Stanisław Lem – ateista strzegący wiary wierzących

.

Stanisław Obirek: 


Na początek asekuracja. Nie jestem specjalistą od twórczości Stanisława Lema (1921-2006). Nigdy też nie rozczytywałem się w jego futurologicznych powieściach. A jednak przypadek sprawił, że odegrał w moim życiu ważną rolę, a jego twórczości zacząłem się przyglądać uważnie, gdyż on sam mnie do tego zachęcił.

Jednak wszystko zaczęło się od wymiany elektronicznej korespondencji, w której pośredniczył redaktor „Tygodnika Powszechnego” Tomasz Fijałkowski. To Fijałkowski nagrywał i spisywał drukowane później w „Tygodniku” felietony Lema, od których często zaczynałem lekturę tego pisma. Poza tym napisał znakomitą książkę rozmów z pisarzem. Regularnie bywałem wówczas w redakcji „Tygodnika” i kiedyś zagadnąłem Tomasza czy nie pomógłby mi nawiązać kontaktu ze Stanisławem Lemem, którego felietony wówczas ukazujące się w tym piśmie bardzo mi się podobały.

To było pod koniec XX wieku, gdy szukałem autorów do książki, która ostatecznie została opublikowana w 2002 roku pod tytułem Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi. Mój wybór w sposób dość oczywisty padł właśnie na autora Solaris, który deklarował ateizm i jednocześnie pisywał w katolickim piśmie z wrażliwością przewyższającą niejednego dyżurnego katolika. Tak więc napisałem kontaktowy list i dość szybko otrzymałem pierwszą odpowiedź.

To oczywiście anegdota i pretekst, by napisać słów kilka o najwybitniejszym pisarzu science fiction. Jego książki zostały przełożone na 40 języków i sprzedane w 45 milionach egzemplarzy. Najlepszy znawca jego twórczości to Kanadyjczyk Peter Swirski, który poświęcił Lemowi kilka książek i już jako nastolatek rozczytywał się w jego dziełach. Jednak to dopiero lektura Głosu pana w latach studenckich zawładnęła jego wyobraźnią, i to nie tylko literacką.

To był koniec lat 80. Od tamtego czasu do dzisiaj opublikował siedem książek o Stanisławie Lemie. Można więc powiedzieć, że jest najsłynniejszym lemologiem. W Polsce też ich nie brakuje zresztą. Lista nazbyt długa, by ich wymieniać.

Ale wracam do mojej przygody z pisarzem. Całość tej korespondencji weszła do wyżej wspomnianej książki (proszę nie szukać w księgarniach: jest nie do dostania) i jest jej ozdobą. Można jej fragmenty przeczytać w Szpitalu przemienienia, wydanym przez Wydawnictwo Agora w roku 2008, a więc już po śmierci Lema. Jest tam jedno zdanie, które uzasadnia tytuł mego felietonu.

Otóż w jednym liście dzielę się z pisarzem „pokusą niewiary”, którą wzbudza we mnie jego twórczość (list z 1 02 2001). Na co Lem reaguje w sposób symptomatyczny: „ostatnia rola, do jakiej bym aspirował to rola advocatus diaboli”. I dalej o tym, jak bardzo go smuci fakt, że nadwątlił moją wiarę, ale ma nadzieję, że nie jest to szkoda nieodwracalna (2 02 2001).

Niezależnie od protokołu rozbieżności, jakim niewątpliwie jest ta korespondencja, warto może wspomnieć o jej finale. Otóż po moim odejściu z zakonu w 2005 roku, Stanisław Lem był jedyną osobą, która zainteresowała się moim problemami bytowymi. Nie tylko dzwonił i pytał, jak się mam, ale zaproponował mi u siebie nieodpłatny pokój z oddzielnym wejściem. Będzie się pan na pewno czuł u nas swobodnie, zapewniał mnie.

„Prawdziwi katolicy”, których w Krakowie nie brakuje, martwili się tylko jednym, jak dalece zaszkodzę wizerunkowi kochanego przez nich Kościoła. Niektórzy byli współbracia jezuiccy, gdy mnie zobaczyli na ulicy, przechodzili na drugą stronę. Kardynał Dziwisz natomiast niepokoił się, że znalazłem pracę w jego mieście i robił wszystko, by pracodawca z moich usług zrezygnował. Co też zrobił.

Ciekawie też wyglądała moja aktywność akademicka. Gdy miałem wziąć udział w konferencji poświęconej Stanisławowi Musiałowi, której współorganizatorem było Akademia Jezuicka Ignatianum, to moje nazwisko znikło z programu tej konferencji, mimo że panel, w ramach którego miałem wygłosić wykład, odbywał się na Uniwersytecie Jagiellońskim. Działające na tymże Ignatianum Centrum Kultury i Dialogu, które założyłem i którym przez wiele lat kierowałem, pozbyło się na swojej stronie mojego nazwiska, a jego założycielem okazał się wspomniany ojciec Musiał. Z oferty wydawniczej WAM, gdzie kiedyś publikowałem, znikły moje książki…

Takie zabiegi nazywają się damnatio memoriae i katolicyzm ma w tym dużo wprawy.

Na szczęście świat na Kościele się nie kończy. Można wręcz powiedzieć, że poza nim jest dużo ciekawszy i … bardziej ludzki. Redaktor naczelny wspomnianego „Tygodnika” zapewniał mnie, że nadal pozostaje moim przyjacielem i oczywiście łamy pisma są dla mnie nadal otwarte. Gdy jego zapewnienie potraktowałem poważnie i przesłałem jakiś tekst o dialogu chrześcijańsko-żydowskim, to mi grzecznie odpowiedział, że owszem artykuł ciekawy, ale sam rozumiem, że ze względu na nazwisko autora nie może go opublikować. Zrozumiałem i więcej niczego się po „Tygodniku” nie spodziewałem. Wiadomo, kardynał Dziwisz za ścianą, a teraz abp Jędraszewski, sąsiedztwo też nie do pozazdroszczenia.

Z żoną odwiedzaliśmy Państwa Lemów i tematów do rozmów nam nie brakowało. Kilka dni przed śmiercią pisarza byliśmy przypadkowo w szpitalu, w którym leżał. Jego sekretarz, który opiekował się chorym pisarzem, wybiegł za nami i zaprosił nas do izolatki, w której leżał Stanisław Lem. W istocie bardzo się ucieszył na nasz widok i zupełnie nie przejmując się setkami kabli, którymi był podłączony do skomplikowanej maszynerii, wdał się z nami w przyjacielską pogawędkę. Wzięliśmy też udział w jego pogrzebie na krakowskim Salwatorze, który prowadził dominikanin o. Kłoczowski. Z pogrzebowej mowy zapamiętałem jedno zdanie: „Jest faktem powszechnie znanym, że Stanisław Lem nie potrzebował Boga, ale na pewno Bóg potrzebował Stanisława Lema”.

Myślę, że to dobre podsumowanie „życia i twórczości” autora Dzienników gwiazdowych. Przy każdej okazji, gdy jesteśmy z żoną w Krakowie, odwiedzamy grób Stanisława Lema i nieodmiennie zadziwia nas lapidarny napis na płycie nagrobnej: Feci, quod potui, faciant meliora potentes. Ta skromna formuła (wybrana przez samego Lema) wypowiadana prawdopodobnie przez konsulów rzymskich przy przekazywaniu urzędu następcy, znakomicie oddaje jego stosunek do własnego dzieła. Miał świadomość jego ułomności, ale zdawał sobie sprawę, że zrobił wszystko, co było w jego mocy w danych okolicznościach.

A teraz przechodzę już do wybranych motywów twórczości Stanisława Lema, które dobrze ilustrują moją tezę o jego ateizmie zaciekawionym wiarą, choć sceptycznym wobec wszelkich religii. W kilku listach do mnie określił siebie jako „ateistę nieagresywnego, a swoją niewiarę jako sprawę czysto prywatną”. Na przykład w liście z dnia 17 01 2001 pisał: „Nie należę to tak zwanych ateistów agresywnych, zajmujących się na przykład wyszukiwaniem źle strawnych ości w Piśmie Świętym chrześcijan. Nie zamierzam przekonywać też wyznawców jakiejkolwiek religii, że oddając się kultowi, bezzasadnie marnują życie”]. Było to więc raczej sondowanie tematu na własną niejako rękę bez instytucjonalnych podpórek.

Najpierw słów kilka o powieści Szpital przemienienia, którą autor ukończył w 1948 roku, ale ze względów cenzuralnych wydał dopiero w 1955. Niektórzy określili ją jako swoiste rozliczenie z II wojną światową.

Wydaje mi się, że ta pierwsza powieść Lema jest czymś więcej, a nie tylko rozliczeniem z doświadczeniem wojennym. Tak naprawdę przedstawił w niej kryzys kultury europejskiej, którego zwieńczeniem była zagłada chorych psychicznie, w szpitalu, w którym pracował główny bohater powieści Stefan Tryniecki. Właśnie dlatego likwidacja szpitala robi tak wstrząsające wrażenie, jest bowiem wpisana w życie zarówno lekarzy, jak i chorych, pozwala więc zachować ich twarze, biografie, a nie tylko abstrakcyjne cyfry.

Przez cenzurę uznana została za nazbyt pesymistyczną wizję przeszłości, zarzucono pisarzowi brak entuzjazmu dla nowej, powojennej rzeczywistości. Zmuszano go do rozbudowania powieści zgodnie z wprowadzonymi w 1948 roku kanonami estetycznymi realizmu socjalistycznego. Poprawki nie zadowalały ówczesnych decydentów kultury, Szpital przemieniania odczekał długie siedem lat, by móc się ukazać („wzbogacony” dwoma tomami), jako część trylogii Czas nieutracony w 1955 roku.

Trudno się dziwić, że autor nie zezwalał na wznawianie „dodatkowych” tomów. Lektura po latach nadal poraża trafnością spostrzeżeń i rację ma Jerzy Jastrzębski, jeden z najbardziej wnikliwych badaczy twórczości Lema, gdy pisze, że „W Szpitalu przemienienia jest już cały przyszły Lem – z jego nieufnością wobec »nauki czystej«, »ekspertów«, racjonalności absolutnej, a zatem wypranej z etyki. A jednocześnie jest tam Lem, który pewnych zasadniczych, diabolicznie brzmiących pytań o naturę świata i życia nie potrafi zbyć łatwymi formułkami na temat moralności i humanizmu. W tym ateistycznym świecie diabeł naprawdę kłapie zębami i czuć piekielną siarkę”.

Dodałbym, że to nie tyle diabeł, ile raczej człowiek stwarzający drugiemu człowiekowi piekło na ziemi, jest głównym obiektem zainteresowań Stanisława Lema. Swój sceptycyzm kieruje z równą przenikliwością w kierunku nazbyt łatwej wiary w Boga, jak i zbyt pośpiesznej ucieczki w kierunku „piekielnych” interpretacji. Tak diagnoza, oparta na obserwacji świata, który bezpowrotnie odszedł w przeszłość, uodporniła Lema wobec nazbyt szybkich recept uzdrowienia świata.

Być może ona też stała się głównym powodem jego odejścia od realistycznego przedstawiania świata w kierunku powieści fantastyczno-naukowej. Po latach Stanisław Lem wrócił do koszmaru wojny w latach sześćdziesiątych w powieści Głos pana, w której przywołał obrazy masowych mordów na Żydach lwowskich, czego sam mógł być świadkiem. I znowu, podobnie jak w Szpitalu przemienienia, nawiązania do Holokaustu służą jedynie do ilustracji głębokiego sceptycyzmu w stosunku do europejskiego dziedzictwa. Niektórzy twierdzą, że niezwykle dramatyczna scena masowego rozstrzeliwania Żydów, o której wspomina jeden z bohaterów, ma charakter autobiograficzny. Tym razem w sposób wyraźny odnoszącego się do wszelkiego rodzaju religijnych wierzeń…

To książka, którą otrzymałem od Autora z dedykacją i prośbą o przeczytanie. Zrobiłem to od razu po otrzymaniu jej w 2005 roku. Odnalazłem te wszystkie wątki, jakie poruszyliśmy w korespondencji kilka lat wcześniej. Poniższe uwagi to refleksje po latach.

Rację ma znowu Jerzy Jastrzębski, gdy pisze, że to książka inna niż wszystkie inne, dzięki którym Lem zdobył zasłużoną światową sławę. Inna również od pisanego niemal w tym samym czasie powieści Solaris. Ta inność zasadza się na opisie nie tyle przygód kosmicznych, ile raczej zmagań wewnętrznych głównego bohatera, sławnego matematyka Piotra E. Hogartha, z problemami, z którymi główny bohater radzi sobie nie najlepiej. Książka ma swoje hasło w Wikipedii, więc jeśli jej ktoś nie czytał, może łatwo sięgnąć po opis zawartości.

Mnie jednak zaciekawiła inna sprawa, o której w Wikipedii nie ma wzmianki. Chodzi mianowicie o to, co Stanisław Lem (bo sporo cech Hogartha można wywieźć z innych tekstów autora) myślał o religii, a w szczególności o judaizmie i chrześcijaństwie i akurat te przemyślenia są ciekawe i oryginalne, zwłaszcza gdy je zestawia z religiami Dalekiego Wschodu, jak buddyzm czy hinduizm. Nie muszę dodawać, że w dużym stopniu podzielam jego opinię.

Otóż z refleksji na ten temat dałoby się ułożyć całkiem interesującą antologię, jednak nie chcę odbierać czytelnikom przyjemności odczytania ukrytych szyfrów i możliwych tropów interpretacyjnych na własny rachunek. Zadowolę się tylko kilkoma uwagami.

Najciekawsze jest w moim przekonaniu wskazówka, że życia każdego człowieka można napisać na szereg różnych sposobów, przy czym w każdorazowej wersji trzymamy się tych samych faktów. W pewnym sensie życie każdego z nas jest interesującym przypadkiem, który można interpretować na różne sposoby. To oczywista w pewnym sensie obserwacja jest szczególnie istotna w kontekście historiografii, a raczej hagiografii uprawianej przez różne religie, w których wybierana jest tylko jednak wersja, heroiczna i uświęcona tradycją danej religii, natomiast wszystkie inne są zwyczajnie pomijane jako „oczerniające” i „heretyckie”.

Zresztą dotyczy ten zabieg nie tylko religii. Również świeckie ideologie posługują się takim rodzajem manipulacji interpretacyjnej, by wspomnieć chociażby wykładnię życia i dzieła Lenina czy Stalina. Dobrze pamiętam, jak cała Polska upstrzona była różnymi „muzeami Lenina”, w których z nabożną czcią były przechowywane pamiątki po „ojcu rewolucji październikowej”. Nie wspominając już o wykładni doktryny „genialnego językoznawcy”.

Photo by Stevebidmead on Pixabay

Wracajmy jednak do Stanisława Lema, a dokładniej do Głosu pana.

Powiada Hogarth, analizując poświęconą sobie biografię: „Przy dostatecznej inwencji każdy właściwie może napisać cały szereg własnych życiorysów, układających się w zbiór spójny tylko faktograficznie. […] Ilość wiar metafizycznych wcale nie ustępuje liczebności rozmaitych wiar, jakie człowiek może żywić na własny temat – kolejno, w różnych okresach życia, a czasem i naraz”.

Takie stwierdzenie nie jest ani przejawem cynizmu, ani skrajnego relatywizmu. Po prostu tak to jest, że te same elementy składanki pozwalają ułożyć odmienne, a przy tym wcale się niewykluczające mozaiki. Wprost przeciwnie, są one wobec siebie komplementarne, wzbogacają bowiem wyłaniający się z nich portret ten samej postaci, której nie sposób zredukować do jednej twarzy. W każdym razie to nie odtworzenie możliwie wiernej autobiografii jest głównym zamysłem Głosu pana. Sprawą najważniejszą, wokół której toczy się cała akcja, jest treść domniemanego listu/przekazu, który dodarł na Ziemię z Kosmosu. Hogarth, wraz z grupą najwybitniejszych uczonych, reprezentujących różne dziedziny wiedzy, ma odcyfrować znaczenie tajemniczego listu – tytułowego głosu pana – master’s voice.

To nie jest pierwsza taka próba. Jednak jak dotąd odczytanie tajemnych kodów, przesłań z zaświatów, były powierzane filozofom i teologom. Obecnie to zadanie przypadło nauce. Jednak zadanie jest nowe o tyle, że nie chodzi o zastosowanie odpowiedniej metodologii w sposobie jego odczytania, ale problematyczne okazuje się samo przesłanie. Uczenie nie tylko nie mogą dojść do porozumienia, ale powstałe między nimi napięcia prowadzą do prawdziwej zimnej wojny. Jak spełnione proroctwo brzmią uwagi Lema na temat dwuznaczności postępu cywilizacyjnego, głoszonego przez tych, którzy oddali sumienie w arendę możnym tego świata. Politykom lub wielkiemu biznesowi.

Dzisiaj to już nie defetyzm czy czarnowidztwo, to diagnoza obecnej sytuacji, coraz bardziej bez wyjścia. Gdy je kreślił między Zakopanem i Krakowem od czerwca do grudnia 1967 roku, czuł się osamotniony, ale nie było w nim poczucia przegranej. Uratował bowiem wewnętrzną wolność i całkowitą niezależność. Kiedyś z dumą mi o tym powiedział – „ja sumienia nigdy nikomu w arendę nie oddałem”. Ilu dzisiaj może tak o sobie powiedzieć. Nieliczni!

Na kilku stronach Hogarth/Lem przedstawił związki chrześcijaństwa z empiryzmem, dowodząc, że to właśnie ta religia (będąca w istocie uniwersalizacją judaizmu) przyczyniła się w istocie do rozwoju cywilizacyjnego. Zwraca też uwagę na paradoksalny stosunek tej religii do ludzkiej seksualności, która, w odróżnieniu od religii Dalekiego Wschodu, nie tylko opatrzyła ją znakiem negatywnym, ale wręcz traktuje ją jako wrogą człowiekowi siłę. Warto się o to akurat spierać i nawet nie zgadzać ze Stanisławem Lemem. Pozostawiam to na inną okazję.

Zakończę refleksją smutną, ale realistyczną. Projekt MAVO, czyli głos pana okazał się całkowitą klapą z tego prostego powodu, że takiego głosu nie ma.

Procesy kosmologiczne tłumaczą się same, gdyż kierują nimi prawa niezależne od autonomicznych intencji kogokolwiek. A poza tym, co wcale nie brzmi jak polemika z doktrynami religijnymi, ale jest spójnym wywodem broniącym się siłą argumentów, wszystko kończy się w sposób nieodwołalny. Oddajmy głos Mistrzowi:

To, że ludzkie boleści, strachy, cierpienia rozpadają się ze śmiercią osobniczą, że nic nie pozostaje po wzlotach, upadkach, orgazmach i torturach, jest godnym pochwały darem ewolucji, która upodobniła nas do zwierząt. Gdyby po każdym nieszczęśliwym, umęczonym pozostawał choć jeden atom jego uczuć, gdyby tak rosło dziedzictwo pokoleń, gdyby choć skra mogła przeniknąć z człowieka do człowieka, świat byłby pełen ryku przemocą wydartego z kiszek.

Trudno się z tym zakończeniem Głosu pana nie zgodzić. Szanując wiarę innych, Stanisław Lem szedł własną drogą konsekwentnego ateizmu, który nie pozostawiał żadnych złudzeń. Nie było w nim miejsca ani na głosy nie z tego świata, ani na iluzje po tym życiu.


Stanisław Lem – ateista strzegący wiary wierzących

2 komentarze to “Stanisław Lem – ateista strzegący wiary wierzących”

  1. Wielkie podziekowania, z niecierpliwoscia oczkuje nastepnych artykulow Autora.
    Fajnie by bylo spotkac Autora, najlepiej na Ziemi Obiecanej.

  2. A.kuperman 16/06/2020 at 06:00

    Swietny artykul !

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: