Pamietniki z getta w Czestochowie( 10 )

Przyslal Wlodek Proskurowski

Pani Bolesława Proskurowska mieszkanka Częstochowy pochodzenia żydowskiego, żyła dziewięćdziesiąt dwa lata, zmarła w sierpniu 2006 roku. Zamieszczone wspomnienia pochodzą z zachowanych wywiadów przeprowadzonych z panią B. Proskurowską w końcowym etapie jej życia. Zgodnie z życzeniem zmarłej po śmierci pochowana została w grobie obok męża na cmentarzu Kule w Częstochowie. Teksty z taśm magnetofonowych spisała studentka politologii Akademii im Jana Długosza w Częstochowie pani Sylwia Chłodzińska. Zamieszczony tekst jest wersją opracowaną i autoryzowaną przez panie Annę Goldman, Halinę Wasilewicz, i pana Jerzego Mizgalskiego.


W obozie były też komiczne momenty. Nade mną spała bardzo ładna dziewczyna, blondynka, mężatka, ale ona w obozie znalazła sobie kogoś innego i gdzieś się tam wymykała do niego. Mówiła fatalnie po polsku. Była w obozie woda, w której nie wolno było myć puszek, w które się brało jedzenie, bo to była woda z jakichś sadzawek, które tam były wykopane. Ale była też woda wodociągowa i ją uruchamiano w czasie tej przerwy, kiedy nam dawano jeść jak byłyśmy na przykład po nocnej zmianie, bo to była woda wodociągowa, czysta.

Dziewczyna była po nocnej zmianie i ja byłam po nocnej zmianie, ona się wychyla z pryczy i pyta tak: Pani Proskirowska, czy Pani do bykacji, do ślaufu, umyć pyśke?. To były jedyne chyba komiczne momenty. Przeżyła i wyjechała z tym drugim z obozu do Australii. Inny przykład Żydzi próbowali mówić po polsku. Były też takie panie, nobliwe panie. Jedna była nawet dobrą znajomą mojej mamy. Obie żony adwokatów, spały naprzeciwko mnie i czasami bardzo się kłóciły. To jedna drugiej przesunęła siennik to druga tej pierwszej coś tam zrobiła. Jedna do drugiej mówi: Przecież twój mąż chodził najpierw ze mną!. No, ale ciebie zostawił dla mnie!. Prowadziły tego rodzaju rozmowy. Cały barak się schodził w jedno miejsce, żeby tego posłuchać. Kina nie było, teatru, telewizji, smutno było bardzo, więc chociaż jak się ktoś kłócił to można było przy tej kłótni ubawić się. Wyzwolenie obozu nastąpiło 17 stycznia, część Polaków nie przyszła już do pracy, więc wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Mogliśmy się tylko domyślać, że coś się dzieje.

Słyszeliśmy z daleka jakieś odgłosy strzałów. Ten obóz był tam, gdzie jest Wełnopol, na przedłużeniu alei Wolności ul. 1 Maja. Rosjanie szli od strony ul. Warszawskiej. Niemcy byli od rana strasznie podenerwowani, byli wściekli. Rano ja miałam iść do tego mojego Labor, do pracy, a byłam po nocnej zmianie. Mąż miał wówczas zawsze tylko dzienne zmiany. Kiedyś zaczepił go Niemiec, inżynier, spojrzał na niego w jakimś przejściu i powiedział: Słuchaj!. Po niemiecku. Ty wyglądasz na takiego, co się zna na rysunku technicznym. Jakie ty masz wykształcenie?. Mąż mówi: Mam politechnikę, tylko nie ukończyłem. No to będziesz pracował tam. I mąż nawet dosyć dobrze był widziany przez tego swojego majstra. Ktoś przyszedł z placu barakowego i powiedział mężowi, że mnie odstawili do wysyłki. Ja w tym czasie byłam po nocnej zmianie na terenie obozu, chociaż powinnam spać. Ja, jak zawsze cały czas bardzo się bałam, wtedy jakoś zebrałam się na odwagę i w jakimś momencie stamtąd smyrgnęłam. Wlazłam do baraku, nawet nie do swojego, i wlazłam pod taki zawszony, brudny, zapluskwiony siennik i leżałam pod nim jak mysz pod miotłą. Ktoś poszedł do fabryki, już nie wiem, w jakich okolicznościach i spotkał mojego męża, powiedział, że: Twoja żona jest odstawiona do wysyłki. Mąż poszedł do tego swojego majstra i prosił, żeby mnie wyciągnął. On był wściekły, strasznie go pobił, pokopał, bo już przecież wiedział, że muszą uciekać. Ktoś powiedział mi: Słuchaj wyłaź już spod tej pryczy. Te, co leżą pod siennikami niech już wychodzą, bo Niemcy uciekają!. Ja siedziałam tam pod tym siennikiem, jak spod niego wylazłam, widzę, że ludzi rozpuścili z pracy i że idą długim szeregiem, idą z pracy, wszystko wraca na teren barakowy. Wszyscy idą, mojego męża nie ma. Szedł na samym końcu. Mówię: Dlaczego już wszyscy wyszli?.

Bo ja myślałem, że nie mam już, po co wracać, że ciebie wywieźli!. W nocy rozdzielili nam ostatni chleb, jaki był. I od nas przez ogrodzenie było widać, że oni z kuferkami, z tobołkami i z tym wszystkim uciekają na kolei. Skrzynki drewniane kazali sobie wcześniej porobić. My byliśmy w obozie. Jeszcze wcześniej jeden z Niemców powiedział, że kto chce uciekać, to może z nim uciekać. I byli tacy Żydzi, którzy z nim wyszli i ci się wydostali na zachód.

Część trafiła do obozów moja koleżanka, była w Ravensbruck tam złapała gruźlicę, zmarła. Mężczyzn wywieźli do Mauthausen. Ludzie zaczęli przechodzić przez rzekę Stradomkę, która płynęła obok obozu. Gdzieś przez tą wodę przechodzili. Ja powiedziałam jednak, jak mamy przechodzić przez wodę, jest ciemno, zimno, mokro, jeszcze się potopimy. Poszliśmy do bramy, szła za nami kupa ludzi, która była nie z Częstochowy, powiedzieli, że od nas nie odejdą, że oni nie znają Częstochowy i nie wiedzą gdzie mają pójść. I podeszliśmy do bramy, mąż zaczął walić w tą bramę i mówił: Otwórzcie nam!. Przy bramie siedzieli polscy strażnicy i bali się, że Niemcy wrócą a oni będą odpowiadali za to, że wypuścili Żydów. Myśmy przy bramie bardzo łomotali i strażnicy nas wypuścili. Po wyjściu zobaczyliśmy, że z wszystkich stron się pali, niebo było czerwone, słychać było strzały. Tu się pali, tam się pali, żywej duszy nie ma, a my idziemy sobie. I przeszliśmy kawał drogi, z 1 Maja wzdłuż całej Alei Wolności, dochodzimy do skrzyżowania wolności z Alejami, czyli z tą główną ulicą. Idzie grupa Niemców w mundurach i pytają się: Kto wy jesteście?. Na przedzie szli tacy, którzy mówili po niemiecku, między innymi mąż, mówią: My jesteśmy Żydzi z obozu. A wyście uciekli?. Nie, nas wypuścili. Kazali nam iść. A czy wy chcecie zostać i czekać na Rosjan, czy wy chcecie iść z nami?. Nie. Tylko z wami! Tylko z wami!. Jak to, tak ich kochamy, tylko z nimi. To oni mówią: Bardzo dobrze. To idźcie za nami. Wy wiecie gdzie jest (Wu ist Schwarzen Madonna)?. Bo myśleli, że my w ogóle nie wiemy, co to jest Jasna Góra, chodziło o zachód. Jasna Góra jest na zachodzie Częstochowy. I oni poszli szybciej, bo oni uciekali, a myśmy szli za nimi powolutku, coraz wolniej, coraz wolniej, coraz wolniej i potem poszliśmy przed siebie i wyszliśmy.

Chcieliśmy iść do kolegi męża, ale tam była zamknięta brama, bo oni wszyscy siedzieli w piwnicy. Weszliśmy do jakiegoś innego domu. I jak się rano rozwidniło, to mieszkańcy tych domów zobaczyli, że mamy pomalowane pasy. Malowali nam olejną farbą pasy na okryciach, na wszystkim. Powiedzieliśmy tym mieszkańcom, że tam po drodze leżą walizki, które rzucili ci, co gdzieś uciekali. Sprawdzili czy Niemcy uciekali, trzymali nas przez pół dnia, żeby pozbierać te walizki. Potem wyszliśmy, weszliśmy do domu przy ul. Kilińskiego 28, skąd nas wyrzucili Niemcy. Chcieliśmy zająć jakieś puste mieszkanie. Były tram niemieckie szynele, powkładaliśmy je na siebie, bo było nam zimno. Rano przyszli Rosjanie i kazali wszystko oddać sobie, bo to jest ich, trofiejne. Trochę nie składnie to wyszło. To mi się przypomina coś z obozu, a to coś z wcześniejszego okresu. Zajęliśmy pokój razem z jedną dziewczyną, która rozpoznała tego Łotysza, w drugim pokoju mieszkało małżeństwo. Zaczęli przychodzić do nas ludzie, którzy gdzieś tam się przechowali. Wszyscy cieszyliśmy się sobą bardzo. Pytaliśmy o tych, których brakowało,brakowało większości.


cdn

Poprzednie czesci

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: