
Nachum Kaplan
Wielka Brytania, Kanada i Australia: miliony funtów i ani jednej poważnej refleksji.
W tym tygodniu to nieistotne anglosaskie trio – Wielka Brytania, Australia i Kanada – zebrało się, by udowodnić, że żadna lekcja nie jest na tyle oczywista, by nie potrafili jej zignorować lub źle zinterpretować.
Ich najnowszym pomysłem jest utworzenie „Międzynarodowego Funduszu Pokojowego” dla Izraelczyków i Palestyńczyków. Program ten będzie przyznawał dotacje organizacjom społeczeństwa obywatelskiego, aby – zgodnie z treścią towarzyszącego mu oświadczenia, które jako jedyny przeczytałem w całości – „wspierać wysiłki na rzecz budowania pokoju w celu stworzenia warunków dla trwałego pokoju”.
Przed przeczytaniem dalszej części tekstu warto usiąść.
Każdy z tych krajów wniesie w ciągu najbliższych trzech lat astronomiczną sumę jednego miliona funtów. Mają przy tym nadzieję, że inne rządy dołączą do tej szlachetnej krucjaty – o ile to sformułowanie nie jest w tym kontekście zbyt niepoprawne politycznie. Pieniądze zostaną przeznaczone na inicjatywy, które rzekomo promują rozwiązanie dwupaństwowe, zasypują podziały, wzmacniają społeczeństwo obywatelskie, wspierają dialog oraz budują fundamenty pod pokój – i inne cele będące kompletną mrzonką.
W tej całej naiwności jest coś niemal wzruszającego.
Trzy rządy spojrzały na dymiące ruiny Gazy, następstwa wydarzeń z 7 października, upadek iluzji z Oslo, wzrost znaczenia irańskich sojuszników oraz całkowitą radykalizację palestyńskiej polityki i doszły do wniosku, że do przełamania monotonii brakowało tam po prostu kilku dodatkowych warsztatów z baklawą, chałwą i niekończącymi się filiżankami herbaty. Bliski Wschód jest najwyraźniej o krok od harmonii – potrzeba mu tylko jeszcze jednej konferencji z dobrym cateringiem. Gdzieś w biurze jakiś konsultant już przygotowuje prezentację w PowerPoincie.
Samo oświadczenie to niezwykły dokument. Brzmi mniej jak deklaracja polityki zagranicznej, a bardziej jak tekst wygenerowany przez sztuczną inteligencję, którą wyszkolono wyłącznie na uniwersyteckich broszurach o różnorodności i komunikatach prasowych ONZ. W całym tym przedsięwzięciu uparcie ignoruje się rzeczywistość.
Pierwszym problemem jest ślepe zauroczenie samą ideą rozwiązania dwupaństwowego. Oświadczenie to bezrefleksyjnie zakłada, że utworzenie dwóch państw pozostaje oczywistym celem, do którego zmierzają wszyscy rozsądni ludzie. To dyplomatyczny kult cargo. Urzędnicy wciąż powtarzają ten frazes, ponieważ robią to od 30 lat. Jednak rzeczywistość poszła naprzód.
Większość Izraelczyków nie wierzy już, że państwo palestyńskie przyniesie pokój. Oprócz ofiar cywilnych, 7 października pogrzebał również to, co pozostało z izraelskiej wiary w tezę, że ustępstwa terytorialne automatycznie prowadzą do umiarkowania. Taka strategia spektakularnie zawiodła w Strefie Gazy. Większość Palestyńczyków również nie popiera rozwiązania dwupaństwowego – wielu z nich w ogóle sprzeciwia się istnieniu państwa żydowskiego.
A jednak Wielka Brytania, Australia i Kanada trzymają się kurczowo tej dyplomatycznej relikwii z lat 90., jakby była świętą księgą. Rozwiązanie dwupaństwowe funkcjonuje dziś mniej jako propozycja polityczna, a bardziej jako rytualna inkantacja: wypowiedz zaklęcie, zapal świece, powtórz mantrę i patrz, jak nic się nie dzieje.
Kolejnym problemem jest niezmiernie komiczne i pozbawione treści sformułowanie „wzmocnienie społeczeństwa obywatelskiego”.
Palestyńskie społeczeństwo obywatelskie funkcjonuje w kulturze politycznej, w której organizacje terrorystyczne cieszą się ogromnym poparciem, terroryści są celebrowani, szkoły i media gloryfikują przemoc, a kolejne pokolenia wychowują się w narracji uniemożliwiającej pokojowe współistnienie. Główną przeszkodą w rozwoju Palestyny nie jest brak dialogu czy warsztatów. Jest nią systematyczna normalizacja islamskiego ekstremizmu w palestyńskiej polityce i kulturze. Społeczeństwa nie da się wzmocnić, gdy jego kultura polityczna wciąż nagradza tych, którzy je niszczą.
Gdyby Wielka Brytania, Australia i Kanada naprawdę chciały wzmocnić palestyńskie społeczeństwo obywatelskie, zażądałyby położenia kresu przemocy, finansowaniu terroryzmu, korupcji oraz niekończącemu się „przemysłowi ofiar”, który pochłonął miliardy dolarów, przynosząc jedynie zależność i poczucie krzywdy. To wymagałoby jednak niewygodnych rozmów, które są znacznie trudniejsze niż organizowanie seminariów.
Zachodni dyplomaci mają niemal religijną wiarę w dialog, który postrzegają jako panaceum na wszystko – od terroryzmu, przez wojnę, po ideologię ludobójczą. Jednak szansa, że dialog uzdrowi stosunki izraelsko-palestyńskie, jest znikoma. To przekonanie naiwne i świadczące o rażącej nieznajomości historii. Dialog nie zakończył II wojny światowej – alianci nie zebrali się przy ognisku, by prosić nazistów o podzielenie się swoimi odczuciami pod baldachimem jodeł w Czarnym Lesie. Niektóre konflikty trwają, ponieważ jedna strona dąży do porozumienia, a druga do absolutnego zwycięstwa. Żadne ćwiczenia budujące zaufanie tego nie zmienią.
Urzędnicy, którzy wysmażyli ten raport dla trójki z Commonwealthu, zapewne nigdy nie zadali sobie pytania, dlaczego poprzednie inicjatywy dialogowe poniosły fiasko. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest zwykła głupota, bo odpowiedź nie należy do skomplikowanych. Dialog działa wtedy, gdy obie strony uznają wzajemną legitymację. Nie działa, gdy jedna ze stron konsekwentnie uczy swoje dzieci, że ta druga nie ma prawa istnieć.
Niezwykły opis ostatnich wydarzeń zawarty w oświadczeniu również wyróżnia się swoją absurdalnością.
„Robimy to w momencie poważnego kryzysu w Izraelu i Palestynie” – stwierdzili ministrowie. „Ostatnie trzy lata miały druzgocący i dehumanizujący wpływ na ludność cywilną”.
Rzeczywiście miały. Zastanawiam się jednak, czy w tym okresie wydarzyło się coś konkretnego, co mogło się do tego kryzysu przyczynić? W oświadczeniu zdołano omówić ogrom zniszczeń, traktując ich przyczyny jako kwestię całkowicie drugorzędną.
7 października nie był zjawiskiem pogodowym. Wojna nie wybuchła spontanicznie z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Rozpoczęła się, ponieważ Hamas – ogarnięci szałem, obłąkani dżihadyści, którzy dopuścili się największej masakry Żydów od czasów Holokaustu – przeprowadził na Izrael zmasowany atak siłami wielkości brygady. Ten szczegół pozostaje jednak niezwykle niewygodny dla tych, którzy wolą opisywać konflikt w stronie biernej. Żydzi zostali wymordowani, a mimo to dyplomatyczny dyskurs brzmi tak, jakby nikt nie był za to odpowiedzialny.
Kanada, Australia i Wielka Brytania opanowały do perfekcji osobliwy talent do omawiania terroryzmu z pominięciem samych terrorystów. Każdy skutek przyciąga ich uwagę; każda przyczyna jest grzecznie ignorowana. Pozwala to urzędnikom podtrzymywać wygodną fikcję, że wszystkie strony są w równym stopniu odpowiedzialne za konflikt – co jest równie prawdziwe jak twierdzenie, że koale żyją w oceanie.
Pozostaje jeszcze kwestia samych pieniędzy. Trzy miliony funtów w trzy lata. Milion od każdego rządu. Ta kwota w zderzeniu z realnymi potrzebami jest tak śmieszna, że brzmi jak satyra. Iran wydaje bez porównania większe sumy na finansowanie swoich organizacji terrorystycznych, których celem jest destabilizacja regionu. Katar wpompował w Strefę Gazy miliardy. Międzynarodowa pomoc dla Palestyńczyków na przestrzeni dziesięcioleci osiągnęła astronomiczne rozmiary i nie przyniosła żadnych trwałych rezultatów.
Mimo to brytyjscy, australijscy i kanadyjscy urzędnicy święcie wierzą, że wrzucenie kilku dodatkowych milionów funtów na „inicjatywy pokojowe” zmieni bieg jednego z najdłuższych konfliktów w nowoczesnej historii. To myślenie tak oderwane od rzeczywistości, że przypomina zły trip po LSD.
To czysto symboliczny gest, mający przede wszystkim uspokoić sumienia tych, którzy go wykonują. Docelowym odbiorcą nie są Izraelczycy ani Palestyńczycy, lecz zachodni wyborcy, którzy uwielbiają słuchać mdłych frazesów o „budowaniu pokoju” i „społeczeństwie obywatelskim”. Fundusz powstał, bo brzmi humanitarnie. To, czy cokolwiek osiągnie, jest kwestią drugorzędną – a może nawet trzeciorzędną.
Jedną z najbardziej wymownych cech tego ogłoszenia są jego autorzy. Wielka Brytania, Australia i Kanada reprezentują specyficzną formę zachodniej dysfunkcji politycznej. To kraje rządzone przez elity, które mylą retorykę ze strategią, a procedury z realnymi wynikami. Pozostają głęboko przekonane, że każdy problem da się rozwiązać za pomocą komisji, dotacji, konsultacji, zaangażowania interesariuszy i starannie wyważonych komunikatów prasowych – od których człowiekowi zbiera się na mdłości.
Trzy rządy, jeden idiotyczny fundusz pokojowy
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

