Uncategorized

Kulmowie (11)


Jakub Kopec

Nobliści grasują w Warszawie 

     Gdyby nawet Jan Kulma nie poświęcił ani minuty na nauczanie początkującego reportera rudymentów prawdziwej sztuki, i tak już po pierwszej wizycie w Strumianach musiałem stać się kimś innym, niż byłem jeszcze przed chwilą, bo nie można wstąpić do Parnasu  i pozostać nieczułym na jego uroki. Wstąpiłem do Parnasu, a nie na Parnas, bo nigdy ani przez moment nie miałem wątpliwości, że to czym się zajmuję jako reporter, jest prozą życia, a nie prozą artystyczną.

    Kogóż ja nie spotkałem w strumiańskim Parnasie! Był tam sławny malarz Jerzy Duda Gracz, wybitna scenografka Zofia Wierchowicz, wspaniały kompozytor Jerzy Maksymiuk,  prezes kompozytorów Zbigniew Turski i dyrygent  orkiestr kameralnych Jerzy Dobrzański, filmowiec Adam Wajda i artysta estradowy tudzież artysta plastyk Jacek Fedorowicz. Poeci i prozaicy wyzierali w Strumianach z każdego kąta, więc nie będę ich wymieniał po imieniu. Duchem obecny był katolicki filozof Stefan Świeżawski, ciałem natomiast i potęgą myśli objawił się profesor Adam Schaff, teoretyk marksizmu-leninizmu.

   W kraju ogarniętym epidemią COVID19, w szczytowym momencie zagrożenia utratą władzy przez ludzi Dobrej Zmiany,   nawet w najdalszych zakątkach Polski  samorzutnie pojawiły się napisy: „Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Zatwardziali moherowcy odczytywali te słowa  jako obietnicę zapanowania nad szalejącym koronawirusem, natomiast przeciwnicy autorytarnej władzy  znajdowali w nich przepowiednię upadku rządów Zjednoczonej Prawicy i zapowiedź wielkiej , prodemokratycznej zmiany w Rzeczypospolitej, zmiany tak doniosłej, jak ta , którą przyniosły umowy Okrągłego Stołu i wygrane przez „Solidarność” wybory czerwcowe 1989 roku. Zachłyśnięci i upojeni odzyskaną wolnością państwową, ludzie nie zwracali wówczas uwagi na niedogodności dnia codziennego. Literaci i plastycy, a także wszyscy inni artyści, tak bardzo napawali się wolnością słowa i likwidacją cenzury prewencyjnej, że nie przejmowała ich utrata faktycznych przywilejów i uszczuplenie  stanu posiadania. 

    Satyrycy i karykaturzyści stracili przepiękny pałacyk przy Placu Trzech Krzyży, ozdobiony od frontu ośmioma kolumnami doryckimi, w którym mieściła się redakcja „Szpilek”, dziennikarzom odebrano ich odwieczną siedzibę w Pałacyku Burbona przy ulicy Foksal, literaci utracili już sławną „Kawiarnię Literacką” na parterze  i piękną piwnicę w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wydawano tanie obiadki dla wyrobników pióra. I byliby literaci stracili, być może, także resztę swojej nieruchomości w najpiękniejszym punkcie Warszawy, z widokiem na Zamek Królewski i kościół św. Anny, gdyby pierwszą prezeską nowo utworzonego Oddziału Warszawskiego przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich w 1996 roku nie została obrana sławna „autorka książeczek  dla dzieci”, Joanna Kulmowa ze Strumian. Bo skoro warszawską prezesurę sprawuje Joanna Kumowa, oznacza to , że faktyczne rządy w Domu Literatury sprawuje Jan Kulma, człowiek surowych zasad, wybitny reżyser teatrów operowych, muzyk i filozof, którego dziełem życia było rozprawa filozoficzna pt. „Poszukiwanie prawdziwej etyki metodą suplementarną”. W pół słowa w Stowarzyszeniu zatrzymały się wszelkie drobne i grube szwindelki prominentnych ludzi pióra, na pustym dotychczas koncie zaczęły gromadzić się środki finansowe. 

   W gabinecie prezesa OW SPP telefony do Joanny Kulmowej za pośrednictwem sekretarki odbierał osobiście Jan Kulma i to on decydował, czy słuchawkę należy przekazać dalej. W dziesięć lat później Jan tak podda cyfryzacji swoją domową telefonię, że niezależnie od tego, czy dzwoniło się do Joanny na numer stacjonarny, czy też na jej numer  mobilny, to i tak w słuchawce odzywał się głos Jana…

    Za inwestytury Kulmów sprawy finansowe Oddziału Warszawskiego miały się tak dobrze, że aż postanowiono możliwie tanim kosztem zorganizować Warszawskie Dni Literatury z udziałem obojga naszych noblistów, Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza. Janek zawezwał mnie do siedziby SPP przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie prezes Joanna Kulmowa siedziała w głębokim i wygodnym fotelu przy ścianie, Kulma zaś zajmował centralne miejsce przy ogromnym biurku pamiętającym czasy Księstwa Warszawskiego.  Nie pamiętam, czy Joanna odezwała się choćby jednym słowem.  Mówił Jan i to on przedstawił propozycję nie do odrzucenia dla  mojej jednoosobowej Agencji Dziennikarskiej.

    Propozycję kategorycznie odrzuciłem, bo mając świadomość swoich niedostatków, nie miałem odwagi podjąć się tak wielkiego przedsięwzięcia. Istniał jednak także sekretny powód  odmowy zorganizowania tak przepięknej imprezy.  Dziesięć lat wcześniej byłem adwokatem, a może raczej prokurentem Jana Kulmy, w wytoczonej przez niego przed sądem koleżeńskim ZAiKS sprawie przeciwko Stefanowi Sutkowskiemu, dyrektorowi Warszawskiej Opery Kameralnej. Chodziło o należne tantiemy za wystawienie w Szwajcarii opery w jego reżyserii. W pustej salce konferencyjnej Pałacyku Załuskich na niewielkiej scenie  obradował Wysoki Sąd Koleżeński, na widowni zaś siedzieliśmy w osamotnieniu ja, prokurent pozywającego, i znakomity maestro  Jerzy Maksymiuk, przywołany na świadka w sprawie.  

  Uwielbiany przez publiczność dyrygent i kompozytor migał się przed sądem, kluczył, wymachiwał rękami i stroił nieprzystojne miny, słowem – udawał wariata i robił wszystko, żeby nie powiedzieć nic. Chroniące własność intelektualną międzynarodowe prawo autorskie było po stronie Kulmy, bo jeśli za wystawienie opery  nad brzegiem Lemanu wypłacono jakieś honoraria, to Kulmie za pośrednictwem ZAiKS należały się  skromne choćby tantiemy. Ale po stronie dyrektora Stefana Sutkowskiego był zdrowy ekonomiczny rozsądek. Warszawska Opera Kameralna  w pełnym składzie osobowym gościła nad Lemanem na prywatne jak gdyby zaproszenie strony szwajcarskiej. Honoraria ratowały budżety domowe artystów na pół roku co najmniej, ponieważ muzycy, aktorzy, garderobiani i charakteryzatorzy otrzymali pieniądze do ręki,  nawet bez pokwitowania, żeby uniknąć obowiązującej w PRL ustawy dewizowo- skarbowej i bandyckiego przelicznika oficjalnego. Za każdego oficjalnie zarobionego nad Lemanem dolara śpiewak, kompozytor czy reżyser otrzymywał w kraju wypłatę w wysokości czterech złotych, gdy na czarnym rynku dolar kosztował sto. Dyrektor  Sutkowski popełnił przestępstwo urzędnicze, żeby nakarmić swoich artystów. Zapłatę otrzymali ludzie za fizycznie wykonaną nad Lemanem artystyczną robotę,  należność z tytułu „własności intelektualnej” w sposób naturalny wypadła z rachunku…

   Pod względem formalno-prawnym rację miał Kulma, ale Sąd Koleżeński ZAiKS w swej nieskończonej mądrości sprawę po cichutku utrupił, bo Sutkowski zrobił tylko to, co robili dosłownie wszyscy szefowie zespołów artystycznych. Kiedy Andrzej Trzaskowski, tatuś naszego nieskazitelnego prezydenta Stolicy, z orkiestrą jazzową Telewizji Polskiej udał się do Berlina Zachodniego na gościnne występy w miejscowej telewizji, mój serdeczny przyjaciel saksofonista tenorowy Zbigniew Jaremko, który dyrygował  polskim  big-bandem wykonującym jego kompozycję, otrzymał do ręki dwa tysiące dolarów honorarium, za co w Warszawie po wymianie czarnorynkowej kupił sobie śliczny pięcioletni  samochodzik sportowy „fiat -850”.  

    Ukryty z małżonką Joanną w Puszczy Goleniowskiej, Jan Kulma mógł więcej czasu i uwagi poświęcić swojemu dziełu życia, traktatowi filozoficznemu  pt. „Poszukiwanie prawdziwej etyki metodą suplementarną”, przegapił natomiast możliwość uczestniczenia w drobnych przekrętach szarej strefy gospodarczej PRL. Niestety, tę drobną słabostkę spiżowego moralisty ze Strumian uświadomiłem sobie za późno, bo dopiero w chwili, gdy Kulma wytoczył mi, jako wydawcy, proces o wypłacenie należnych honorariów za edycję książki jego autorstwa pt. „Dykteryjki przedśmiertne” (Wyd. JJK, Warszawa 2014).

   Kiedy odrzucałem propozycję zorganizowania Warszawskich dni Literatury z udziałem Szymborskiej i Miłosza, nadal bezgranicznie kochałem Janka i gotów byłem oddać zań coś więcej niż życie, bo gotowy byłem pójść do więzienia za bierne asystowanie przy samobójstwie przez zagłodzenie. Po wieloletniej karierze przemytnika detalicznego i nielegalnego pracownika francuskich winnic, miałem dobrze  uświadomione własne słabostki, zwłaszcza zaś nieodporność na finansową pokusę. Przy organizacji Warszawskich Dni Literatury musiałbym przynajmniej troszeczkę nachachmęcić w rozliczeniach finansowych, czego autor „Prawdziwej etyki” nie potrafiłby mi odpuścić. Jako wartość sponsoringu hotelu „Bistol” ani chybi wpisałbym cenę apartamentów, zamiast luksusowych pokojów z łazienką, w których rzeczywiście zamieszkali Czesław Miłosz i jego koleżanka Wisława Szymborska; sponsoring państwowego „LOT”- u miałby u mnie wartość klasy „business”, w miejsce rzeczywistej ceny przelotu nad oceanem  klasą „economic”. Ocyganiłbym przecież tylko amerykańskiego burżuja- krwiopijcę, głównego sponsora „Warszawskich Spotkań Literackich”, a nie pisarzy polskich w ogóle, czy też państwa Kulmów w szczególności!

    Byłem nieodporny na pokusę finansową,  ponadto dałem liczne dowody, że w pogoni za bestsellerem wszech czasów nie wahałem się podeptać praw autorskich, szczególnie jeśli należały one do „właścicieli praw ” , a nie autorów. Kiedy po śmierci marszałka sejmu kontraktowego profesora Mikołaja Kozakiewicza, jego małżonka wycofała zgodę na druk w moim wydawnictwie książki pt. „Z księgi zakazów”, brutalnie  wydałem ją pomimo histerycznych protestów pani Weroniki, ponieważ książkę profesora uważałem za rzecz świętą, a prawo dziedziczenia miałem w nosie. Za komuny profesor Kozakiewicz sprawował funkcję wiceprezesa Towarzystwa Szkoły Świeckiej, a pani Weronika po śmierci męża zapisała się do jakiegoś kółka różańcowego.

     „Uniknięcie wielkiego historycznego upadku wymaga jak największej liczby dobrze poinformowanych obywateli.” – w 2021 roku pisał Leszek Balcerowicz na Twitterze. Nie bez satysfakcji starego zgreda, myślę dziś sobie, że profesor Czarnek miałby mniejsze szanse na sprawowanie urzędu ministra edukacji narodowej, gdyby prześwietna „Gazeta Wyborcza”, a może nawet młody konserwatysta Tusk, w swoim czasie dali mi polityczną szansę na zrobienie z dzieła marszałka Kozakiewicza prawdziwego bestselleru. Profesor Mikołaj Kozakiewicz odkrywca seksualności młodzieży szkolnej w latach socjalizmu realnego, w 1998 roku napisał książkę, w której w nocie od wydawcy pomieszczonej na tylnej okładce pisałem:

    „W Austrii to, co nie jest zakazane, jest dozwolone; w Niemczech to, co nie jest dozwolone, jest zakazane; we Francji wszystko jest dozwolone, również to, co jest zakazane, w Polsce wszystko jest zakazane, również to, co jest dozwolone. W katolickiej Polsce zakazane są Marsze Równości, które są prawem dozwolone. W III RP lekarze z narażeniem życia i zdrowia kobiet odmawiają wykonania zabiegu przerwania patologicznej ciąży, chociaż rygorystyczny zakaz aborcji takich przypadków nie dotyczy.”

    Na samiutkim koniuszku XX wieku, w swoim niszowym wydawnictwie wydałem książkę, która zawierała wszystkie liberalne tezy o dopuszczalności związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych, o prawach kobiet do dysponowania własnym ciałem etc., etc,  czyli wszystkie te idee, które włączone na zasadzie pożyczki do programu wyborczego Koalicji Obywatelskiej, pozwoliły Donaldowi Tuskowi odnieść w dniu 15 października 2023 niesłychany triumf nad kliką Jarosława Kaczyńskiego i jego Zjednoczonej Prawicy.
     Prof. dr. Mikołaj Kozakiewicz, socjolog i antropolog kultury, a przede wszystkim teoretyk wychowania młodzieży, zmarł w 1998 roku. Wydawnictwo JJK powołałem do życia już po śmierci wielkiego myśliciela. Wcześniej z jego profesorskim błogosławieństwem funkcjonowało tylko moje jednoosobowe wydawnictwo Agencji Dziennikarskiej „Caress”, którego głównym zatrudnieniem była dystrybucja prezerwatyw „Caress”, wytwarzanych w krakowskim „Stomilu”. Redakcja tego Wydawnictwa „non profit”, w czasach, kiedy po Europie i zwłaszcza w Polsce, w sposób zatrważający rozprzestrzeniała się nieuleczalna choroba AIDS, mieściła się w mieszkanku Joanny i Jana Kulmów przy ul. Noakowskiego 24, które oddane mi zostało pod opiekę i do dyspozycji po śmierci matki Jana, Heleny Kulmy. W szczytowym okresie prosperity w maleńkim pokoiku, wygospodarowanym sprytnie z kuchni, w opieczętowanych fabrycznie paczkach mieściło się przeszło  sto tysięcy najwyższej jakości lateksowych produktów krakowskiej Fabryki Wyrobów Gumowych, które na wielkiej młodzieżowej imprezie zamierzałem na spadochronikach rozrzucać z wynajętego helikoptera, ale moje bohaterskie wysiłki dystrybutorskie poniosły fiasko w sposób przeze mnie niezawiniony.

   Nie mogłem podjąć się organizacji  Warszawskich Dni Literatury, ponieważ wówczas ujawniłaby się moja samowola przy korzystaniu z lokalu biurowego Agencji „Caress”. Kulmowie nie wiedzieli, co skrywają zapieczętowane paczki. Ale znalezienie przez gospodarzy lokalu jednego „zestawu tygodniowego”  z zawartością prezerwatywy o smaku truskawkowym, skutkowało tak nieprawdopodobnym oburzeniem obojga właścicieli lokalu,  że  pomysłu z prezerwatywami spadającymi z nieba jak biblijna manna, musiałem poniechać.

      Zasady są przestrzegane, albo nie ma zasad – głosił Jan Kulma i trzymał się tego w biznesowej praktyce organizacji pożytku publicznego, jaką jest Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. O zorganizowanie wielkiej imprezy literackiej z udziałem noblistów poprosiłem przeto Agencję Dziennikarską MAD, będącą własnością moich serdecznych przyjaciół – małżeństwa Zofii Jaremkowej-Kutiak i Mariana Kutiaka. Sprawdzili się przy organizacji transportu osobowego dla dzieciaków poczernińskich, ciekawych wszystkiego co warszawskie, zatrudnili jako szoferów takich tuzów kultury i sztuki, jak sławny karykaturzysta Szymon Kobyliński , albo śpiewak tenorowy Wiesław Ochman, sprawdzą się też przy poszukiwaniu sponsorów dla Warszawskich Dni Literatury!

    Wszystko szło nad podziw znakomicie i wielka  impreza miała się już ku końcowi, gdy nagle w czasie spotkania noblistów z warszawką i z krakówkiem w Zamku Królewskim,  tuż przed pożegnalnym bankietem w  zamkowej zbrojowni, Jan Kulma odmówił mojemu przyjacielowi Marianowi Kutiakowi podpisu noblistów na podziękowaniu dla amerykańskiego magnata papierowego, właściciela firmy,   która była głównym sponsorem imprezy. Gaworzyłem właśnie z Januszem Głowackim w kuluarach, gdy podbiegł do mnie zdenerwowany Marian Kutiak. Kompletna katastrofa! Amerykański magnat papierniczy zastrzegł sobie w umowie o sponsoringu, że w zamian za donację otrzyma podziękowanie podpisane przez noblistów, a tymczasem Kulma postanowił, że podpisów nie będzie, ponieważ ma jakieś niejasne zastrzeżenia wobec poczynań finansowych Agencji Dziennikarskiej MAD. Co ma tutaj do gadania Kulma, prezesem jest przecież Joanna! Wziąłem ozdobny druczek z podziękowaniem na ręcznie czerpanym papierze i pobiegłem szukać Joanny. Co łatwe było do przewidzenia, odmówiła, ponieważ Jan ma zastrzeżenia. Zastrzeżenia – zastrzeżeniami, ale za chwileczkę nobliści odlecą do swoich siedzib i potem szukaj wiatru w polu. A umowa o sponsoringu jest wyraźna: donacja za autografy na podziękowaniu. Powiało grozą. Gdyby Marian Kutiak musiał amerykańskiej firmie zwracać pieniądze – jak nic poszedłby z torbami.

   Na szczęście pojawiła się  szwagierka noblisty, pani Grażynka Miłoszowa, i zapobiegła skandalowi.

  Nieoceniona  profesor Zofia Chęcińska z Uniwersytetu Szczecińskiego wydała już drukiem obfitą korespondencję Wisławy Szymborskiej z Joanną Kulmową,  bez wątpienia dzienniki Poetki w jej opracowaniu ukażą się tylko patrzeć. Jestem ciekaw, czy Joanna napomknie o przygodzie Mariana z noblistami, czy wspomni też o moim osobistym nieszczęściu przy wydawaniu Jankowych  „Dykteryjek”.

   Byłem Janowi niesłychanie wdzięczny że zrobił mnie prawdziwym , liczącym się na rynku reporterem książkowym. Dzięki niemu przeżyłem kilka dziesiątków lat ustawicznej i niesłychanej przygody, jaką było dla mnie uprawianie zawodu. Nie cenię szczególnie wysoko kilkunastu nagród  zdobytych w konkursach na „reportaż literacki”. Dla mnie reportaż literacki to „prawdziwa kawa figowa”. Coś takiego wymarzył dla siebie Ryszard Kapuściński, bo nie mógł się zdecydować czy pisać wiersze, czy też pozostać przy prozie, a miał przecież wybujałe ambicje literackie. Ambicje literackie to coś najzupełniej realnego, zaś reportaż literacki jest ułudą, jak  „prawdziwa kawa figowa” w epoce fin de siecle , albo jak peerelowska „Inka”, rozpuszczalna kawa zbożowa, surogat czegoś , co mocno trzyma się ziemi.

    W sprawie rozliczenia Warszawskich Dni Literatury Jan zawezwał mnie wraz z prezesem Agencji MAD do siedziby Stowarzyszenia Pisarzy. Domyślałem się, że będzie ciężko, ale nie przewidziałem , że aż tak. Joanna w swoim gabinecie siedziała, jak zwykle, w głębokim fotelu z nogą założoną na nogę. Jan, odziany w dobrze skrojony garniturek, zajmował centralne miejsce za biurkiem, na którym walały się papierzyska stanowiące dowody w sprawie, a dla dwu facetów wystrojonych w dżinsowe portki i kurtki, przewidziane były dwa krzesła ustawione ukośnie,  frontem do Jana i bokiem popatrujące jakby wzajem na siebie.

    Na dzień dobry Jan oświadczył, że mój przyjaciel, prezes jednoosobowej Agencji i początkujący reżyser historycznych  filmów dokumentalnych dla Telewizji Polskiej , jest po prostu złodziejem, bo przy rozliczeniu ostatecznym pobrał dla siebie dwadzieścia procent, czego nie było w umowie. 

     Kulmie, trzeba to koniecznie powiedzieć,  zawdzięczałem wszystko, także wyższe wykształcenie, bo przecież na polonistyce warszawskiej, z całym tym moim magisterium o Wańkowiczu, przeszedłem jedynie podstawówkę. Pokazał mi, czym jest czas w opowiadaniu,  wytłumaczył, jak pożyteczną funkcję mają do spełnienia puste i przegadane miejsca.  I, co najważniejsze, Jan wyjaśnił mi, na czym polega prawdziwe pisanie. Reportaż to jest zwykłe opowiadanie, tyle tylko, że napisane błyskawicznie i na użytek gazetowy. Ponieważ nie można przypodobać się wszystkim nabywcom gazety,  reporter musi wybrać dla siebie jednego wyimaginowanego czytelnika i pisać pod jego gust. Na tego wzorcowego imaginariusa wybrałem dla siebie Jana Kulmę. Jan czytał uważnie prawie wszystkie moje kawałki i wygłaszał miażdżącą, dogłębną krytykę. Skutek był taki, że po roku tresury zdobyłem nagrodę SDP im. Juliana Bruna dla młodych dziennikarzy «za wysoką wartość formalną reportaży drukowanych na łamach „Polityki” i „Kultury”». Marzyło mi się, że Jan weźmie teraz pod skrzydła opiekuńcze młodego , wybijającego się dokumentalistę. Ale sprawy nie układają się pomyślnie, gdy faktyczny szef Oddziału Warszawskiego SPP, wzorem wszechwładnego prezesa Rzeczypospolitej, jednym straszliwym słowem strąca do piekieł skromnego właściciela jednoosobowej  Agencji MAD. 

   Jeśli Marian jest złodziejem, który okradł prawie wszystkich pisarzy Rzeczypospolitej, to kim jestem ja, skoro już w nowym kapitalistycznym ustroju wyeksportowałem do Francji kilkadziesiąt kilogramów biżuterii srebrnej, kunsztownie ozdobionej bursztynem. Umówiliśmy się z producentem z Sopotu i z odbiorcą, moją siostrzenicą w Annecy (stolica departamentu alpejskiego, wielekroć większa i zasobniejsza od naszego Zakopanego), że kwoty podane na fakturze w złotówkach,  rozliczać będziemy między sobą w dolarach. W ten sposób czterokrotnie pomniejszyliśmy kwoty,  będące podstawą do opodatkowania. Cena była tak skalkulowana, żeby w obniżonej cenie biżuterii artystycznej nie przekroczyć granicy oficjalnej ceny złomu srebrnego. W ten sposób dotkliwie obniżyłem fiskalne dochody wszystkich Polaków!

      Janku, mówiłem w zagniewaniu, pamiętaj o swojej własnej maksymie, że złodziejem albo pianistą się jest, a ofiarą pokusy, podobnie jak  i artystą,  bywa człowiek  tylko niekiedy. Może Marian zawyżył jakiś rachunek , ale nie powinieneś rzucać straszliwego oskarżenia przed sprawdzeniem, czy rachunek wystawiony został z VAT-em czy też bez VAT-u. Po drugie zaś byłem świadkiem, że zaproponowałeś Agencji MAD dwadzieścia procent od sum pozyskanych u sponsorów i dwadzieścia pięć procent od niewykorzystanych funduszy. Ustalając procentową wysokość prowizji dla Agencji Dziennikarskiej MAD, powołałeś się na przykład dobroczynności  Fundacji Jurka Owsiaka, która od wszystkich pozyskanych kwot sponsorskich potrącała dwadzieścia procent na pokrycie kosztów własnych Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

    – Kuba, ty przestań głupio bronić swojego kumpla. O żadnych dwudziestu pięciu procentach nie było mowy! – powiedział mistrz Jan, a mnie ubodło słowo „kumpel”, użyte w odniesieniu do mojego najbliższego przyjaciela, statecznego reżysera, który wraz z małżonką Zofią – miał status niezawodnego towarzysza w moim trudnym i samotniczym życiu.

    Wstałem, pokłoniłem się nisko pani prezes warszawskich pisarzy, mojej uwielbianej poetce Joannie Kulmowej, i bezsłownie skierowałem kroki ku wyjściu. Marian Kutiak podążył za mną. Poprosiłem go, żeby zwyczajem państwowych urzędasów w randze ambasadorskiej, sporządził notatkę na mój prywatny użytek i przesłał mi ją pocztą internetową. 

Jakub Kopec


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.