.Jestem znów Zydem cz 31

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Nieudana próba likwidacji lub akcja, która uratowała mi życie. ( 2)

 

Nagle znalazłem dość gruby i długi drąg. Podniosłem go i gdy baran zaczął atakować uderzyłem go z całej siły. Drąg złamał się na pół a baran upadł.  Widocznie uderzenie oszołomiło go na chwilę.  Szybko wyskoczyliśmy na zewnątrz a tymi dwoma kawałkami drąga podparliśmy drzwi, na wypadek, gdyby baran odzyskał przytomność i chciał nas gonić. Ta cała scena trwała raptem kilka minut, ale dla nas była to wieczność.  Gdy byliśmy już na zewnątrz szybko położyliśmy się w wysokiej trawie.  Nasze zabawy w Indian teraz okazały się pomocne.  Dookoła słychać było strzelaninę a my czołgaliśmy się powoli w kierunku naszego byłego ogrodu warzywnego, który graniczył z ogrodem Cymermana. Było już dobrze po południu, gdy doczołgaliśmy się do wysokich trzcin i krzaków otaczających bagno. Musieliśmy wstać, żeby zobaczyć, gdzie postawić nogę.  Byliśmy całkowicie przemoczeni. Weszliśmy w krzaki i dalej w głąb bagna, aż dotarliśmy do jednej z wysepek. Kempa miała około 1,5 metra kwadratowego. Byliśmy pewni, że nikt nie zauważył naszego wejścia na bagna.  Kto odważyłby się tu wejść? Tylko tacy jak my, których życie było zagrożone. Zastanawialiśmy się jak długo będziemy mogli tu zostać?  Za kilka godzin zapadnie zmierzch, a potem będzie całkowicie ciemno. Nie wiedzieliśmy, jak wysuszyć nasze ubrania. Rozebraliśmy się do naga i wyżęliśmy naszą odzież. Wszystko strasznie cuchnęło.  Założyliśmy na siebie z powrotem mokre ubrania i tak suszyły się na nas. Nie mieliśmy wody do picia ani nic do jedzenia. Nie było nawet miejsca do spania. Można było tylko stać lub usiąść opierając się plecami o pień drzewa, które rosło po środku. Siedzieliśmy w milczeniu. Zrobiło się chłodno a nasza odzież jeszcze nie wyschła, za to pojawiły się komary, które gryzły nas bezlitośnie.  Było jasne, że nie możemy tu zostać na noc. Zdecydowaliśmy się, że przed zapadnięciem zmroku wyjdziemy z bagien, a gdy będzie zupełnie ciemno, zaczniemy szukać ratunku.  To była sytuacja, w której mogliśmy się zwrócić do pana Raduchowskiego. Obiecał pomóc nam właśnie w takim wypadku. Ale jak do niego dotrzeć? Wujkowi Jehoshule udało się prawdopodobnie uciec do Czerniawskiego na Salinie. Nie dostaniemy się tam teraz. Nie mieliśmy też szansy by dotrzeć do rodziny Raduchowskich. Chociaż wieś Gerynia znajduje się bliżej niż Salina, ale i tam trzeba przejść około trzy kilometry. Nie wiedzieliśmy, w którym domu w Geryni i w Salinie mieszkają ludzie, którzy mogą nam pomóc.  Nie wiedzieliśmy też, ile rodzin o nazwisku Czerniawski mieszka na Salinie i jak rozpoznać- u kogo ukrywa się wujek? Pukać do drzwi w środku nocy, a potem pytać się: „Czy to Państwo ukrywają wujka Jehoshuę?”

Gdy przeszło godzinę nie słyszeliśmy odgłosów strzałów zdecydowaliśmy się opuścić naszą kryjówkę na bagnie. Zdecydowaliśmy, że gdy będzie zupełnie ciemno, pójdziemy do domu sióstr Czerwińskich.  Ich dom był najbliżej i siostry Czerwińskie nas znały, bo nasi rodzice ukryli u nich część naszego dobytku.  Siostry mieszkają przy małej dróżce, z drugiej strony dworca kolejowego. Ta dróżka prowadzi z „Kolejówki” (Alei dr. Blumenthala), obok domu dra. Rajfaisena, do fabryki szpuntów Altmana.  Siostry z pewnością pozwolą nam przenocować i ukryć się u nich przez kilka dni, aż ustalimy co dalej robić.
Myśl o ucieczce na Węgry ciągle przychodziła nam do głowy. Ale w tej chwili to było niemożliwe.  Nie mieliśmy ani pieniędzy ani dodatkowej odzieży, oprócz tej mokrej, którą mieliśmy na sobie. Nie mieliśmy map ani kompasu bez których ciężko przejść przez Karpaty. I co zrobimy na Węgrzech nie znając języka ani nikogo do kogo można się zwrócić o pomóc? Było ciemno, gdy zbliżyliśmy się do stojącego na uboczu domu sióstr Czerwińskich. Okna były czarne. Czy one już śpią? Podeszliśmy do drzwi i delikatnie zapukaliśmy.  Drzwi się otwarły i jedna z sióstr stanęła przed nami. „Kto jesteście i czego chcecie?” spytała dość ostro. „Jesteśmy dziećmi Adlerów” odpowiedzieliśmy cicho. „Wynoście się stąd! nie mamy i nie chcemy mieć nic wspólnego z Żydami. Wynoście się, nie chcę was widzieć tutaj”. „Jak Pani może mówić coś takiego? przecież nasi rodzice zaufali wam i ukryli u was część naszego dobytku?” „Wasi rodzice wzięli wszystko co tu było, zanim ich zabrano.” „Pani Czerwińska, dookoła jest akcja. Niech nam Pani pozwoli zostać chociaż na jedną noc.” „Wynoście się, bo zawołam sąsiadów.” „Pani Czerwińska, może Pani ma dla nas jakiś stary koc, którym będziemy się mogli przykryć w polu? „. „Nie mamy nic. Wynoście się!”.  Nasze ubrania z pewnością porządnie cuchnęły mułem, ale te „cywilizowane” kobiety mogły przecież postąpić trochę inaczej z dwoma samotnymi chłopcami, głodnymi, brudnymi i spragnionymi. One przecież były zaprzyjaźnione z naszymi rodzicami. Doskonale wiedziały w jakiej trudnej sytuacji jesteśmy. Wiedziały, że nie jesteśmy przyzwyczajeni by być poza domem nocą.  Ale czego można było się spodziewać po nich?  One były tylko nauczycielkami.  Czego mógł oczekiwać się od nich „nieszczęśliwy Żyd”.  Nie dostaliśmy od nich nic. Ani schronienia, nie kawałka chleba czy kubka wody.  Wyrzuciły nas jak parszywe psy. Odeszliśmy bardzo rozczarowani, nie wiedząc co dalej robić i do kogo się zwrócić.  Staliśmy obok ich domu, pośrodku ciemnej dróżki. Naprzeciwko ich domu zauważyliśmy na tle nieba cztery słupy „obrogu” czyli stogu siana.  Przez małą furtkę w ogrodzeniu cicho zbliżyliśmy się do stogu siana. Zdecydowaliśmy się wspiąć po jednym ze słupów i zniknąć pod słomianym dachem. Objąłem słup rękoma a stopy wbiłem w siano. Krok po kroku wspiąłem się aż pod dach. Gdy dotarłem do szczytu, jedną ręką rozepchnąłem siano na boki, aż powstał otwór. Następnie wlazłem pod dach, do środka stogu siana.  Józik wdrapał się po mnie. Wewnątrz było jeszcze ciemniej niż na dworze. Wszystko musieliśmy robić jak najciszej i po omacku. Najpierw ułożyłem z powrotem zepchnięte przy wejściu siano. Potem zrobiliśmy w centrum stogu dziurę, która miała około 1,5 na 1,5 metra szerokości, i 70 centymetrów głębokości. Część siana wykorzystaliśmy, aby się nim nakryć. Nawet jeśli ktoś wejdzie na szczyt stogu siana, będziemy mogli wsunąć się głębiej w siano, jak robaki. Pomyśleliśmy, że gdybyśmy tylko mieli co jeść, wodę i miejsce, gdzie można załatwiać nasze potrzeby, moglibyśmy zostać tam przez całą zimę, a może nawet do marca lub kwietnia. Musielibyśmy wchodzić w siano jak krety albo myszy polne, coraz głębiej i głębiej, w miarę jak będzie wybierane do karmienia zwierząt. Dopiero kiedy siano by się skończyło nasza kryjówka przepadnie. Byliśmy pewni, że Armia Czerwona do tego czasu będzie już w Bolechowie.  Rozmyślaliśmy smutno o tym, że już druga polska rodzina okazała się nieczuła na nasze cierpienia. Pierwszą byli Poźniakowie, którzy zdecydowali się zostać Volksdeutschami, a ich synowie, nasi byli przyjaciele Edzio i Zbyszek, starali się odkryć naszą kryjówkę podczas drugiej wielkiej akcji, aby oddać nas w ręce Gestapo. Może i siostry Czerwińskie zostały również Volksdeutschami?

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: