
Jeszcze cisza panuje na sali, jeszcze puste stoją sejmowe ławy, a już Adrian Zandberg trzyma w ręku moją nieszczęsną książkę „Komuniści i złodzieje” , którą chwilę wcześniej chytrze podrzuciłem mu do skrytki poselskiej, i lider partii „Razem” śmieje się do rozpuku. Poseł nie oczekiwał takiego prezentu, ja nie spodziewałem się, że na inauguracyjnej sesji sejmu IX kadencji, tuż po wygłoszeniu exposé przez premiera Morawieckiego, Adrian Zandberg wejdzie na mównicę i na oczach całej Polski palnie półgodzinną przemowę polemiczną, która premierowskie gadanie obróci w perzynę. Nie mówił o kłamstwach premiera, o jego banksterstwie et caetera. W ogóle Zandberg nie użył ani jednego brzydkiego lub obraźliwego wyrazu, a jednak efekt był taki, jakby Morawieckiego spoliczkował.
Pisowska „mniejsza połowa” narodu zadrżała z trwogi, druga , trochę „większa połowa” zapiała z zachwytu. Nareszcie pojawił się ten , na którego czekaliśmy tak długo, nasz wytęskniony przywódca duchowy, prorok kapitalizmu z ludzką twarzą – czołowy reprezentant Nowej Lewicy, którą z amerykańska nazywano „New Left”! Fotografia autorstwa fotoreportera PAP Radka Pietruszki, pstryknięta w momencie, gdy poseł Zandberg pokazywał okładkę mojej książki „Komuniści i złodzieje” do kamery TVN 24, natychmiast trafiła na strony gazetowe i do portali internetowych. Na okładce „Poityki” pomieszczono portret lidera mikroskopijnej patrtyjki „Razem” i retoryczne pytanie, czy może on stać się przywódcą całej opozycji demokratycznej.
To był rok 2019, w którym koalicja Zjednoczonej Prawicy zdobyła większość w sejmie, pozwalającą na samodzielne rządzenie, lecz zbyt małą na dokonywanie zmian w konstytucji, toteż od tej pory konstytucja łamana była nagminnie. Ale teraz mamy już rok 2024 i X kadencję sejmu, w której Zandbergowi przypadł zaszczyt wygłoszenia mowy oskarżycieskiej, wymierzonej w Grzegorza Brauna, tego posła faszyzującej Konfederacji, co to gaśnicą proszkową w kuluarach sejmowych zagasił świece chanukowe. W związku z tą aferą mam uczucia mieszane, bo jako żarliwy antyklerykał, jestem przeciwny obecności jakichkolwiek symboli religijnych w najważniejszym przybytku demokracji parlamentarnej. I byłbym może wybaczył Braunowi gaszenie świec, gdyby wcześniej usunął wiszący nad wejściem do sali obrad plenarnych katolicki krzyż z Jezusem Chrystusem w koronie cierniowej, chociaż krzyż silnie przypomina szubienicę i kaźń pierwszego w dziejach ludzkości reprezentanta żydokomuny. Pan Jezus głosił wszak idee, których Marks z Engelsem by się nie powstydzili.
Pomimo wstawiennictwa posła Zandberga, książka „Komuniści i złodzieje” sprzedawała się słabo, ale nie dlatego że jej zawartość była marna, lecz przez zwodniczy tytuł. Aluzja do idiotycznej rymowanki wicepremiera Kaczyńskiego „Cała Poska z was się śmieje, komuniści i złodzieje!” była oczywista, ale adres nie ten. Mówiąc o komunistach i złodziejach, Kaczyński miał na uwadze całą tę zapyziałą, konserwatywną klikę Donalda Tuska, uformowaną w Trójmieście na murawie boiska futbolowego, z aferą hazardową, aferą Amber Gold i z wieloma pomniejszymi wydarzeniami gatunku korupcyjnego w tle. Ja zaś w swojej książce, z zapałem godnym lepszej sprawy, rozprawiałem się z „policjantami i złodziejami” w łonie kaczystowskiej władzy pani premier Szydło i pana premiera Morawieckiego.
Dwadzieścia lat wcześniej popełniłem ciężkie przestępstwo na podobieństwo tego, czego dopuścił się pan prezydent Duda, udzielając w swoim pałacu azylu politycznego dwu kryminalistom, ściganym przez siepaczy premiera Donalda Tuska i ministra sprawiedliwości Adama Bodnara. Według jednego z ministrów rządu koalicyjnego za ten czyn grozi panu prezydentowi kara od jednego do czterech lat więzienia. Skoro tak, to na ile lat powinienem być zapudłowany ja, samozwańczy dziennikarz, za udzielenie wszechstronnej pomocy aferzyście FOZZ, ściganemu krajowymi i międzynarodowymi listami gończymi za sprzeniewierzenie „od dwu do ośmiu miliardów dolarów” z kasy państwowej? Na trzy dni i dwie noce zamelinowałem się z banitą wenezuelskim Ciffem Pineiro w przyszpitalnym hotelu „Korvita” w Poznaniu, gdzie bez jedzenia i bez spania nagrywałem jego spowiedź skruszonego aferzysty, a w tamtej chwili już bohaterskiego sygnalisty, czy też raczej whistleblowera.
W przypadku Kamińskiego i Wąsika policjanci tylko naruszyli mir domowy prezydenta Dudy, żeby doręczyć migającym się przestępcom nakaz zgłoszenia się w Areszcie Śledczym przy Grenadierów i ułatwić im transport do miejsca przeznaczenia. Ja zaś zorganizowałem Ciffowi Pineirze bezpieczny pobyt w hotelu, chociaż poszukiwany był krajowymi i międzynarodowymi listami gończymi, i przymusowo trzy razy dziennie torturowałem tego wydelikaconego weganina szpitalnym cateringiem.
Ze szczegółowego zapisu zwierzeń skruszonego aferzysty w trzy tygodnie ulepiłem książkę pt. „Po drugiej stronie lustracji”, aliści po opłaceniu ogłoszeń o sprzedaży wysyłkowej w niskonakładowych dziennikach („Dziennik Trybuna” i „Gazeta Polska”), a także w wielkonakładowej „Gazecie Wyborczej”, okazało się, że redaktor Michnik, po zasięgnięciu opinii swoich prawników, postanowił zdjąć z kolumn moje ogłoszenie, ponieważ było ono „niezgodne z polityką redakcyjną”. Pieniądze zostały zwrócone co do grosza, ale szkodę poniosłem niepowetowaną, ponieważ na przygotowanie i druk książki zaciągnąłem lichwiarski kredyt. Michnik naraził mnie na przejściowe kłopoty finansowe, chociaż „za treść ogłoszeń redakcja nie odpowiada”. Puściłem to płazem Redaktorowi, bo czekały mnie znacznie większe kłopoty.
Otóż prezydent Aleksander Kwaśniewski, dla którego Adam Michnik był etatowym doradcą politycznym, na łamach „Gazety Wyborczej” stwierdził, że tak jak książka „Po drugiej stronie lustracji” ,tak i film dokumentalny Wiktora Krasuckiego pt. „Dramat w trzech aktach”, zainspirowany przez moją książkę i nakręcony dla programu TVP -1 , zawierają treści oszczercze. Słowa prezydenta sprawiły, że na polecenie Roberta Kwiatkowskiego, prezesa TVP i byłego szefa sztabu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego, trzyczęściowy film został zdjęty z anteny po wyemitowaniu drugiego odcinka. Szef Programu Pierwszego TVP Sławomir Zieliński , któremu brutalnie zgotowano coitus interruptus z sześciomilionową widownią filmu, próbował jeszcze bronić swojej cnoty przez zorganizowanie telewizyjnej dysputy na temat książki i filmu pod przewodnictwem szefa KRiTV Juliusza Brauna. W kopercie z papieru ręcznie czerpanego, przewiązanej atłasową wstążeczką, przechowuję zaproszenie mojej skromnej osoby do dyskusji z udziałem Braci Kaczyńskich, podpisane przez Sławomira Zielińskiego.
Obawiałem się blamażu, bo głos mim piskliwy, jak posłanka Senyszyn nie przymierzając, kamera telewizyjna robi ze mnie idiotę, a na domiar nieszczęścia urodę mam radiową. Ale zgodziłem się na udział, bo po debacie z Kaczyńskimi zwielokrotnieniu uległaby sprzedaż książkowych wyznań skruszonego aferzysty Cliffa Pineiry.
Jednak Bracia odmówili udziału w dyskusji, bo jak powiedział brat Jarosław : „Nie będziemy taplać się z błocie!” Dyskusja moderowana przez Juliusza Brauna, szefa KRRiTV i przyszłego dyrektora Zarządu TVP SA, to dla Braci taplanie się w błocie! Stryj Grzegorza Bauna, sławnego pogromcy świec chanukowych w kuluarach sejmowych, za komuny przesiedział pół roku w ciężkim więzieniu Załęże -Rzeszów, natomiast w czasach demokratycznej III RP zachowywał się do tego stopnia przyzwoicie, że aż zaproszony został do członkostwa Rady Mediów Narodowych w latach 2016–2022 przez liderów Zjednoczonej Prawicy…
O mojej ciężkiej przygodzie wydawniczej w ogóle nie byłoby warto wspominać, gdyby po klęsce wyborczej PiS, Juliusz Braun w grudniu 2023 nie stał się głównym doradcą i pomocnikiem premiera Tuska w dziele przywracania ładu demokratycznego w mediach publicznych, zawłaszczonych i spacyfikowanych przez Zjednoczoną Prawicę. No i gdyby Sławomir Zieliński , po przejęciu rządów w TVP przez prezesa Jacka Kurskiego nie musiał ustąpić z funkcji dyrektora programowego TVP, bo na jego stanowisko już czekała osławiona Joanna Kurska… Decyzją „likwidatora TVP” Sławomir Zieliński ponownie mianowany został na stanowisko „dyrektora programowego”.
Na uwagę zasługuje ten oczywisty fakt, że ja w krytycznym czasie sympatyzowałem z właściwymi ludźmi i cieszyłem się ich zaufaniem, gdy tymczasem Michnik chronił braci Kaczyńskich całą potęgą swojej „Gazety Wyborczej”, czym przyczynił się do zawłaszczenia Polski przez koalicję Zjednoczonej Prawicy.
Gdyby Adam Michnik na momencik tylko przestał być politykierem i, przez wzgląd na prawo i sprawiedliwość elementarną, wydrukował mój list do Redaktora Naczelnego „GW”, którym chciałem powiadomić opinię publiczną, że Jarosław Kaczyński z bratem Lechem Kaczyńskim przytargali do sądu fałszywego świadka, skarbnika partii Porozumienie Centrum, niejakiego Stanisława Rojka, nigdy nie byłbym uznany za winnego oszczerstwa w procesie cywilnym wytoczonym mi przez braci Kaczyńskich, a Polska, być może, raz i na zawsze byłaby uwolniona od niszczycielskiej i przestępczej aktywności Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie moja książka „Po drugiej stronie lustracji” usunięta została z księgarń i z katalogu Biblioteki Narodowej, a film Krasuckiego w TVP Jacka Kurskiego najprawdopodobniej został zniszczony, lecz ja zachowałem kasetę VHS z dwoma odcinkami „Dramatu w trzech aktach” , gdzie skarbnik „partii braci Kaczyńskich”, , gdy nikt nie przykładał mu pistoletu do głowy, sam z siebie wygłosił jedno tylko zdanie , które ma swój podmiot i orzeczenie: „Przyjmowałem od Ciffa Pineiro pieniądze , ale nie była to korupcja, bo darczyńca w zamian za donację niczego od partii nie chciał.” W sądzie natomiast Rojek szedł w zaparte i utrzymywał, że od Cliffa Pineiro nie przyjął ani jednego centa, ani jednej złotówki.
Miałeś Adamie miecz w ręku i mogłeś od jednego zamachu uciąć łeb hydrze. Ostał ci się jeno pereł sznur.
W drugiej połowie listopada 2018 roku pocztą zwykłą z Zakładu Karnego nr 2 w Łodzi otrzymałem list od ekstradowanego z Ameryki postkomunistycznego prezesa Universalu, Dariusza Przywieczerskiego. „As” i „Napoleon biznesu” na dzień przed ogłoszeniem wyroku w procesie FOZZ, skazującego go na 3,5 roku więzienia, przeniósł się wraz z całym swoim olbrzymim majątkiem za ocean i przez dwanaście lat w rezydencji na Florydzie, w cieniu palm i wśród wodotrysków, korzystał ze słonecznej pogody dla bogaczy. Ani na kopercie, ani też w środku, nie było najmniejszego śladu, potwierdzającego, że list wysłany został za wiedzą i zgodą naczelnika więzienia.
Gryps zdradzał najpilniej strzeżoną tajemnicę państwową, że na mocy wyroku Trybunału w Strasburgu z maja 2018 roku, rząd Polski co do grosza wypłacił „mózgowi afery FOZZ” pięć tysięcy euro odszkodowania za to, że sądzony był z naruszeniem artykułu 6 Konwencji o Prawach Człowieka. Ze szczegółowego, liczącego osiemdziesiąt stron, uzasadnienia wyroku, wywnioskowałem, że Przywieczerski nie ukradł Polsce ani jednego dolara. Prezes Universalu był w kwestii dolarów FOZZ co najmniej częściowo niewinny, tak jak jesiotr u Bułhakowa był tyko częściowo zepsuty i miał etykietkę „drogiej kategorii świeżości”.
Kiedy baron Przywieczerski szedł do polskiego więzienia, grały jemu surmy zbrojne, asystowała mu prasa , radio i telewizja, a minister Ziobro wygłaszał płomienne przemówienia o „komunistach i złodziejach”. A potem zapadła złowieszcza cisza, bo redaktor Michnik mojego listu w sprawie odszkodowania w kwocie 5. tys. euro za sądzenie z naruszeniem Karty Praw Człowieka, ma się rozumieć, nie wydrukował. Upłynęło już pięć długich lat. Czy baron Dariusz P. na amen zdezerterował z więzienia, jak przydarzyło się to generałowi Zagórskiemu wkrótce po majowym zamachu Piłsudskiego w 1926 roku? A może tyko zmarł po cichu, bo był ciężko chory i miał w sercu amerykański rozrusznik? Jeśli tak, to dokąd przemieściło się jego ciało? Może z zastosowaniem technologii, opracowanej przez polskich naukowców z obozowej placówki w Berezie Kartuskiej, „czerwony baron” rozpuszczony został w stosownej mieszance kwasów?
Nie będę poszukiwał Przywieczerskiego, umywam ręce od procesu aferzystów FOZZ, który potoczył się z naruszeniem prawa unijnego. Bo w mojej skrzynce mailowej przechowuję krótki komunikat nadany przez nieznaną mi damę imieniem Barbara,w którym przekazana była prośba uwięzionego w Warszawie biznesmena , żebym poniechał wszelkich działań w obronie jego wolności. Na mój węch, Baron musiał z siepaczami Jarosława Kaczyńskiego zawrzeć umowę, że po krótkim sądowym nudziarstwie, będzie odesłany z powrotem do swoich palm i wodotrysków na Florydzie.
A Michnik, jak to Michnik, nie miał żadnej wiedzy o tajnym układzie, bo prowadził swoje szeroko zakrojone „śledztwo dziennikarskie”.
Jakub Kopeć
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

