zettingerjpg

Kuzyn Piotra Szczepanika cz.2

Piotr Zettinger

 

Bo tych słów ”jesteś Żydem”, nawet jeśli stał za nimi znak zapytania, nie potrafiłem odebrać inaczej niż jako akt agresji i atak na podstawowe zasady mojego życia. Już jako czteroletni uciekinier z getta rozumiałem, iż mogę się uratować tylko pod warunkiem, że Żydem nie będę i nikt mnie o to nie posądzi. Przeżyłem, bo miałem niezwykłe szczęście i znalazłem się wsród wybrańców losu, tych, którym udało się świat oszukać i uniknąć zdemaskowania. To był warunek konieczny, wyjątków nie znałem. Z żydowskim pochodzeniem łączyły się w moim przekonaniu tylko cierpienia, nędza, tułaczka i strach. Już samo słowo ”Żyd” było tak niebezpieczne i tak bardzo nasycone wielkimi groźbami, że jeszcze w wiele lat po wojnie w mojej rodzinie starannie go unikano, odruchowo zastępując je niewinnie brzmiącym określeniem ”taki”. Kryły się za tym, dobrze to rozumiałem, głęboko zakorzenione i uzasadnione obawy o nasze bezpieczeństwo, lecz także troska, by nie narazić innych, ”takiego” pana Józefa lub ”taką” panią Sabinę, na ryzyko surowej kary lub działanie złych uroków. Nic w moim dzieciństwie nie przemawiało za tym, że bycie ”takim” wiąże się z czymś przyjemnym lub choćby w najmniejszym stopniu pozytywnym, mogącym dać radość albo przynieść jakieś korzyści. Koniec wojny zastał mnie w przyklasztornym sierocińcu, gdzie pełen miłości do opiekuńczych sióstr zakonnych i zachwytu dla kościelnych ceremonii, marzyłem o tym, by w przyszłości, kiedy będę duży, zostać księdzem. Nikt w naszym powojennym rodzinnym domu tych moich religijnych fascynacji nie zwalczał, ale też nikt ich i nie popierał, zabrakło im więc pożywki i szybko się ulotniły. Nie zastąpiły ich żadne inne, równie silne i podniosłe duchowe doznania. Nawet moi dziadkowie, przed wojną na pewno jeśli nie religijni, to w każdym razie podtrzymujący wiele żydowskich obyczajów, do swoich tradycji nie powrócili. Stracili wiarę w dobrego, wszechmogącego Boga i jeszcze nie tak starzy, lecz nieszczęśliwi, złamani fizycznie i duchowo, dożywali swoich dni rozpamiętując wojenne cierpienia, utratę bliskich i swoje teraźniejsze życie na zgliszczach, w skrajnej biedzie i bezsilności.  

Nie rosłem zatem w blasku i cieple szabasowych świec. Nikt ich dla mnie nie zapalił i później, kiedy zacząłem żyć normalnym życiem, jak Grześ i Mirek z sąsiedztwa. Widmo gróźb najwyższych, śmiertelnych, powoli zanikało, rozmowy dorosłych coraz rzadziej dotyczyły niedalekiej, strasznej przeszłości, wszyscy zajęci byli ciężkimi zmaganiami z trudną i biedną codziennością. Powoli dojrzewała we mnie potrzeba zajęcia nowego stanowiska w stosunku do mojego pochodzenia, stanowiska innego niż w czasach wojny, skoro nikt nie zamierzał już teraz ani mnie, ani moich najbliższych zabijać. Początkowo intuicyjnie, potem jako rezultat pewnych przemyśleń wypracowałem sobie pogląd taki: ukrywać, że jestem Żydem nie mogę i nie chcę, nie ma jednak powodu, by przed całym światem się z tym afiszować, bo to jednak niebezpieczne i nic dobrego z sobą nie niesie, najlepiej więc po prostu uznać, że to nie ma znaczenia i nie odgrywa większej roli niż, powiedzmy, moja niezbyt imponująca postura lub brak zdolności rysunkowych. Była to postawa na pewno nie bardzo bohaterska, lecz racjonalna, pozwalała na honorowe wyjście z ukrycia, a jednocześnie stwarzała możliwość skutecznej obrony przed nieprzyjaznymi atakami. Ataki te nigdy nie były skierowane bezpośrednio przeciwko mnie, bo wyraźnie nie budziłem podejrzeń, w nocnym pociągu lub w kolejce do sklepu z mięsem zdarzało mi się jednak niekiedy słyszeć wywody o tym, jak to Żydzi – taki Truman czy Adenauer, wszyscy ci księża patrioci, nie mówiąc już o przysłanych do nas z Rosji agentach, teraz ministrach czy generałach – rządzili  Polską i całym światem,  bez przerwy też spiskowali, by swoje panowanie umocnić. Nie znałem nikogo, o kim można by powiedzieć, że rządzi, nawet pan Adam, przedwojenny przyjaciel mojego ojca, komunista z więzienną przeszłością, a teraz wyższy urzędnik administracji państwowej, nie pasował do takiej roli, był skromny, nieśmiały i przychodził do nas zawsze w tym samym, coraz bardziej wytartym, szarym garniturze i w tych samych, coraz bardziej znoszonych, brązowych butach. Przycupnięty za ochronnym murem, w szańcu obwarowanym zasadą nikłej ważności etnicznych rodowodów uważałem, że choć poglądy pomawiające mnie, moją mamę lub ciotkę Felę o żądzę władzy są oburzające, mogę je lekceważyć i nie muszę się ich bać. Były to przecież poglądy absurdalnie niedorzeczne, sprzeczne nie tylko z moim własnym doświadczeniem, lecz z normalnym, zdrowym rozsądkiem i elementarnym poczuciem rzeczywistości. Traktowałem je jako wyraz ciężkiej umysłowej aberacji lub przejaw ostatnich, desperackich podrygów zastygłego w dawnych przesądach ciemnogrodu, świata starego i wyrokiem historii skazanego na nieuchronną, rychłą zagładę. Głęboko przekonany o słuszności idei równouprawnienia i braterstwa ludów nie zastanawiałem się nad tym, czy ktoś jest ”taki” czy inny, nigdy wręcz sobie takiego pytania nie zadawałem, po prostu mnie to nie interesowało. Nie byłem, jak mogłem sądzić, w moich poglądach odosobniony, bo wśród bliższych kolegów i przyjaciół, w całym środowisku, w którym się obracałem, mój ”problem żydowski” wydawał się nie istnieć, nigdy się w każdym razie o nim nie mówiło, tak jak nie mówiło się o tym, że Staszek pochodzi ze społecznych nizin, z Targówka, że ojciec Sergiusza jest Ukraińcem, Marylka ma krzywe nogi, a Waldek zeza. Były to mankamenty niezawinione, nader delikatnej natury, wstydliwe. I nie takie ważne, bo dobieraliśmy się przecież w oparciu o zupełnie inne kryteria.

   W takim przynajmniej przekonaniu żyłem przez ostatnie dziesięciolecie.

   Nie wiem, jak długo tak stałem, zdrętwiały, milczący, zatopiony w ponurych myślach. Agnieszka wyrwała mnie z nich wyraźnie zaskoczona moją reakcją, dla niej, niedotkniętej wstydliwymi mankamentami, zapewne dziwaczną i niezrozumiałą. Speszona i zaniepokojona wzięła mnie czule pod rękę i tłumaczyła mi pospiesznie:

   – Spytałam cię, czy jesteś Żydem, bo Jurek, pamiętasz go może ze schroniska, taki wysoki, barczysty blondyn w granatowym swetrze, wczoraj w kawiarni tak o tobie powiedział, kiedy cię zobaczył. Twierdził, że się na tym zna, że jest w tych sprawach specjalistą, coś bredził o uszach i nosie, wyrażał się o tobie z pogardą, źle. Byłam oburzona, zwymyślałam go, a kiedy wróciłeś, podeszłam do ciebie…

   – Więc umówiłaś się ze mną, bo chciałaś sprawdzić, czy ten barczysty łobuz ma rację? – przerwałem Agnieszce, nadal rozczarowany i wściekły, choć zrozumiałem, że jej pytanie rzeczywiście nie miało chyba wrogiego charakteru i było mniej zatrute niż mi się początkowo wydawało.

   – Niemądry jesteś – roześmiała się Agnieszka. – Tak, umówiłam się z tobą, bo chciałam temu idiocie utrzeć nosa. Ale też z ciekawości, nigdy się z żydowskim chłopakiem dotąd nie umawiałam. Że jesteś Żydem, tylko mnie cieszy, mam powyżej uszu Jurka i tych wszystkich słowiańskich bohaterów. Nie powinieneś się oburzać i protestować. Dziewczyna się z tobą umawia, bo jesteś, jaki jesteś. W końcu gdybyś był potomkiem indyjskich maharadżów, kuzynem Piotra Szczepanika lub synem księcia Walii z nieprawego łoża, to też podnosiłoby twoją wartość w oczach wielu dziewczyn i nie miałbyś chyba nic przeciwko temu.

   Rozumowanie Agnieszki przemawiało niewątpliwie na moją korzyść, nie mogłem mu przy tym odmówić pewnej logiki. Rozbrojony, poddałem się szybko, dobrowolnie i bez walki, uznałem też, że nie ma sensu wyjaśniać Agnieszce powodów mojego zachowania, opowiadać jej o historii cierpień polskich Żydów, o losach mojej rodziny i moich skomplikowanych, żydowskich kompleksach, w każdym razie nie teraz, w czasie naszego spaceru w Alejach. Nasza kontrowersja nie oddaliła nas od siebie, przeciwnie, raczej zbliżyła, bo oboje zrozumieliśmy, że coś autentycznego i trudnego razem przeżyliśmy. Burzliwy temat szybko zresztą porzuciliśmy, znaleźliśmy inne, ciekawsze i weselsze. Pożegnaliśmy się dopiero późnym wieczorem. Spotkaliśmy się ponownie po kilku dniach i już wkrótce zaczęliśmy, jak to się wtedy nazywało, z sobą chodzić.

   Nasz związek nie trwał długo, zbyt wiele nas od siebie różniło. Ja nie spełniałem wymagań, jakie Agnieszka stawiała przed egzotycznym, niesłowiańskim bohaterem, ona zaś raziła mnie swoim bohemicznym, beztroskim trybem życia i cynicznym podejściem do spraw tego świata. Rozstaliśmy się po paru miesiącach, skłóceni, pełni wzajemnych żalów i pretensji.

   Nigdy już później Agnieszki nie spotkałem, lecz wspominałem ją często, nie bez poczucia pewnej dumy, a zawsze z wdzięcznością. Była niezwykłą dziewczyną i spełniła w moim życiu niebagatelną rolę, gdyż los postawił ją na mojej drodze w czasach, kiedy w swoje siły nie wierzyłem, czułem się samotny i ze światem niepogodzony. A wspominając Agnieszkę nie umiałem nigdy odpędzić od siebie myśli, że chociaż rodowód przyniósł mi tak wielkie korzyści, byłoby dla mnie chyba lepiej, gdybym urodził się jako nieprawy syn księcia Walii lub kuzyn Piotra Szczepanika.

Cz. 1 i inne wpisy Piotra na blogu

KLIKNIJ TUTAJ

Jedna odpowiedź to “Kuzyn Piotra Szczepanika cz.2”

  1. Swietne

    Liked by 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: