.

Przez większość życia myślałem, że „zły Żyd” to ktoś taki jak ja.
Nie byłem ortodoksyjny. Nie przestrzegałem zasad koszerności. Zjadłem więcej krewetek, homarów i cheeseburgerów, niż jestem w stanie zliczyć. Pracowałem dla Berniego Sandersa, choć później tego pożałowałem. Moja żona jest konwertytką i mam nadzieję, że moja córka wyjdzie za mąż z miłości, a nie z powodu czyjejś akceptacji jej wyboru.
Dorastając w diasporze, określenie „zły Żyd” było niemal żartem. Tak nazywaliśmy siebie, gdy czuliśmy, że nie jesteśmy „wystarczająco żydowscy”.
Jednak nie stałem się tym, kim jestem, sam z siebie. Część mojej tożsamości została mi narzucona z zewnątrz, a część musiałem odkryć samodzielnie, zdejmując warstwy tego, kim świat kazał mi być.
Łatwo wskazać to, co pochodziło z zewnątrz. Praca dla Sandersa nauczyła mnie, jak łatwo pomylić przynależność do ruchu z kierowaniem się zasadami. Lata obserwowania aktywistów, polityków i instytucji, które na nowo wytyczały granice tego, kto może być „dobrym” Żydem, nauczyły mnie, ile kosztuje konformizm. Potem nadszedł 7 października – ludzie, których uważałem za sojuszników, zamilkli lub, co gorsza, zachowali się jeszcze gorzej. To była najszybsza lekcja w moim życiu.
Ale ta druga część – ta najważniejsza – nie przyszła z zewnątrz. Pochodziła z wnętrza, z czegoś, co ignorowałem przez lata.
W wieku 50 lat postanowiłem modlić się codziennie i nakładać tefilin każdego ranka. Dziś, mając 51 lat, stało się to moją rutyną. Nie dlatego, że ktoś mnie do tego zmusił, ani dlatego, że nagle stałem się bardziej religijny. Po prostu w końcu przestałem zagłuszać głos, który wołał do mnie od lat. To była moja decyzja. Nikt inny nie zasługuje na uznanie za ten krok.
Na tym polega różnica między dwiema siłami, które mnie ukształtowały: światem próbującym wtłoczyć mnie w swoje wygodne ramy oraz mną samym, wsłuchującym się w to, kim naprawdę jestem.
Dzisiaj „zły Żyd” to już nie ten, kto je bekon czy omija synagogę.
Zły Żyd to ten, kto odmawia przeprosin za to, że jest Żydem. Ten, kto nie daje się zastraszyć, by porzucić Izrael. Ten, kto nie zmienia definicji antysemityzmu tylko po to, by inni czuli się bardziej komfortowo. Ten, kto nie ugnie się przed modną polityką ani terrorem. Ten, kto mówi: „Nie. Nie macie prawa decydować, jak powinna wyglądać moja żydowska tożsamość”.
Dwa dni temu wydarzyło się coś, co ostatecznie skłoniło mnie do napisania tego tekstu.
Izba Reprezentantów głosowała nad poprawką Thomasa Massiego, która zniosłaby całą roczną pomoc bezpieczeństwa USA dla Izraela w wysokości 3,3 miliarda dolarów. Rekordowa liczba 103 demokratów zagłosowała za. Wśród nich byli Jamie Raskin, Jan Schakowsky i Becca Balint – wszyscy pochodzenia żydowskiego. Nancy Pelosi zagłosowała za. Katherine Clark, druga pod względem rangi demokratka, również. Jerry Nadler, współprzewodniczący Kongresowego Klubu Żydowskiego, nie wziął udziału w głosowaniu z powodu nagłego wypadku medycznego w rodzinie, a później stwierdził, że zagłosowałby na „nie”.
Nie byłem zaskoczony. I w tym właśnie tkwił problem.
Zaledwie dwa miesiące wcześniej czterdziestu demokratów w Senacie zagłosowało za zablokowaniem sprzedaży broni do Izraela. Rezolucje te sporządził Bernie Sanders – Żyd – a poparli je Adam Schiff, Ron Wyden oraz Elissa Slotkin. Chuck Schumer i Richard Blumenthal zagłosowali przeciw. Ta sama partia. Ta sama wiara. Różne wybory.
Dwa głosowania, dwie izby, ten sam kierunek. Zdałem sobie sprawę, że nie chodzi tu o pomoc wojskową. Chodzi o to, kogo etykietuje się jako „dobrego”, a kogo jako „złego” Żyda – i kto ma prawo tę definicję narzucać.
To kompromis, na który nieustannie idą niektórzy z moich żydowskich kolegów w Kongresie. Głosuj z postępowym skrzydłem, a zyskasz poparcie bazy. Głosuj za Izraelem, a nazwą cię ekstremistą. To nie jest przekonanie. To polityczna wygoda. Robienie tego pod żydowskim nazwiskiem nie czyni tego bardziej wybaczalnym, lecz bardziej użytecznym dla tych, którym to służy. Pozwala najgłośniejszym krytykom Izraela twierdzić: „Nawet żydowscy członkowie Kongresu zgadzają się z nami”. To wybiela atak.
To człowiek, który zamienia solidarność z własnym narodem na polityczną wygodę.
Nie jest to nic nowego, gdy już raz się to dostrzeże. Sto lat temu Wiedeń wybrał burmistrza Karla Luegera, który zbudował swoją karierę na antysemityzmie. Młody Adolf Hitler obserwował go i nazwał „największym niemieckim burmistrzem wszech czasów”. Lueger miał żydowskiego mentora i żydowskich przyjaciół. Kiedy wytykano mu tę sprzeczność, odpowiadał krótko: „To ja decyduję, kto jest Żydem”. Historycy przytaczają to zdanie jako moment, w którym antysemityzm przestał udawać troskę o religię czy pochodzenie, a stał się narzędziem do zwalczania każdego, kto akurat był niewygodny.
Nowy Jork ma swoją własną wersję tego zjawiska. Burmistrz (sic!)* zrezygnował z miejskiej definicji antysemityzmu pierwszego dnia urzędowania. Potępi swastykę, ale nie nazwie dyskryminacją odmawiania Żydom prawa do własnego państwa. Gdy w końcu spotkał się z przywódcami żydowskimi, sam ich wybrał – głównie tych, którzy go popierają – podczas gdy organizacje reprezentujące większość nowojorskich Żydów zostały pominięte. To nie jest przeoczenie. To zaktualizowana wersja słów Luegera: „ja decyduję, co jest nienawiścią, i ja decyduję, którzy Żydzi zasiądą przy stole”.
Tak naprawdę nigdy nie chodziło o moje zwyczaje koszerne ani o to, czy chodzę do synagogi. Chodzi o to, kto trzyma pióro w ręku.
Nadal jestem demokratą, nawet jeśli partia wciąż odwraca się od ludzi takich jak ja. Nie odejdę. Jestem Żydem. Jestem Izraelczykiem. Jestem Amerykaninem. Jestem demokratą. Wszystkie cztery rzeczy naraz, czy komuś się to podoba, czy nie. Jeśli czyni to ze mnie „złego demokratę”, niech tak będzie. Mam dość tego, że inni definiują moje żydostwo.
Można obserwować, jak ta gra toczy się w czasie rzeczywistym. Kongresman Dan Goldman, Żyd, bronił prawa Izraela do istnienia i samoobrony, jednocześnie otwarcie krytykując rząd Netanjahu. Mimo to kawiarnia na Brooklynie ogłosiła, że nie jest tam mile widziany ze względu na swoje poglądy, a wspomniany burmistrz nigdy nie nazwał tego antysemityzmem. Goldman przegrał później prawybory z Bradem Landerem, który wielokrotnie naciskał na niego, by nazwał działania Izraela w Strefie Gazy „ludobójstwem”.
W tym świecie Lander jest „dobrym Żydem”, a Goldman – „złym”. Ja postrzegam to dokładnie odwrotnie. Goldman pozostał wierny swoim przekonaniom i zapłacił za to polityczną cenę. Jeśli to właśnie dziś oznacza bycie „złym Żydem”, to się zgłaszam.
Przez wieki antysemici próbowali mówić Żydom, kim są. Teraz aktywiści, politycy, celebryci i tłumy w mediach społecznościowych próbują nam narzucić, jakimi Żydami wolno nam być. Bądź cichym Żydem. Przepraszającym Żydem. Żydem przydatnym politycznie. Żydem, który na zawołanie potępia Izrael. Żydem, który sprawia, że wszyscy inni czują się komfortowo.
Mam dość prób zdobywania czyjejkolwiek aprobaty. Mam dość dostosowywania się i udawania, że przetrwanie Żydów wymaga żydowskiego milczenia.
Jeśli stanie po stronie mojego narodu, odmowa rezygnacji z własnej tożsamości i sprzeciw wobec cudzych definicji czyni mnie „złym Żydem” – niech tak będzie.
Bo „zły Żyd” to już nie ten, kto nie spełnia rytuałów.
„Zły Żyd” to nie ten, kto je bekon.
„Zły Żyd” to nie ten, kto opuszcza nabożeństwa.
Zły Żyd to ten, który porzuca naród żydowski, gdy ten najbardziej go potrzebuje.
Nie będę

Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Rosyjskie przysłowie powiada: ”Простота хуже воровства” – w przybliżeniu można to przetłumaczyc jako ”Głupota gorsza niż złodziejstwo” – i rzeczywiście, coś takiego przychodzi na myśl gdy dowiadujemy się że w roku 1933 prawie 30% Żydów niemieckich zagłosowało na partię NSDAP, a bliżej naszych czasów – gdy czytamy o podobnej (albo i większej) proporcji Żydów amerykańskich głosujących na Obamę lub na Mamdani’ego. Nie dotyczy to jednak żydowskich członków Kongresu amerykańskiego głosujących za antyizraelską ustawą. Tych ludzi najlepiej opisuje stary – bo jeszcze przedwojenny – dowcip. Warszawa, ulicą Polną idzie Żyd. Przechodząc obok stoiska z gazetami trzymanego przez innego Żyda, zauważa nagle leżacy na samym przodzie egzemplarz ”Narodowca” – co ty robisz, człowieku! – woła z oburzeniem. – Czy ty nie wiesz że to jest potwornie antysemicka gazeta!? – Jak ja na każdym sprzedanym egzemplarzu zarabiam dziesięć groszy, to ona nie może byc tak całkiem antysemicka! – pada odpowiedz. – Tak jest dokładnie. Ci ludzie dla własnej tymczasowej wygody i utrzymania dochodów gotowi sprzedawać wszystko, w tym i siebie samych, i nas przy okazji.
„ Dobry Zyd” i demokrata ?
To się wyklucza !
Cały ten przydługi, lekko narcystyczny i dość pogmatwany wywód świadczy o mętliku w głowie autora . Za długo widać pracował dla Sandersa a teraz nagle oprzytomniał, i się szamocze pomiędzy osobistymi wynurzeniami a amerykańską polityką.
A codzienne modły ?
Wcale nie potrzeba codziennie wkładać tefilinu żeby zrozumieć co jest dziś moralnie dobre a co złe. Tego zla jest dużo więcej, niestety. Niemożność odróżnienia dobra od zła jest sama w sobie najgorszym złem. Jest to powszechne u ludzi.
Jestem skłonna wybaczyć taką ignorancję u nie -Żydow. Nikt nie ma obowiązku być ekspertem od spraw Izraela i lepiej żeby się nie wypowiadał na ten temat.
Ignorancja u Żydów jest niewybaczalna.
TO ŻE JESTEŚ NADAL DEMOKRATĄ TO JESTEŚ HIPOKRYTĄ. CO DO SANDERSA TO ON JEST DOBRYM ŻYDEM FASZYSTA ….
PS.
NIE MA POJĘCIA ”ZłY ŻYD”, BO ALBO SIĘ JEST ŻYDEM (DEFINICJA WEDŁUG TORY) ALBO SIĘ JEST GENETYCZNIE ŻYDEM A CAŁĄ RESZTĘ PRZYPOMNĄ CI ANTYSEMICI. SĄ TEŻ TZW ”ŻYDZI”, EREW RAV MeZERAH AMALEK.
NIESTETY NARÓD ŻYDOWSKI PRZEŻYWA NAJTRUDNIEJSZY OKRES DOSWIADCZEŃ ŻYCIA I PRZEŻYCIA (ZAROWNO OSOBISCIE JAK I OGOLNIE) … PONAD LUDZKĄ LOGIKĘ I ZROZUMIENIE.
Lewe skrzydło Dems jest nie tylko antyizraelskie lecz również mniej lub bardziej antysemickie.