Podsumowanie w jednym zdaniu
Tekst przedstawia historię Instytutu Ayalon – tajnej podziemnej fabryki amunicji zbudowanej w 1945 roku pod pozorem kibucu i pralni przez grupę młodych pionierów z organizacji Haganah, którzy w absolutnej tajemnicy wyprodukowali ponad 2,25 miliona nabojów kluczowych dla przetrwania Izraela w wojnie o niepodległość w 1948 roku.

autor Melissa Brodsky
Oto opowieść o grupie młodych pionierów, którzy ryzykowali życie, by potajemnie produkować naboje, jakich młode państwo Izrael potrzebowało, by przetrwać.
Był rok 1945. W powietrzu unosił się zapach pralni – ciężki od wybielacza, pary i zmęczenia maszyn pracujących zbyt intensywnie i zbyt długo.
Dwie ogromne, przemysłowe pralki dominowały w pomieszczeniu, wirując i wstrząsając deskami podłogi z hałasem wystarczającym, by zatrzeszczały zęby. Za ladą stała młoda kobieta – miła i sprawna. Przyjmowała mundury i uśmiechała się do przynoszących je oficerów.
Brytyjscy żołnierze, którzy tu zaglądali, lubili to miejsce. Ceny były rozsądne, obsługa niezawodna, a personel przyjazny. Gdyby istniał wówczas serwis Yelp, lokal ten otrzymałby ocenę 10 na 10.
Żaden z nich nigdy nie zastanawiał się, dlaczego dwie pralki muszą pracować po 14 godzin dziennie. I żaden nie spojrzał w dół, na podłogę pod swoimi butami.
Osiem metrów poniżej ich stóp fabryka pracowała przez całą dobę.
W 1945 roku Haganah (żydowska podziemna organizacja paramilitarna, założona w czerwcach 1920 roku w Palestynie pod mandatem brytyjskim) doskonale rozumiała, co się zbliża. Mandat brytyjski dobiegał końca. Kiedy to nastąpi, pięć armii arabskich nie będzie czekać na rozwój wypadków. Kwestia przetrwania Żydów na tej ziemi miała zostać rozstrzygnięta siłą, a Haganah zamierzała być na to gotowa.
Zdobycie broni było trudne, ale wykonalne. Przemyt karabinów, pistoletów i pistoletów maszynowych Sten przez brytyjską blokadę wymagał zimnej krwi i cierpliwości – a Haganah miała jedno i drugie. Pistolet maszynowy Sten (prosta, tania brytyjska konstrukcja produkowana masowo podczas II wojny światowej) był łatwo dostępny na rynku wtórnym. Kule to jednak zupełnie inna sprawa.
Prasa do amunicji nie jest sprzętem, który można schować za zasłoną. Maszyny do tłoczenia nabojów kalibru 9 mm są ciężkie, przemysłowe i głośne – wydają charakterystyczny, metaliczny pisk, który przenika przez ściany i niesie się w otwartej przestrzeni. Zapach mosiądzu i prochu jest natychmiastowy i niemożliwy do pomylenia z niczym innym. Brytyjczycy, doskonale wiedząc, że Haganah rozbudowuje swój arsenał, utrzymywali sieć informatorów na całym terytorium mandatowym, czuwających właśnie nad tego rodzaju operacjami.
Yosef Avidar, oficer Haganah, któremu powierzono zadanie rozwiązania problemu niedoboru amunicji, zakupił prasy do produkcji nabojów w Polsce już w 1938 roku. Dotarły one jednak tylko do Bejrutu, zanim sytuacja w Europie uniemożliwiła ich dalszy transport. Przez lata leżały w magazynie w Libanie, czekając na swoją kolej.
Kiedy Avidar w końcu sprowadził je na miejsce, stanął przed problemem, z którym borykano się od zawsze: prowadzenie przemysłowych pras do produkcji nabojów na terytorium kontrolowanym przez armię okupacyjną, dysponującą siecią informatorów i mającą zwyczaj przeprowadzania niespodziewanych kontroli, wymagało tak doskonałej przykrywki, by brytyjski oficer stojący bezpośrednio nad miejscem operacji widział jedynie spokojną społeczność rolniczą zajmującą się codziennymi sprawami.
W 1945 roku grupa młodych pionierów – w większości nastolatków zwerbowanych z ruchu skautowego Hatzofim – osiedliła się na pustym skrawku ziemi na tzw. Wzgórzu Kibucu w Rechowot, bezpośrednio przylegającym do brytyjskiego obozu wojskowego. Wzniesiono budynki, posadzono uprawy, zbudowano stołówkę i pomieszczenia mieszkalne. Stworzono idealne pozory pracy, jaką wykonywały setki innych grup żydowskich pionierów w całej Palestynie: zakładano od podstaw nową społeczność rolniczą.
To wszystko była jednak tylko inscenizacja.
Pracując w absolutnej tajemnicy przez 22 dni, grupa wykopała pod ziemią komorę na głębokości ośmiu metrów (26 stóp). Ściany i strop wykonano z betonu o grubości prawie 60 cm (dwóch stóp), zaprojektowanego tak, by tłumić dźwięk i wytrzymać ogromny ciężar. Gotowa przestrzeń rozmiarem przypominała kort tenisowy – liczyła 250 metrów kwadratowych podziemnej fabryki, oświetlonej światłem elektrycznym i wentylowanej przez szyb zamaskowany jako komin działającej na powierzchni piekarni.
Maszyny opuszczano przez otwór ukryty pod 10-tonowym przemysłowym piecem piekarniczym, zamontowanym na obrotowych zawiasach. Dzięki temu można go było odchylić, aby uzyskać dostęp do szybu, a następnie ponownie zamknąć i całkowicie zasłonić wejście. Z kolei przejście, z którego codziennie korzystali pracownicy, ukryto pod jedną z przemysłowych pralek w pralni. Pralka odchylała się na ciężkich zawiasach, odsłaniając metalową drabinę schodzącą w głąb ziemi.
Gdy urządzenie wracało na miejsce, wejście znikało.
Kolejną kwestią była elektryczność. Praca 30 pras do produkcji nabojów przez całą dobę pochłaniała ogromne ilości energii. Nagły wzrost zużycia prądu w kibucu rolniczym natychmiast wzbudziłby podejrzenia. Dlatego Haganah podłączyła się bezpośrednio do sieci energetycznej… brytyjskiej armii. Brytyjczycy nieświadomie zasilali fabrykę amunicji, która powstawała po to, by z nimi walczyć.
Pralnię zbudowano nie bez powodu – potrzebowano hałasu. Przemysłowe pralki pracujące na pełnych obrotach generowały ryk wystarczający, by zagłuszyć pisk podziemnych pras. Usługi prania oferowano komercyjnie, po stawkach na tyle niskich, by przyciągnąć klientów. W ten sposób zbudowano grono stałych odbiorców, co dało niepodważalny pretekst do uruchamiania maszyn od rana do nocy.
Łuski nabojów wykonuje się z miedzi. Import dużych ilości tego metalu do Palestyny zwróciłby uwagę brytyjskich służb celnych, które pytałyby o cel transportu. Haganah odpowiadała więc, że miedź służy do produkcji opakowań na szminki. Aby historia była wiarygodna, poparto ją prezentami w postaci pomadek dla żon brytyjskich oficerów. Kobiety były zachwycone, a dostawy miedzi nieustannie napływały.
Na powierzchni mieścił się kibuc, w którym mieszkało 45 pracowników schodzących do fabryki na zmiany rotacyjne. Każda zmiana trwała około 10 godzin. W bunkrze, przy sztucznym oświetleniu, w duchocie, hałasie oraz zapachu mosiądzu i oleju maszynowego, tłoczono naboje kalibru 9 mm z wydajnością sięgającą nawet 40 000 sztuk dziennie.
Każdy nabój oznaczano literami EA (E od Eretz Yisrael – Ziemia Izraela, A od Ayalon – nazwy fabryki, Instytutu Ayalon). Była to niewielka, niewidoczna deklaracja tożsamości wytłoczona na każdej łusce opuszczającej linię produkcyjną.

(Zdjęcie: Instytut Ayalon/Facebook)
Ciężka praca pozostawiała ślady. Pracujący pod ziemią ludzie stali się bladożółci, tymczasem kibuc powienien być zamieszkany przez ogorzałych, opalonych słońcem rolników. Po zakończeniu zmiany pracownicy pachnieli też olejem maszynowym i prochem.
Aby wyjaśnić ten zapach, wokół pralni wybudowano warsztaty stolarskie i ślusarskie – dawało to wiarygodne wytłumaczenie każdemu, kto coś poczuł. W sprawie bladości kierownik operacji zwrócił się do głównego lekarza Haganah, dr. Yosefa Kota, który osobiście zszedł do bunkra.
Pracownicy cierpieli na przewlekłe bóle głowy, problemy ze wzrokiem oraz ogólne osłabienie spowodowane wielogodzinną pracą w zamknięciu, bez dostępu do światła słonecznego i świeżego powietrza. Lekarz zalecił lampę kwarcową. Po opuszczeniu jej do bunkra pracownicy po zmianie rozbierali się i naświetlali pod nią, co łagodziło dolegliwości i pozwalało utrzymać opaleniznę. Kiedy wychodzili na powierzchnię, wyglądali na odpowiednio smagłych.
Kibuc odstraszał nieproszonych gości również za pomocą innego fortelu. Na bramie stale wisiało jakieś ogłoszenie: jednego dnia o pryszczycy, drugiego o epidemii ptasiej grypy, a kolejnego o chorobie niemowlęcej wymagającej kwarantanny. Nikt nie odważał się tego sprawdzać – nawet rodziny. Pracownicy musieli odprawiać własnych bliskich przy bramie, skracając wizyty i nie podając wyjaśnień. Bliscy rozumieli, że nie należy o nic pytać.
Gotowe naboje wywożono z terenu w kanistrach na mleko z podwójnym dnem, a później w ukrytych schowkach cystern paliwowych. Było to szczególnie zuchwałe posunięcie – amunicję wypełnioną prochem ukrywano w pojazdach przeznaczonych do przewozu łatwopalnych płynów. Kanistry wyglądały jak zwykłe dostawy nabiału, ale w rzeczywistości przewoziły amunicję, od której zależało przetrwanie państwa żydowskiego w pierwszych tygodniach jego istnienia.
W lutym 1948 roku żydowskie podziemie wysadziło odcinek brytyjskiej linii kolejowej. Wściekli i podejrzliwi Brytyjczycy rozpoczęli obławę na okolicznych terenach, co doprowadziło żołnierzy bezpośrednio na Wzgórze Kibucu.
Pracownicy mieli zaledwie kilka minut na reakcję. Zeszli do fabryki, wyłączyli maszyny i natychmiast wrócili na powierzchnię. Zorganizowali się w zespół pomocy medycznej i wyruszyli, by rzekomo udzielać pomocy ofiarom wybuchu na kolei. Kiedy brytyjscy żołnierze dotarli do bram kibucu, zastali społeczność bez reszty zaangażowaną w działania humanitarne.
Kontrola niczego nie wykazała, a maszyny ruszyły ponownie już następnego dnia.
Do maja 1948 roku, kiedy mandat brytyjski dobiegł końca, a Państwo Izrael ogłosiło niepodległość, Instytut Ayalon wyprodukował ponad 2,25 miliona nabojów kalibru 9 mm. Gdy zaledwie kilka godzin po proklamacji do kraju wkroczyło pięć armii arabskich, naboje te były już rozdzielone i gotowe do użycia.
Świadkowie tamtych wydarzeń twierdzą, że amunicja z Instytutu Ayalon była jedynym zasobem, którego ani razu nie zabrakło podczas wojny w 1948 roku. Wszystkie inne rodzaje broni i wyposażenia w pewnym momencie tych desperackich walk zaczęły się wyczerpywać – ale nie naboje z fabryki pod pralnią.
Yehudit Adler, wówczas 19-letnia pracownica Instytutu Ayalon, zapytana po latach o tamte dni, ujęła to krótko: „To nie było przerażające. Bardzo trudno mi dziś odtworzyć to uczucie, bo byliśmy bez reszty oddani sprawie i po prostu chcieliśmy, żeby się udało. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z ryzyka. Jedna mała wpadka i Brytyjczycy by nas powiesili”.
Tajną operację zakończono w czerwcu 1948 roku, gdy minęło bezpośrednie zagrożenie dla centralnej części Izraela, a wojska brytyjskie opuściły kraj. Maszyny przeniesiono, a w bunkrze zapanowała cisza.

(Zdjęcie wnętrza podziemnej fabryki amunicji, obecnie muzeum w Izraelu / zdjęcie: Wikipedia)
Po uzyskaniu niepodległości 45 pracowników nie rozeszło się do domów. Przez trzy lata żyli razem, strzegąc sekretu i wspierając się nawzajem w obliczu izolacji, chorób i ciągłego ciężaru odpowiedzialności. Kiedy wojna się skończyła, postanowili zrealizować to, o czym oficjalnie mówili od początku: założyli prawdziwy kibuc.
Kibuc Ma’agan Micha’el powstał w 1949 roku na wysebrzeżu Morza Śródziemnego w pobliżu Zichron Ja’akow, 93 kilometry na północ od Instytutu Ayalon. Społeczność, którą wcześniej jedynie udawali, w końcu stała się rzeczywistością.
Ich sekret – strzeżony tak skrupulatnie, że przez trzy lata działalności nie wyciekło ani jedno słowo – pozostał nieujawniony przez kolejne ćwierćwiecze. Opinia publiczna dowiedziała się o podziemnej fabryce dopiero w 1973 roku. Dwadzieścia pięć lat milczenia utrzymywało 45 osób, które uznały, że pewne sprawy warto chronić długo po tym, jak minie niebezpieczeństwo.
Po utworzeniu Państwa Izrael Yehudit Adler zmieniła nazwisko na Yehudit Ayalon – przyjmując nazwę fabryki jako własną i nosząc ją przez resztę życia bez fanfar, wyjaśnień czy przeprosin.
W 1987 roku, po przeprowadzeniu prac konserwatorskich, obiekt otwarto jako muzeum. Dzisiejsi zwiedzający mogą stanąć w dawnej pralni, zobaczyć, jak pralka odchyla się na zawiasach, i zejść po tej samej metalowej drabinie, po której przez trzy lata codziennie kursowało 45 nastolatków. Prasy do produkcji amunicji, lampa kwarcowa oraz dwustopowe betonowe ściany wzniesione w 22 dni wciąż tam są. Fabryka, która uratowała kraj, stoi dokładnie tam, gdzie ją zostawiono.
Istnieje wersja tej historii, która przedstawia ją jako brawurową akcję lub sprytny fortel zaradnych ludzi – i nie jest to błędne ujęcie. Fałszywe tablice o kwarantannie, przykrywka ze szminkami, sztuczna opalenizna czy brytyjscy oficerowie oddający pranie nad fabryką nabojów zasilaną z ich własnej sieci – wszystko to przypomina scenariusz filmu sensacyjnego.
Jednak pod tą sprytną fasadą kryje się coś znacznie głębszego: byli to w większości nastolatkowie – młodzi ludzie z ruchu młodzieżowego – którym powiedziano, że przetrwanie ich narodu zależy od tego, co zrobią w ciemności, w upale i hałasie, pracując pod ziemią po 10 godzin dziennie.
Na każdej wyprodukowanej kuli wybijali swoje inicjały – EA, Eretz Ayalon. Był to podpis, którego oprócz nich nikt miał nie widzieć, utrwalony w mosiądzu łusek przeznaczonych dla żołnierzy walczących o kraj, który jeszcze wtedy nie istniał.
Najwspanialsza historia żydowskiego podziemia, o której nigdy nie słyszałes
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

