
Autor Georg W. Bush.
Pokora jako fundament przywództwa: George Washingtona
W momencie, gdy Ameryka świętuje swoją 250. rocznicę, cieszę się, że poproszono mnie o napisanie tekstu o przywództwie George’a Washingtona. Pełniąc funkcję prezydenta, czerpałem ogromną otuchę i inspirację z lektury o moich poprzednikach oraz cechach, które uosabiali. Stanowczość Abrahama Lincolna i Harry’ego Trumana, optymizm Ronalda Reagana oraz inne przymioty przypominały mi o wyzwaniach, przed którymi stanęła Ameryka – oraz o wartościach, które pomogły nam je pokonać.
Niewiele jednak zainspirowało mnie bardziej niż pokora Waszyngtona. Często rozmyślałem o demoralizującym charakterze władzy oraz o tym, jak dążenie do jej utrzymania dla samej władzy zatruwało politykę przez pokolenia. Nasz pierwszy prezydent mógł pozostać wszechwładny, lecz dwukrotnie zdecydował się tego nie robić. W ten sposób ustanowił standard, do którego powinni dążyć wszyscy przywódcy. Jego życie, ze wszystkimi blaskami i cieniami, powinno być lekcją dla każdego, kto aspiruje do przywództwa. Pokora Washingtona, przejawiająca się w dobrowolnej rezygnacji z władzy, pozostaje jednym z najbardziej znaczących precedensów w historii amerykańskiej polityki.
Po doprowadzeniu Stanów Zjednoczonych do zwycięstwa nad Wielką Brytanią w wojnie o niepodległość, George Washington znajdował się u szczytu potęgi. Niektórzy sugerowali, że powinien zostać królem. Zamiast tego generał Washington złożył dowództwo wojskowe w 1783 roku. Gdy król Jerzy III usłyszał o planach swojego pogromcy, miał powiedzieć: „Jeśli to uczyni, będzie największym człowiekiem na świecie”. Decyzja, którą Washington podjął tamtego mroźnego grudniowego popołudnia w Annapolis, ukształtowała fundamenty i przyszłość amerykańskiej demokracji. A był to dopiero początek.
Droga Washingtona do wielkości nie zawsze była prosta. Jego ojciec zmarł, gdy przyszły prezydent miał 11 lat. Zamiast otrzymać klasyczne wykształcenie w Londynie, jak jego starsi przyrodni bracia, młody George musiał pomagać matce na farmie Ferry Farm, gdzie poznał wartość ciężkiej pracy. Śmierć ojca i brak formalnej edukacji zrodziły w nim poczucie niepewności, które z kolei przerodziło się w nienasycony głód wiedzy. Będąc w dużej mierze samoukiem, stał się zapalonym czytelnikiem.
Jako chłopiec kształcił się w „sztuce bycia dżentelmenem”, przepisując 110 maksym z Zasad grzeczności i przyzwoitego zachowania w towarzystwie i rozmowie, które ukształtowały jego charakter na całe życie. Wiele cech, które kojarzymy z przywództwem Washingtona – od samokontroli i uprzejmości po skromność i dyplomację – można przypisać właśnie tej lekturze.
W wieku 20 lat zainteresowania Washingtona przeniosły się z geodezji na pole bitwy. Karierę wojskową rozpoczął jako młody oficer w milicji Wirginii. Podczas wojny francusko-indiańskiej cztery kule muszkietowe przebiły jego płaszcz, a koń padł pod nim zastrzelony. Nigdy jednak nie otrzymał stopnia oficerskiego w armii brytyjskiej.
Jako głównodowodzący Armii Kontynentalnej, Washington kierował się pokorą i chęcią słuchania innych – był to styl radykalnie odmienny od brytyjskiego modelu dowodzenia. Jak napisał do generała dywizji Stirlinga: „Ludzi nieprzyzwyczajonych do powściągliwości trzeba prowadzić, a nie pędzić”. Washington uczył się od wszystkich: od najwyższych dowódców po szeregowych żołnierzy. Raz nawet poprosił swoich ludzi o radę, w jakim kierunku ruszyć po przekroczeniu rzeki Delaware i zdobyciu Trenton.
Kolejni przywódcy wyciągnęli wnioski z tej lekcji. Abraham Lincoln dbał o to, by słuchać żołnierzy w takim samym stopniu, jak generałów. Mimo dowodzenia armią liczebnie słabszą od wroga i ponoszenia częstszych porażek niż zwycięstw, Ameryka pod wodzą Washingtona wygrała wojnę, która zmieniła bieg historii świata. Kluczowy okazał się jego charakter: pokora, wytrwałość w trudnych okolicznościach, niezłomna wola oraz lojalność, którą wzbudzał w innych.
Na początku 1783 roku lojalność ta została wystawiona na próbę. Żołnierze byli wyczerpani, tęsknili za domem i byli wściekli z powodu niezapłaconego żołdu. Wśród oficerów krążyły pogłoski o buncie przeciwko Kongresowi. 15 marca, w przemówieniu do żołnierzy, Washington mówił o wspólnej sprawie, wzajemnych obowiązkach oraz słuszności ich misji. Podkreślił swoją osobistą więź z nimi, odmawiając stawiania się ponad swoich ludzi.
Zanim sam zapisał się w historii, Washington ją studiował. Szczególnie pociągali go rzymscy przywódcy, którzy podchodzili do władzy z rezerwą. Podobnie jak Lucjusz Kwintyusz Cyncynat, który po ocaleniu Rzymu wycofał się na swoją farmę, Washington po wojnie powrócił do Mount Vernon. To tam odzyskiwał równowagę i cieszył się czasem spędzanym z żoną, Marthą. Obowiązek jednak wkrótce znów go wezwał.
Młoda republika pogrążona była w kryzysie – Artykuły Konfederacji zawodziły, a rząd był bezsilny. W 1787 roku Washington powrócił do życia publicznego, by przewodniczyć Konwencji Konstytucyjnej w Filadelfii. Powierzono mu tę funkcję jako bohaterowi narodowemu i postaci łączącej zwaśnione strony; wierzono, że ze względu na jego charakter nie nadużyje on otrzymanej władzy.
W wyniku obrad powstała nowa Konstytucja oraz urząd prezydenta. Washington był oczywistym kandydatem i dwukrotnie został wybrany jednogłośnie – jako jedyny w historii Stanów Zjednoczonych. Przyjął urząd, ponieważ naród go potrzebował, a nie dlatego, że on sam potrzebował tego urzędu.
Nasz pierwszy prezydent ustabilizował finanse państwa, umocnił autorytet rządu federalnego i doprowadził do uchwalenia Karty Praw. Uchronił Amerykę przed wciągnięciem w wojny rewolucji francuskiej, stłumił powstanie w zachodniej Pensylwanii i umiejętnie kierował gabinetem pełnym błyskotliwych, lecz skłóconych ze sobą osobowości. W synagodze Touro w Rhode Island wygłosił przełomowe przemówienie na temat tolerancji religijnej.
Jak zdołał to osiągnąć? Większość historyków zgadza się, że jednym z powodów było uznanie własnych ograniczeń. Zwoływał ekspertów i pozwalał, by debaty toczyły się na jego oczach. Dla mnie ta lekcja oznaczała umiejętność przyznania się do tego, czego nie wiedziałem jako prezydent, otoczenie się doradcami mądrzejszymi ode mnie i słuchanie ich.
Oczywiście, Washington miał też swoje wady. Popełniał błędy taktyczne, zwłaszcza na początku kariery wojskowej. Potrafił być drażliwy i „z natury irytujący”, jak określił go Thomas Jefferson. Największą rysą na jego życiorysie pozostaje fakt, że przez całe życie był właścicielem niewolników i nigdy publicznie nie potępił tej instytucji. Choć jego poglądy z czasem ewoluowały i w testamencie uwolnił posiadanych niewolników – co było czynem wykraczającym poza standardy epoki – niewolnictwo pozostaje plamą na jego skądinąd nienagannym życiu.
Jednak Washingtona, jak każdego z nas, należy oceniać w kontekście całości jego czynów i epoki, w której żył. Pod tym względem jego życie było wyjątkowe. Pokolenie założycieli uważało go za człowieka „niezastąpionego”. Bez niego nie byłoby Ameryki, a bez Ameryki świat byłby znacznie mroczniejszym miejscem.
Doug Bradburn, prezes i dyrektor generalny Mount Vernon, ujął to trafnie: „Jego wytrwałość, niezachwiany optymizm, a w ostatecznym rozrachunku mądrość wynikały z głębokiej uczciwości i pokory, które w obliczu wielu prób ukształtowały w nim charakter największego przywódcy politycznego epoki rewolucji”.
Jako pierwszy prezydent, Washington wiedział, że wszystko, co robi, posłuży za precedens. Dlatego po dwóch kadencjach, w atmosferze nieufności wobec „dożywotnich” władców, zdecydował się ustąpić. Rezygnując z władzy, zapewnił, że Ameryka nie stanie się monarchią ani reżimem autorytarnym.
Washington zdefiniował nie tylko charakter urzędu prezydenta, ale i ducha naszego kraju. Dał przykład przedkładania dobra narodu nad własne ambicje. Uosabiał uczciwość i pokazał, dlaczego warto do niej dążyć. Zachowywał godność, szanując urząd, lecz nie pozwalając, by uczyniono z niego mityczną postać.
Często powtarzam, że urząd prezydenta jest ważniejszy niż osoba, która go sprawuje; że instytucja ta stanowi balast dla naszego statku państwowego. Za tę stabilność jesteśmy wdzięczni mądrości Ojców Założycieli oraz pokorze pierwszego prezydenta naszego narodu. Ta spuścizna prowadzi nas od 250 lat i wierzę, że wzmocni nas na kolejne stulecia.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Ben Gourion tez byl takim wielkim człowiekiem i Golda Meir także.
Założyciele państw i ich pierwsi przywódcy zawsze są wybitnymi osobistościami, inaczej by nic nie dokonali.
To stwierdzenie wcale nie umniejsza wielkości George Washingtona. Niestety w warunkach dobrobytu i ustabilizowanego państwa ludzie karleja i walczą o władzę dla samej władzy, dla chciwości i pychy, nie myśląc o interesach kraju. Dziś Europa rządzą same karly pełne pychy i głupoty. Rezultaty widać gołym okiem.