Granat

Zenek Rogala

 


                                                                                                                                                                                       

Do sklepu wchodziło się po półokrągłych schodach. Im wyżej, tym półkola były mniejsze. Tuż przed drzwiami, promień ostatniego półkola był już niewielki. Na środku półokrągłej fasady budynku znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi, a po ich obydwu stronach wielkie witryny sklepowe prawie od poziomu tego spłaszczonego, półokrągłego, schodowego tortu. Już z daleka widać było, że w sklepie jest pełno ludzi. Trochę w nieładzie stali w oczekiwaniu na dostawę towaru. Ustalenie kolejności nie było sprawą trudną, bo wszyscy się znali i każdy wiedział kiedy wszedł do sklepu, kogo tam zastał i w rezultacie jak tylko rzucą towar kolejka, niektórzy mówili ogonek, w try miga się ustawi. No, może będzie trochę przepychania, zwłaszcza przez tych co stoją dalej, nie mówiąc o tych co stoją przed sklepem na opadających w dół schodkach. W środku sklepu był tłum póki co spokojnych ludzi. Mama umówiła się ze mną, żebym wracając ze szkoły zajął miejsce w kolejce. Mama zawsze zdążyła przyjść w tym czasie kiedy dostarczali towar i miała lepsze miejsce w kolejce niż ci, którzy przyszli w ostatniej chwili.

W oczekiwaniu na towar kolejka rosła coraz szybciej i nie wiadomo kiedy wyszła ze sklepu na półkoliste schodki. Mama przychodziła kiedy byłem w środku i choć w tłumie dorosłych mój status kolejkowicza był dość kruchy, zawsze musiała sama rozstrzygać gdzie stałem i za kim. 

Taki podział ról był korzystny, bo mama zamiast marnować czas na stanie w kolejce mogła w tym czasie przygotować obiad czy sprzątać po nas, jako największych bałaganiarzach, z resztą w domu zawsze było dużo roboty. Mama często mówiła, że sama nie wie w co ma ręce wbić.

– Co dzisiaj rzucą? – takie pytanie dominowało między kolejkowiczami.

– Czy rzucili smalec, albo chociaż ceres? – pytali tylko nieliczni.

– Może jutro rzucą!  – takie nadzieje dobywały się z końca kolejki.

Rzucanie to nic innego jak dostarczanie towaru. Może dlatego dostawę nazwano rzucaniem, że odbywała się niespodziewanie, bez zbędnej biurokracji, szybko, a kilku panów po dostarczeniu towaru, polegającym na zrzuceniu z samochodu worków i pudeł, znikało w chmurze spalin za zakrętem ulicy Traugutta.   

Niepewność i pytania dręczyły wszystkich kolejkowiczów, nie wyłączając mamy, bo choć niedostatek towarów był ogromny, to jednak mogło się zdarzyć, że rzucili akurat to czego mama nie potrzebowała, lub co najgorsze nie miała na to wystarczająco dużo pieniędzy. Ale dzisiaj rzucili same rarytasy. Na początek drewniane skrzyneczki z marmoladą, do której można się dostać po zdjęciu górnych, drewnianych listewek i odsłonięciu pergaminowego papieru. Wówczas ukazywało się błyszczące, brązowo buraczkowe mięso owocowego przysmaku, gotowe do krojenia, albo w grube plastry, albo w pachnące prostopadłościany. Stała też na ladzie wielka beczułka masła, które uwolnione z drewnianych klepek zachowało pierwotny kształt i zachęcało  do nakładania odcinanych porcji bezpośrednio na podłożony z brzegu papier. Pani Bronia wielkim ostrym nożem odcinała kawały tego żółtego złota. Takie nieregularne plastry wędrowały na tackę wagi, w której trójkątny ekran zwrócony w stronę klienta, z promienistą skalą, pozwalał wahającej się wskazówce na szybkie podjęcie decyzji o wadze położonej na szalce porcji. Za ladą na podłodze, ale w pobliżu strefy działania ekspedientki, stały wielkie wory cukru, soli, ryżu, kaszy i mąki przeważnie z odwiniętymi od góry fałdami papierowych czy płóciennych golfów. W każdym worku, żeby nie szukać i nie tracić czasu, tkwiła już aluminiowa szufelka. Pani Bronia wsuwała tylko czerpak w głębiny worka i wynosiła stamtąd cenny towar do papierowych torebek. Potem delikatnie stukając palcem w krawędź łyżki dosypywała sypki towar do wnętrza torebki cały czas obserwując dygocącą z niepewności wskazówkę. Po skończonej operacji dokonywała zwrotu w kierunku worka i celnym rzutem umieszczała w środku worka aluminiową szufelkę. Na towary sypkie czekały na ladzie pocięte wielkimi nożami kwadraty papieru pakowego. Bronia sprawnym ruchem obydwu rąk tworzyła z takiego arkusika całkiem zgrabną szpiczastą torebeczkę, do której można było włożyć drobne cukierki, kruche ciastka „na wagę”, czy wyjęte z pękatych szklanych słoi kolorowe landrynki.

Zdarzało się, że gdzieś w kącie tego spożywczego eldorado stała beczka ze  śledziami i to one były odpowiedzialne za specyficzny zapach panujący w sklepie. Dla podkreślenia swej odrębności całkiem inaczej pachniały brązowe wędzone dorsze, których poskręcane ciała leżały na nieregularnych stertach, w płytkich szerokich, zbiorowych trumienkach. Przeważnie w narożniku sklepu piętrzyły się też skrzynki z piwem w butelkach zamykanych na druciano porcelanowo gumowe korki. Nikt nie dociekał czy to z powodu tych korków  nazywano te butelki krachlami. Jeśli dodać do sklepowego zapachu, aromat płynący z paczek kawy „Turek” czy „Dobrzynka”, z okrągłych podłużnych lasek Cykorii, jeśli domieszać do tego aromatu, zapachy płynące z osobnej oszklonej witrynki, gdzie leżały kule salcesonu odsłaniające marmurkowe wzory, tuż obok popielatych zwojów pasztetowej i ciemnych, błyszczących laseczek kaszanki, wówczas można odurzyć się w tym spożywczym bukietem i pamiętać go przez wiele dziesięcioleci. Na półkach za ekspedientką, ale na wprost stłoczonych klientów, na prowizorycznym regale eksponowane były inne spożywcze dobra. Wielkie chleby z ukośnymi bliznami po ranach zadawanych w trakcie operacji pieczenia. Odpoczywały teraz przytulone do siebie, zmęczone nocnym przeżyciami w piekarni. Ich krótki żywot skończy się jeszcze dzisiaj, bo przecież prawie każdy po dojściu do wagi, zaczynał kupowanie od jeszcze ciepłego chleba, ciepłych bułek zwykłych i tych słodkich posypanych drobną kruszonką. Było i mleko, ale żeby mieć dostęp do tego białego życiodajnego płynu, pani Bronia podnosiła z błyszczącej, aluminiowej bańki ciężką, zamocowaną na zawiasach pokrywę, wsuwała do wnętrza cylindryczną miarkę i po wyjęciu, zgrabnie przelewała zawartość mierzonej porcji do przyniesionej przez klienta bańki na mleko. 

Dzisiaj, poza wymienionym towarem rzucono jeszcze coś, co przykuło moją smakową uwagę. Widziałem je po raz pierwszy i zapałałem do nich pierwszym gorącym pożądaniem. Były to pakowane w przeźroczysty, szeleszczący papier maleńkie piernikowe serduszka. Nie dość, że były opuchłe z dumy jakie to są smaczne, to jeszcze ich frontowa strona pomazana była nieregularnymi pasmami zastygłego lukru. Ich urok i powab zniewolił mnie ostatecznie i wyzwolił we mnie nieodpartą chęć posiadania. Leżały na ladzie tuż przede mną w dużym pudle i kusiły swoim kształtem i oczekiwanym smakiem. Nawet nie wspomniałem mamie o swej miłości od pierwszego wejrzenia, nie zwierzyłem się z swego pożądania.         

 Jesienne wieczory poprzedzała krótkotrwała szarówka. Zanim nastąpiła całkowita ciemność, w ramach przygotowań do październikowych wichur, każdego popołudnia odbywały się szarugowe jesienne manewry. Na początku zaczynały  swoje treningi słynne podmuchy wiatrowe, które zaczynały ćwiczenia wiejąc w nasze oczy. Nawet lubiliśmy lekko pochyleni przemagać wiatrowe porywy. Tylko do zapalania papierosów należało się odwrócić, żeby wiatr nie przeszkodził nam w tym zakazanym procederze. Dla pewności i oszczędności zapałek, skupialiśmy się w gromadę, żeby najstarszy mógł zapalić i rozpocząć konspiracyjne krążenie zakazanego owocu z ust do rąk, i z rąk do ust. Rytuał ten trwał w czasie przemieszczenia się naszej paczki przez cmentarz ewangelicki na codzienne wieczory różańcowe. Było tam bezpiecznie ciemno, a główną aleją nie strach było przechodzić zwłaszcza w gromadzie, gdzie nie byliśmy narażeni na dociekliwe spojrzenia przechodniów.

Bronek był najstarszy z naszej paki i kiedy powiedziałem mu, że dzisiaj rzucono do sklepu coś czego do tej pory nie było w zestawie towarów, jakoś szczególnie się ożywił i w drodze na spotkanie z resztą paczki, skierował kroki do sklepu „ na górce”. Weszliśmy do skansenu zapachów. Bronek podszedł do lady tuż na wprost wagi i wielkiego pudła.  

– Poproszę dziesięć „Sportów” – musiał widocznie wiedzieć, że papierosy są   po przeciwnej stronie sklepu, bo Bronia odwróciła się w kierunku regału z papierosami, a wtedy Bronek przełożył rękę ponad wysoką krawędzią pudła i delikatnie, aby nie zaszeleściło opakowanie, przeniósł jedną paczkę lukrowanych serc i włożył pod wcześniej rozpiętą kurtkę.

Na szczęście czas zatrzymał się, na ten czas kiedy Bronek przenosił ten ładunek jak odbezpieczony granat, których pełno leżało w pobliskim Raszowie. Droga jaką przebyła ta przeźroczysta paczka pierników wydawała mi się drogą do wieczności.

 

     

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: