
Komunistyczna Polska, Gomułka i rok 1968
Samuel J. Hyde
W XX wieku powstało wiele reżimów, które kłamały na własny temat. Jednak niewiele z nich czyniło to z taką flegmatyczną pewnością siebie, jak komunistyczna Polska. Kłamała nie tylko przed światem, ale i przed samą sobą – a być może to właśnie jest najbardziej niebezpieczny rodzaj oszustwa.
Polska wyszła z II wojny światowej niczym człowiek, który przeżył katastrofę, by wkrótce odkryć, że samo przetrwanie stało się nie do zniesienia. Miasta leżały w gruzach, a w powietrzu unosił się zapach ruiny. Pod gruzami kryło się jednak inne zniszczenie – mniej widoczne, lecz bardziej przerażające. Przed wojną Polska była siedzibą jednej z największych cywilizacji żydowskich w Europie; mieszkało tam ponad trzy miliony Żydów, którzy tam dyskutowali, modlili się i żyli. Potem nadeszła niemiecka machina śmierci: Treblinka, Sobibór, Majdanek, Chełmno, Auschwitz. Nazwy te nie należą już wyłącznie do geografii – należą teraz do sumienia ludzkości.
Nowe władze komunistyczne od razu zrozumiały, że antysemityzm nie może być dłużej postrzegany jedynie jako jedno z wielu wulgarnych uprzedzeń. Po Hitlerze antysemityzm został skażony całkowitą klęską; zaczął nieść ze sobą odór krematorium. Reżim potępił go zatem w sposób bezwzględny, nazywając „reakcyjnym”, „burżuazyjnym” i „faszystowskim”. Państwo socjalistyczne przedstawiało się jako ostateczne zwycięstwo nad starym europejskim barbarzyństwem.
Przekonanie to znalazło odzwierciedlenie w prawie. 31 sierpnia 1944 r. wydano tzw. Dekret Sierpniowy („Dekret Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w sprawie karania zbrodniarzy faszystowsko-hitlerowskich i zdrajców narodu polskiego”). Ustanowił on mechanizmy prawne służące ściganiu kolaborantów i zbrodni wojennych. Przemoc antysemicka mogła być teraz ścigana jako kategoria zbrodni faszystowskiej. Państwo wierzyło, że dokonało moralnego egzorcyzmu za pomocą ideologii i paragrafów.
Historia rzadko jednak podporządkowuje się dekretom. W lipcu 1946 roku w Kielcach zamordowano czterdziestu dwóch Żydów, a wielu innych raniono w pogromie wywołanym oskarżeniem o porwanie chrześcijańskiego dziecka w celu rytualnego morderstwa. Starożytne oszczerstwo powróciło, jakby czas stanął w miejscu. Cywile, robotnicy, członkowie milicji i żołnierze rzucili się na ocalałych z Holokaustu, mieszkających w budynku przy ulicy Planty – bili ich, strzelali do nich i ścigali po klatkach schodowych.
Europa była świadkiem eksterminacji sześciu milionów Żydów. Auschwitz wciąż stało na polskiej ziemi niczym rana otwarta ku niebu. Popioły zmarłych ledwie zdążyły opaść, a najstarsza halucynacja kontynentu powróciła w ciągu zaledwie roku. Żyd ponownie stał się ucieleśnieniem mrocznej, metafizycznej zgnilizny.
Władze komunistyczne zinterpretowały pogrom ostrożnie, a może raczej nieuczciwie. Oficjalna propaganda upierała się, że przemoc zorganizowały „faszystowskie i antykomunistyczne elementy podziemia”, dążące do destabilizacji socjalizmu. Choć takie grupy istniały, wyjaśnienie to więcej ukrywało, niż ujawniało. Pogrom wyłonił się z gęstej atmosfery paniki, urazy, mitów, traumy wojennej i sporów o majątek. Żydzi powracający z obozów odkrywali często, że ich domy zajmują obcy ludzie. Sam fakt powrotu ocalałego stawał się oskarżeniem.
Nawet dziś trwają kontrowersje wokół roli służb bezpieczeństwa w pogromie. Niektórzy dopatrują się w tym manipulacji lub prowokacji. Dowody pozostają niejednoznaczne, lecz zasadnicza prawda jest oczywista: katastrofa Holokaustu nie wyleczyła Europy z antysemityzmu – ona po prostu wyczerpała ją fizycznie.
W następstwie Kielc z Polski uciekły dziesiątki tysięcy Żydów. Ocalali, którzy przetrwali Hitlera, zrozumieli, że w krainie umarłych nie ma dla nich przyszłości. A jednak komunistyczna Polska nadal upierała się przy swojej moralnej niewinności. Konstytucja z 1952 roku gwarantowała równość, organizacje antysemickie były zakazane, a państwo ogłosiło, że dzięki socjalizmowi przezwyciężyło nienawiść etniczną.
Potem nadszedł rok 1968 – moment jednego z największych moralnych załamań powojennej Europy. Pod koniec lat 60. reżim Władysława Gomułki wszedł w okres stagnacji. Gomułka, niegdyś widziany jako reformator, który miał złagodzić stalinizm, stał się twarzą biurokracji, cenzury i niedoborów. Uniwersytety stały się ośrodkami buntu sfrustrowanych intelektualistów, a młodzi Polacy, wychowani po wojnie, nie odczuwali już lęku, który wcześniej legitymizował władzę komunistyczną.
Kryzys wybuchł otwarcie po zdjęciu z afisza Teatru Narodowego „Dziadów” Adama Mickiewicza – dzieła o głębokim znaczeniu symbolicznym, kojarzonego z oporem wobec ucisku. Demonstracje rozprzestrzeniły się po kraju, policja pobiła studentów, aresztowano intelektualistów. W obliczu utraty autorytetu, kwestia żydowska znów stała się narzędziem politycznym.
W kierownictwie partii frakcja skupiona wokół Mieczysława Moczara kultywowała formę komunistycznego nacjonalizmu, przesiąkniętego populizmem i szowinizmem. Przedstawiali się jako „autentyczni patrioci” w opozycji do „kosmopolitycznych elit”. Wojna sześciodniowa z 1967 roku dała im idealny pretekst. Moskwa zareagowała propagandą antysyjonistyczną, a Gomułka ostrzegł przed „piątą kolumną syjonistów” w Polsce.
Wystarczyło żydowskie pochodzenie. Osoba mogła być całkowicie zasymilowana, świecka i wroga wobec Izraela, a mimo to stać się celem kampanii. Funkcjonariusze przeszukiwali archiwa, usuwając Żydów z uczelni, gazet i wojska. Rodziny, które przetrwały Hitlera, po raz kolejny odkryły, że nie należą do narodu. Wydawano im dokumenty podróżne w jedną stronę, często zmuszając do zrzeczenia się obywatelstwa. W latach 1967–1968 wypędzono około trzynastu tysięcy polskich obywateli pochodzenia żydowskiego.
To właśnie czyni komunizm w tym wydaniu filozoficznie nie do zniesienia. Reżim szczerze wierzył, że jest antyrasistowski. Wielu partyjnych decydentów uważało się za oświeconych ludzi służących sprawiedliwości, podczas gdy dokonywali czystek. Państwo zakazało antysemityzmu prawnie i retorycznie, ale przy pierwszym poważniejszym kryzysie Żydzi ponownie stali się „naczyniem”, do którego wlano narodowe niepokoje.
Każda zamknięta ideologia potrzebuje „nieczystego elementu”, aby wyjaśnić chaos i nadać kryzysowi konkretny kształt. Dlatego społeczeństwa przekonane o własnej moralnej doskonałości najtrudniej dostrzegają własne uprzedzenia – wierzą, że zło należy wyłącznie do ich wrogów.
Do 1968 roku wielu zrozumiało, że komunistyczny uniwersalizm nie wykroczył poza barbarzyństwo Europy; on je jedynie przetłumaczył. Antyfaszyzm stał się maską, pod którą reorganizowały się dawne urazy. Największym zagrożeniem nie była prymitywna doktryna rasowa, lecz coś zimniejszego: społeczeństwo tak pewne własnej cnoty, że potrafiło wypędzać Żydów, wierząc szczerze, iż nie jest zdolne do nienawiści.
Kraj, który uznał antysemityzm za przestępstwo i wygnał swoich Żydów
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


”…dokumenty podróżne w jedną stronę, często zmuszając do zrzeczenia się obywatelstwa” – niescisle. Zrzeczenie sie obywatelstwa bylo WARUNKIEM rozpoczecia staran o uzykanie tzw. ”dokumentu podrozy”
Niestety obecnie podobna fala „moralnosci” ogarnia cala Europe, lacznie z palestiniarizmen jako religia na modzie…
„Zydzi winni wszystkiemu” (a Hamas i inni palestynczycy to niewinne golabki), chociaz z reguly oskarzenie nieco ukryte pod plaszczykiem syjonizmu albo izraelczyków.
A w miedzyczasie morduje sie i przesladuje lokalnych Zydów, w praktyce zmuszajac ich do uczieczki do Izraela.
Teraz powiedz, o przechodniu, kto jest de facto syjonistom w dniu dzisiejszym: Zyd, który ma swoje sympatie do Izraela – ale normalnie wybiera zyc i pracowac w Europie – czy palestinarista co zmusza europejskiego Zyda do wyjazdu do Izraela, czyli Syjonu… I niniejszym udowadnia ze Izrael musi nadal miec dominacje zydowska, panstwem glównie Zydowskim, bo inaczej bedzie zle i stana sie dantejskie sceny.