettera, który może zawierać treści marketingowe.Więcej

Jerozolima, protest przeciwko polityce Benjamina Netanjahu. 31.03.2025.Fot. REUTERS/Ronen Zvulun
Jest stałe, ponieważ stały jest konflikt izraelsko-palestyński. Co, twoim zdaniem, dziennikarze pomijają w jego opisie?
– Prawie wszystko. Izrael jest małym krajem, który w swojej historii bardzo rzadko prowadził wojny z Palestyńczykami. Izrael walczył z Jordańczykami, Egipcjanami czy Libańczykami, ale nawet nasz najpoważniejszy wróg dzisiaj to Islamska Republika Iranu, a nie Palestyńczycy.
O konflikcie nigdy nie mówi się w kontekście całego regionu, zazwyczaj przecież używamy pojęcia „konflikt izraelsko-palestyński”. To znamienne dla dobrego dziennikarskiego tematu: powinien mieć dwóch graczy, z których jeden będzie dobry, a drugi zły.
To dlatego inwazja Rosji na Ukrainę jest z perspektywy redaktorów dobrym tematem: dwie strony i wiadomo komu kibicować.
„7 mln Żydów, 300 mln Arabów”. O co i z kim walczy Izrael?
Zachodni dziennikarze uparcie przypominają o 7 października lub dziesiątkach porwanych nadal w niewoli, gdy opisują wojnę w Gazie. Ten kontekst jest w relacjach stale obecny.
– Ale tutaj nie chodzi o to, czy zachodnie media piszą o tragedii 7 października czy zakładnikach – prawdziwym pytaniem jest, czy opisują potrzask, w którym znajduje się Izrael. Czy gdy Izrael zrzuca bombę na szpital, która zabija niewinnych ludzi, to piszą też o terrorystach z Hamasu, którzy przekształcili go w magazyn z bronią? Czy tłumaczą, że według prawa międzynarodowego taki szpital traci swój chroniony status? Czy jedynie potępiają śmierć niewinnych bez nakreślenia alternatywy dla pozbycia się terrorystów? Do tego sprowadzają się moje zastrzeżenia.
Twoim zdaniem zachodni dziennikarze nie opisują konfliktu izraelsko-palestyńskiego z wystarczającą głębią? Pomijają motywacje?
– Tak – Izrael jest w innej sytuacji niż wiele innych państw zaangażowanych w działania wojenne na świecie, ale zachodni dziennikarze opisują go, używając tych samych narzędzi.
Izraelczycy patrzą na swoją sytuację, widząc siebie jako 9 milionów Żydów w regionie zamieszkiwanym przez ponad 300 milionów Arabów, którzy w dużej mierze chcieliby się pozbyć Izraela. Izraelczycy nie czują się silni i władczy – wręcz przeciwnie, patrzymy dookoła i widzimy, jaki los spotyka inne mniejszości etniczne i religijne w tym regionie, które nie mają jak się bronić.
Na Zachodzie nasz konflikt przedstawiany jest w próżni, dlatego zachowanie Izraelczyków nie ma sensu z perspektywy zagranicznego czytelnika. Czego Izraelczycy się boją? Przecież są znacznie silniejsi od Palestyńczyków! Muszą być więc kierowani rasizmem i uprzedzeniami. Ale Izraelczycy podskórnie czują się słabi w regionie, szczególnie że przodkowie większości osób tutaj byli uchodźcami z państw arabskich, więc przynieśli ze sobą historię traumy i upokorzenia.

A może ten konflikt po prostu jest dla dziennikarzy, przepraszam za wyrażenie, interesujący ze względu na swoją burzliwość?
– Praca dziennikarza w Izraelu jest relatywnie łatwa, jeśli porównać ją do innych państw w regionie, co pozwala na generowanie dużej liczby wiadomości. Można pracować tutaj jako korespondent wojenny w państwie o wysokiej jakości życia i z dobrym dostępem do infrastruktury krytycznej; można być chrześcijaninem, kobietą czy osobą LGBT.
To optymistyczna wizja. Palestyńsko-izraelska redakcja +972 Magazine już od ponad roku alarmuje, że nie ma praktycznie ani jednego protestu na Zachodnim Brzegu, na którym nawet izraelscy reporterzy nie byliby represjonowani przez policjantów. O możliwości wjazdu do Strefy Gazy nie wspominam.
– Na Zachodnim Brzegu faktycznie sytuacja jest mniej przewidywalna, ale mój argument dotyczy tego, że Izrael jest w porównaniu z innymi zapalnymi punktami łatwiejszym miejscem pracy dla dziennikarza, a nie, że jest pozbawiony wyzwań. Nieważne, co powiesz o izraelskim rządzie, nigdy nie będzie to gorsze niż to, co izraelscy politycy mówią o sobie na co dzień – nazwanie ich „nazistami” na nikim nie robi to wrażenia, bo sami się tak regularnie wyzywają. Dużo osób mówi po angielsku, wszyscy odbierają telefon i raczej chętnie udzielają wywiadów – słowem, Izrael aż prosi się, żeby o nim pisać.
Jednym z powodów więc, dla którego Izrael ma do czynienia z tak krytycznymi dziennikarzami, jest to, że Izrael jest krajem, w którym łatwo nimi być; czego nie można powiedzieć o reporterach w Bagdadzie, Kairze czy Damaszku.
Drugi powód jest trochę głębszy, być może nawet filozoficzny – ta część świata jest po prostu w zachodnim wyobrażeniu jego centrum. Stare mapy bardzo często przedstawiały Ziemię Świętą, jako ich środek, a tym samym jako źródło cywilizacji. Jerozolima, Betlejem, Nazaret – nieważne, czy mieszkasz w Nowym Jorku, Limie, Teheranie czy Krakowie, te słowa nie są ci obojętne. Ten region rezonuje nawet u ludzi niereligijnych, bo jednak dorastali w przekonaniu, że ten kawałek świata jest po prostu ważny.
Żydzi zajmują też szczególne miejsce w zachodniej wyobraźni i historycznie przedstawiani byli jako wszystko, czemu świat się sprzeciwiał. Jeśli byłeś kapitalistą, to Żydzi byli komunistami. Jeśli byłeś rasistą, to Żydzi byli uniwersalistami, którzy ,,brudzili rasę”. Dzisiaj, jeśli jesteś lewicowcem, albo ważne są dla ciebie prawa człowieka, to Żydzi i ich państwo są ostatecznym zaprzeczeniem twoich wartości. Wiadomości o Izraelu dawno przestały być po prostu wiadomościami i stały się zamiast nich uniwersalnymi historiami z morałem, gdzie Żydzi zawsze działają niemoralnie.
Jak często ludzie na Zachodzie protestują przeciwko Chinom lub Korei Północnej? Ich przypadki, mimo że dużo bardziej bulwersujące, po prostu nie są opisywane w ten sam sposób.
Zachodnia prasa równie często pisze o atakach terrorystycznych czy innych rodzajach przemocy ze strony Palestyńczyków, co o zbrodniach Izraela.
– O samych Palestyńczykach pisze się tak naprawdę mało – problemem, który okazał się wręcz kolosalny po 7 października, było to, że zachodnie media nigdy nie wytłumaczyły swoim czytelnikom, czym tak naprawdę jest Hamas. Zacząłem pracować dla AP mniej więcej w tym czasie, gdy Hamas wygrał palestyńskie wybory. Co ważne, karta założycielska Hamasu przypisuje Żydom odpowiedzialność za wybuch rewolucji francuskiej i obu wojen światowych. Kiedy Hamas wygrał, nie pisaliśmy o jego statucie, bo on w gruncie rzeczy sprawiłby, że Palestyńczycy wyszliby na obłąkanych.
Ostatnio w mediach było też głośno na temat mapy palestyńskiego państwa, które izraelski premier, Ehud Olmert, zaoferował Palestyńczykom w 2008 roku. Obiecane państwo obejmowało prawie cały Zachodni Brzeg, wymianę kilku innych terytoriów i Jerozolimę pod międzynarodowymi auspicjami. Dwóch z moich współpracowników w biurze miało tę mapę, ale redaktor odmówił jej opublikowania. Powiedział, że zaprzeczyłaby ona spójności narracji, którą prezentowaliśmy dotychczas, opartej na rozsądnych, ale ciemiężonych Palestyńczykach.
Rząd Olmerta niedługo po zakończonych fiaskiem negocjacjach upadł, ale to nie zmienia faktu, że AP pominęła kluczowy fakt – przez chwilę piłka była po stronie Palestyńczyków, którzy przegapili swoją okazję.
Ja też byłem winny utajniania informacji, kiedy pisałem o Palestyńczykach, bo obawiałem się reakcji wewnątrz i poza redakcją.
To nie ma sensu, jeśli zadaniem dziennikarstwa jest wytłumaczenie ludziom pewnej historii, ale absolutnie ma sens, jeśli celem jest przekonanie ich do konkretnej postawy.
Ludzie nie rozumieją też, że relacjonowanie z miejsc takich jak Gaza wymaga współpracy z miejscowym reżimem. To nie do uniknięcia – jeśli chcesz pisać o dyktaturze z jej wnętrza, musisz współpracować z władzą, bo inaczej ryzykujesz własnym bezpieczeństwem.
Hamas dotychczas kazał zachodnim dziennikarzom używać liczby ofiar, która pochodziła z ich służb czy nazwy ,,Ministerstwo Zdrowia Gazy” zamiast Hamas. AP nie może też oczywiście publicznie ujawniać konsekwencji, które spotykają dziennikarzy, którzy sprzeciwiają się władzy.
Im dłużej trwa wojna, tym częściej słyszymy o przestępstwach popełnianych przez izraelską armię; ostatnio o ostrzelaniu konwoju medycznego, w którym zginęło 15 osób. Dziennikarze nie mają racji, zarzucając złe intencje izraelskim żołnierzom? W którym momencie uznamy, że wystarczy kredytu zaufania dla IDF-u?
– To pytanie opiera się na założeniu, które jest wszechobecne na Zachodzie – w porównaniu z innymi wojnami, wojna w Gazie jest szczególnie zła.
Powiem wprost – śmierć tych 15 medyków jest tragedią, a decyzja wojska o tym, żeby ją ukryć – moralnie nie do obrony. Oczywiście, że każde szanujące się medium powinno tę sprawę nagłaśniać i opisywać, ale sam fakt, że izraelskie wojsko ostrzelało konwój humanitarny, nic nie mówi nam o naturze samej wojny.
Jak to „nic nie mówi”?
– Jestem w stanie sobie wyobrazić, że gdyby Polska została zaatakowana przez Rosję, tak jak Izrael został zaatakowany 7 Października, to w polskie wojsko w długiej i trudnej wojnie również dopuściłoby się niemoralnych występków na rosyjskich cywilach; tak już po prostu jest na wojnach.
Ta wojna jest dokładnie tak samo brutalna, smutna i niesprawiedliwa jak każda wojna; w ’45 amerykańskie wojska zastrzeliły w Chenogne 40 niemieckich żołnierzy, po tym jak ci się poddali. Czy to zbrodnia? Oczywiście. Czy to oznacza, że Stany Zjednoczone nie miały racji, przystępując do Drugiej Wojny Światowej? Oczywiście, że nie. Jedyna różnica jest taka, że obecnie technologia pozwala nam na oglądanie na żywo destrukcji i śmierci, która niesie za sobą tragiczna, acz ostatecznie typowa wojna.
Ciąg dalszy tekstu pod zdjęciem

Mieszkańcy Strefy Gazy obserwują wymianę ciał zakładników izraelskich na więźniów palestyńskich. 20.02.2025.Fot. REUTERS/Ramadan Abed
„Izrael nie radzi sobie z wojną konwencjonalną”. Dziennikarz ocenia wojnę z Hamasem
Kwestionujesz wyliczenia Hamasu dotyczących strat wśród cywilów? Co z danymi UNICEF-u i innych międzynarodowych organizacji? Co najmniej 50 tysięcy ofiar zginęło od początku wojny.
– Szczery dziennikarz musi przyznać, że podanie dokładnej liczby ofiar jest niemożliwe, bo dane Hamasu, jak i izraelskiego wojska są niewiarygodne – obie są przecież stronami konfliktu i obie nie pozwalają na niezależną weryfikację ich tez.
Nawet organizacje międzynarodowe, od ONZ-u po Human Rights Watch, opierają teraz swoje liczby na danych Hamasu, w którego interesie leży zawyżenie faktycznej liczby ofiar, żeby wymusić sankcję i presję na Izrael.
Ciągle mówisz o odpowiedzialności, która spoczywa na dziennikarzach. A jakie rady masz dla samych czytelników, jeśli chodzi o czytanie wiadomości z Bliskiego Wschodu? Na jakie pułapki zwróciłbyś uwagę?
– Ważne, żeby zadać sobie pytanie, jakim mediom ufam i dlaczego akurat im. To i tak dużo, bo większość osób ślepo podchodzi do źródła informacji, które konsumuje.
Ważne jest dla mnie to, żeby reporter, którego artykuły czytam, mówił w języku kraju, który jest stroną konfliktu. Tym sposobem zazwyczaj pozbywam się tony pseudo-dziennikarzy, którzy piszą o danym miejscu z nieczystych pobudek.
Newsy same w sobie niewiele znaczą, jeśli nie rozumie się ich w szerszym kontekście, dlatego sam zawsze wybieram książkę nad felieton czy artykuł. Niestety, niemożliwe jest znalezienie jednego medium, któremu możemy bezgranicznie zaufać, choć bardziej wykonalne jest dojście do kilku głosów – pisarzy, ekspertów, dziennikarzy – na których możemy polegać.
Na kim konkretnie ty polegasz?
– Jeśli chodzi o anglojęzyczną prasę, to najlepsze artykuły znaleźć można pewnie w The Atlantic i w The Free Press, dla której sam teraz regularnie piszę. Bardzo chciałbym ci powiedzieć, że jest jedno medium, któremu można bezkrytycznie zaufać, tak, jak 15 lat temu ufaliśmy „The New York Times”, ale prawda jest taka, że nie ma jednego miejsca. Prasa jest dzisiaj dużo bardziej rozdrobniona i płynna; wartościowych artykułów szukać trzeba w różnych gazetach i od różnych autorów. Waszym czytelnikom poleciłbym jednak fantastyczne książki historyczne Toma Segeva, który pisał o tej części świata z izraelskiej perspektywy), jak i Rajy Shehadeha, który robił to z punktu widzenia Palestyńczyków.
Chciałbym poświęcić teraz chwilę nie prasie, a izraelskiej polityce. Jaki był największy sukces z perspektywy Izraela w wojnie w Gazie? Jaka była największa porażka?
– Najpoważniejsze sukcesy Izraela przez ostatnie półtora roku miały miejsce nie w Gazie, a poza nią. Izrael jest świetny, jeśli chodzi o technologicznie zaawansowane operacje, co widzieliśmy przy wybuchu pagerów w Libanie czy ataku lotniczym Mosadu w Iranie.
Izrael nie radzi sobie natomiast z wojną konwencjonalną, szczególnie naprzeciwko organizacji terrorystycznej, która broni się żywymi tarczami.
Ciąg dalszy tekstu pod zdjęciem

RELIGION-PASSOVER/ISRAELOrtodoksyjny mieszkaniec Jerozolimy wyparza naczynia przed świętem Paschy. 9.04.2025.
Stop. Używasz argumentu żywych tarcz wobec Izraela, a nawet izraelskie media donoszą, że ta praktyka staje się coraz powszechniejsza również w izraelskim wojsku.
– To prawda: Izraelczycy używali podczas wojny w Gazie zatrzymanych Palestyńczyków do otwarcia potencjalnie zaminowanych budynków, co jest oczywiście haniebne i nielegalne; z tego co wiem, wszystkie incydenty, które wyszły na jaw, są obecnie przedmiotem wewnętrznego śledztwa.
Ale dla Hamasu wykorzystywanie Palestyńczyków jako ludzkich tarcz jest fundamentalną strategią prowadzenia wojny, a nie okazjonalną taktyką żołnierzy. Izraelczycy w Gazie stają przed dylematem każdego dnia – czy mężczyzna, który idzie nocą ulicą, trzymając jakiś przedmiot pod kurtką, niesie jedzenie dla swojej rodziny czy pistolet? Czy go zatrzymać? Czy się do niego zbliżyć? Jako były żołnierz piechoty muszę powiedzieć, że w takich sytuacjach nie istnieją łatwe czy dobre decyzje, choć to i tak palestyńscy cywile padają ofiarami jakiegokolwiek wyboru.
Matti Friedman: „Izrael broni nie tylko swoich obywateli”
Wróćmy do twojej oceny wojny w Gazie.
– Ciężko na nią spojrzeć i powiedzieć, że Izrael osiągnął sukces, szczególnie biorąc pod uwagę straty wśród cywili, nadal operujący Hamas czy przetrzymywanych zakładników.
Być może najpoważniejszą porażką, którą ponieśliśmy oprócz skutków samego ataku 7 października, była nieudolność Izraela w opowiedzeniu światu historii, która wyjaśnia, dlaczego nasze wojska weszły do Gazy. Taką historię da się opowiedzieć i ona jest dosyć prosta: 7 października Izrael został zaatakowany w brutalny i obrzydliwy sposób, więc musiał pozbyć się zagrożenia. Hamas, owe zagrożenie, ukrywa się wśród mieszkańców Gazy i zbudował całą infrastrukturę tak, żeby jakikolwiek izraelski atak przyniósł jak najwięcej ofiar.
Walcząc w Gazie, Izrael broni jednak nie tylko swoich obywateli, ale też całego świata zachodniego, który stoi przed zagrożeniem radykalnego islamu, którego skutki widzimy nie tylko w Syrii czy Libii, ale też w Europie.
Musimy też zrozumieć, że polityczny język Bliskiego Wschodu różni się od tego na Zachodzie – w tym regionie trzeba mówić pewnie i z werwą, żeby zapewnić wroga, że każda jego zła decyzja będzie oznaczać twoją zdecydowaną odpowiedź. Na Zachodzie trzeba mówić miękko i życzliwie, podkreślając wagę praw człowieka. Izrael ma teraz najgorszy rząd w swojej historii, który zupełnie nie potrafi rozróżnić obu języków i przez ostatnie półtorej roku mówił do państw Zachodu językiem, który powinien być skierowany tylko do Hamasu.
Hamas chyba też wychodzi z tego samego założenia, bo dalej grozi Izraelowi. Czy z perspektywy Hamasu 7 października był sukcesem?
– To dobre pytanie, ale nie znam na nie odpowiedzi. Przed 7 października byłem dużo bardziej gotowy, aby postawić się na miejscu Hamasu i starać zrozumieć się ich motywacje, ale tamten dzień pokazał mi, że tak naprawdę nic o nich nie wiemy, bo przecież nikt nie przewidział nadchodzącej masakry.
Gdybyśmy mieli spojrzeć na to, co stało się z Gazą z zachodniej perspektywy, to musi to być straszna porażka – stracili prawie wszystkich swoich żołnierzy, a Gaza jest w ruinie. Ale przecież to nie było trudne do przewidzenia, więc jeśli by ich to jakkolwiek obchodziło, to nie doszłoby do ataku.
Wydaje mi się, że nasza perspektywa jest bardzo krótkoterminowa – interesują nas kolejny cykl wyborczy, najbliższe kilka lat lub nasze życie.
Hamas i inne fundamentalistyczne organizacje widzą świat w dużo dłuższej perspektywie – postrzegają siebie jako część wielowiekowej ciągłości i długiej opowieści o starciu dobra i zła; ci z nas, którzy znają religijne osoby, wiedzą, że myślą one pod względem nie tylko ich życia tu i teraz, ale też życia pozagrobowego.
Kiedy moja rodzina przeprowadziła się do Izraela w 1995 roku, byłem przekonany, że rozwiązanie konfliktu nadejdzie następnego dnia. Tak zostałem wychowany, żeby myśleć, że ludzie chcą rozsądnych i namacalnych rzeczy. Dopiero z czasem zrozumiałem, że na Bliskim Wschodzie ludzie często mają inne, mniej uchwytne cele i wartości.
Krytyki wobec Izraela w zachodniej prasie nie brakuje i wytłumaczyłeś już swoje stanowisko względem dużej jego części, ale zastanawiam się, z którym z argumentów przeciwko Izraelowi byś się zgodził? Nie jest przecież tak, że wszystko, o czym piszą zachodnie gazety, to brednie.
– Poważną porażką polityczną, jak i moralną była i nadal jest budowa żydowskich osiedli cywilnych na Zachodnim Brzegu.
Osiedla są dużą przeszkodą na drodze do znalezienia rozwiązania, które satysfakcjonowałoby Izraelczyków i Palestyńczyków, a dodatkowo wywołują też starcia między oboma narodami i wzmacniają nierówności.
Osiedla rodzą też skrajnych i niebezpiecznych ludzi, jak obecny członek rządu, Itamar Ben Gwir [skrajnie prawicowy izraelski polityk związany z rasistowskimi i antyarabskimi grupami – red.], który w każdym normalnym kraju nie powinien mieć powierzonej żadnej władzy. Problematycznym i niesprawiedliwym jest również to, że obowiązek służby wojskowej nie jest równy wobec wszystkich obywateli. Osiemnastolatkowie ze społeczności ultraortodoksyjnej są z niej zwolnieni.
Mógłbym mówić o tym, co jest w Izrael nie fair jeszcze długo, bo materiału jest dużo, ale moim podstawowym przesłaniem jest, żeby pisać o Izraelu, tak jak pisze się o każdym innym miejscu na świecie.
Z jednej strony Izrael jest jak każde inne miejsce na świecie, a nawet jego początki wzięły się przecież z prostego marzenia Żydów, aby byli traktowani, jak inne narody. Z drugiej – Izrael i jego obywatele są bardzo specyficzni. Poczynając od wysokiego wskaźnika urodzeń, a na niezwykle silnej społecznej solidarności kończąc, Izrael ma unikalne cechy i tylko przyjrzenie się im pozwala na zmierzenie się z jego historią, kulturą i polityką.
A nie boisz się, że kurczowe trzymanie się narracji dotyczącej „unikalnych cech” Izraela prowadzi do uzasadniania wszystkich jego działań? Co Izrael musiałby zrobić, żebyś przestał używać tego argumentu?
– Jeśli Hamas się podda, a zakładnicy wrócą do swoich domów, nie widzę żadnego powodu, żeby kontynuować wojnę w Gazie. Nie proszę nikogo o specjalne traktowanie Izraela – wręcz przeciwnie, mój apel zawiera się w tym, żeby oczekiwać od Izraela tego, czego oczekujemy od każdego innego kraju. Żeby traktować go jak prawdziwe państwo z prawdziwymi obywatelami i prawdziwym zagrożeniem, a nie abstrakcyjną postać z bajki z morałem.
„Nie macie pojęcia, o co walczy Izrael”.

Matti FriedmanArch. prywatne
Matti Friedman – kanadyjsko-izraelski dziennikarz, autor nagradzanych książek o Izraelu, były pracownik biura Associated Press w Izraelu i felietonista „The New York Times”. Obecnie regularnie pisze dla „The Free Press” i „The Tablet Magazine”.
red. Michał Olszewski
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized



Mowa trawa. Pan Friedman pisze dość ogólnie. Ale ma lewicowe odchylenia i bardzo ostrożnie pisze o swoich kolegach po fachu.
Pisze na przykład:
“Ta wojna jest dokładnie tak samo brutalna, smutna i niesprawiedliwa jak każda wojna;”
Moim zdaniem większość środków masoego przekazu są wrogiem Izraela No2.
Oto co piszeThe Times of Izrael:
Gdzieś na obrzeżach Londynu powstaje startup oparty na sztucznej inteligencji, którego celem jest wykrywanie stronniczości wobec Izraela w publicznych mediach na całym świecie. Dlaczego media publiczne? Ponieważ są zobowiązane przez prawo do dostarczania zrównoważonych i uczciwych informacji podatnikom, którzy je finansują. Haran Shani-Narkiss, badacz mózgu na UCL, zwrócił na siebie uwagę około sześciu miesięcy temu, publikując kompleksowy raport dotyczący zniekształconego relacjonowania wojny Izraela z Hamasem w audycjach BBC, a zwłaszcza w BBC Arabic. Ale dramatyczny raport, który ukazał się w Daily Mail, The Telegraph, New York Post, Fox News i innych, był tylko pierwszym ujęciem. Haran, zacznijmy od początku: opowiedz mi o grupie, którą założyłeś. Wszystko zaczęło się od rozmowy z przyjacielem, który jest również badaczem mózgu, tak jak ja, tuż po 7 października. Zastanawialiśmy się, czy moglibyśmy zbadać relacje BBC za pomocą prawdziwych badań. To największa agencja medialna na świecie – miliard odwiedzin stron internetowych miesięcznie – ale jest również prawnie zobowiązana na mocy królewskiej karty do bycia bezstronną. Dla nas jest oczywiste, że BBC jest bardzo stronnicza w stosunku do Izraela, ale zwolennicy Palestyny twierdzą, że BBC jest w rzeczywistości stronnicza w stosunku do nich.
Cóż, narracja propalestyńska definiuje uczciwość jako relację, która jest w 100% przeciwko Izraelowi. Myślę, że jest w tym coś więcej. Żyjemy w erze postprawdy. W tych ramach ludzie mówią, że BBC jest pro-izraelska, ponieważ mogą twierdzić wszystko. Więc dlaczego nie? BBC nigdy nie było nazywane pro-izraelskim – to twierdzenie jest nowe. Ale jako badacze naszym celem jest odkrycie prawdy. Dlatego powołaliśmy zespół badawczy, aby sprawdzić, czy BBC wypełnia swoje zobowiązanie do relacjonowania wojny w sposób bezstronny. To złożony problem – musieliśmy dowiedzieć się, jak określić ilościowo stronniczość i z czym ją porównać. Więc zebraliśmy naukowców i zaczęliśmy szkicować plan.
”Problematycznym i niesprawiedliwym jest również to, że obowiązek służby wojskowej nie jest równy wobec wszystkich obywateli. Osiemnastolatkowie ze społeczności ultraortodoksyjnej są z niej zwolnieni.”
Coś w tym jest.
Ale jest chyba jeszcze jedna grupa ehmm… _obywateli_, która też jest zwolniona z obowiązku służby wojskowej, ale pełnymi garściami czerpie z dobrobytu, socjalu, służby zdrowia, z wykształcenia i z tego wszystkiego, co taki ehmm… _obywatel_ może wydoić i wycyckać?
Żeby na mnie nikt nie nawrzeszczał, że jestem rasista, to nie napiszę, jaka to grupa.
Dobrze do tej urrwał grupy należeć, bo reszta współobywateli ma trzy lata w plecy, idzie na studia wtedy, kiedy ci urrwał uprzywilejowani rasowo już się łapią na BSc.
O tym jakoś się nie pisze.
”Osiedla są dużą przeszkodą na drodze do znalezienia rozwiązania, które satysfakcjonowałoby Izraelczyków i Palestyńczyków, a dodatkowo wywołują też starcia między oboma narodami i wzmacniają nierówności.
Osiedla rodzą też skrajnych i niebezpiecznych ludzi, jak obecny członek rządu, Itamar Ben Gwir [skrajnie prawicowy izraelski polityk związany z rasistowskimi i antyarabskimi grupami – red.], który w każdym normalnym kraju nie powinien mieć powierzonej żadnej władzy.”
Dziwna sprawa, bo przed Wojną Sześciodniową nie było żadnych ”osiedli”, a Arabowie I tak szykowali się do zbrojnej likwidacji Izraela. A niebezpieczny to jest raczej facio, który raz za razem strzela do własnej bramki.