Uncategorized

Propalestyński przepis na rozwiązanie sytuacji w Gazie: przegonić ze sceny Żydówkę

Autor Anne Goldschmid 

Barbara Butch

W sobotę w Grenoble propalestyńscy aktywiści odnieśli wielkie zwycięstwo dokładnie na miarę swoich możliwości. Po około 20-u minutach koncert Barbary Butch został przerwany, przestraszona artystka zmuszona była zejść ze sceny, publiczność straciła występ, a lokalni działacze LFI mogli rozejść się do domów z cudownym poczuciem, że właśnie przesunęli historię Bliskiego Wschodu we właściwym kierunku. Przerwanie koncertu nie zwiększyło pomocy docierającej do Gazy, nie usprawniło jej dystrybucji, nie umocniło rozejmu i nie zmieniło izraelskiej polityki nawet o jeden przecinek. Za to francuska Żydówka została skutecznie przepędzona ze sceny. Oto cały bilans tej heroicznej operacji. Barbara Butch nie jest członkinią izraelskiego rządu, doradczynią Netanjahu ani rzeczniczką izraelskiej armii. Nie podejmuje decyzji dotyczących Gazy i nie ma absolutnie żadnego wpływu na politykę Izraela. Jest francuską DJ-ką. To jednak nie wszystko, propalestyńskim zapaleńcom wystarczyło jednak, że jest Żydówką, występowała w Tel Awiwie i podpisała apel popierający projekt ustawy Caroline Yadan. Przydzielono jej więc rolę zastępczyni izraelskiego gabinetu i wezwano przed grenobelski komitet rewolucyjny, gdzie miała odpowiedzieć za konflikt oddalony o tysiące kilometrów. Lokalni działacze LFI prowadzili kampanię przeciwko jej występowi i zapowiadali, że nie pozwolą jej zagrać. Po wydarzeniu, które zakończyło się zejściem artystki ze sceny, wyrazili dumę ze swojej mobilizacji. Pokojowa blokada okazała się więc pokojowa w tym szczególnym znaczeniu, w którym przeciwnik ma za wszelką cenę zamilknąć, zejść ze sceny i nie przeszkadzać osobom pokojowym w świętowaniu zwycięstwa.

Formalnym pretekstem przemądrej kampanii był podpis Barbary Butch pod apelem popierającym projekt ustawy C. Yadan, którego celem było zwalczanie nowych form antysemityzmu. Sam zamysł był potrzebny, choć projekt wymagał dopracowania. Tyle że w chwili koncertu nie było już nawet nad czym dyskutować, bo propozycję już jakiś czas temu wycofano z porządku obrad, więc ustawa nie czekała na głosowanie i nie mogła zostać powstrzymana przez tłum wyjący pod sceną. Sama Butch zdążyła wcześniej przyznać, że nie powinna była podpisywać apelu, odcięła się od własnego zaangażowania politycznego i uznała, że jako artystka powinna wrócić do muzyki. Jeżeli więc naprawdę chodziło o ustawę, temat był zamknięty podwójnie – projekt wycofano, a artystka wycofała się z jego poparcia. Mimo to nagonka trwała w najlepsze. Trudno o lepszy dowód, że ustawa była tylko pretekstem, a prawdziwym celem pozostawało publiczne ukaranie Żydówki za to, że odważyła się stanąć po stronie walki z antysemityzmem.

Barbara Butch jest dla tej nagonki przypadkiem wyjątkowo kompromitującym, ponieważ nijak nie pasuje do postaci izraelskiej propagandystki, którą próbowano z niej zrobić. Jest francuską artystką, feministką, lesbijką i od lat występuje przeciw dyskryminacji oraz przemocy. Po ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich sama padła ofiarą brutalnej nagonki, homofobicznego cyberprześladowania i gróźb. Wtedy lewica jej broniła jako artystki, kobiety i przedstawicielki mniejszości. Teraz część tej samej lewicy odkryła, że wszystkie te cechy można unieważnić jedną, najwyraźniej ważniejszą: Barbara Butch jest Żydówką. Oto intersekcjonalność w wersji nadwyczaj użytkowej. Człowiek może należeć do kilku grup uznawanych za prześladowane, ale kiedy okazuje się Żydem i nie zdaje egzaminu z właściwego stosunku do Izraela, cała punktacja zostaje wyzerowana. Z kobiety, lesbijki, artystki i ofiary nienawiści zostaje „syjonistka”, czyli ktoś, wobec kogo można zawiesić nawet własne zasady. Butch i jej adwokatka napisały po wydarzeniach w Grenoble, że przywoływany tam antysyjonizm był jedynie „ubraniem antysemityzmu”. Trudno byłoby mi to ująć lepiej. Słowo „syjonistka” nie służyło tam opisaniu konkretnego stanowiska politycznego. Było piętnem, które miało umożliwić atak na Żydówkę, a następnie pozwolić napastnikom z oburzeniem zaprzeczyć, że jej żydowskość miała z tym cokolwiek wspólnego. Nigdy przecież nie chodzi o Żydów. Chodzi wyłącznie o tych, którzy wystąpili w Tel Awiwie, podpisali niewłaściwy apel, zbyt głośno mówią o antysemityzmie, nie potępili Izraela dostatecznie szybko albo uczynili to w niewłaściwy sposób. Powód przecież zawsze się znajdzie, a żydowskie pochodzenie jest tylko tym przedziwnym zbiegiem okoliczności, który z niezwykłą regularnością pojawia się przy kolejnych celach bojkotu.

Butch powiedziała później, że się bała. W stronę sceny rzucano butelkami, sytuacja stała się na tyle niebezpieczna, że występ przerwano, a prokuratura wszczęła postępowanie dotyczące zbiorowego utrudniania korzystania z wolności. Nie przeszkodziło to uczestnikom całego widowiska nadal przedstawiać siebie jako pokojowych obrońców praw człowieka, skądże znowu, w ich osobliwej odmianie pacyfizmu protest pozostaje pokojowy nawet wtedy, gdy artystka mówi o strachu, koncert zostaje przerwany, a tłum narzuca wszystkim swoją wolę. CRIF (Rada Reprezentacyjna Instytucji Żydowskich we Francji) napisała wprost, że polowanie na artystów żydowskich lub zaangażowanych w walkę z antysemityzmem musi się skończyć, a świat kultury jest brany jako zakładnik przez działaczy LFI i radykalnych aktywistów propalestyńskich. Organizacja trafnie zauważyła, że ludzie ci nie chcą kultury zaangażowanej, lecz kultury ustawionej do pionu. Artysta co prawda może być odważny, pod warunkiem że odważnie powtarza zatwierdzone slogany. Może prowokować, o ile prowokuje właściwych ludzi. Może występować, jeśli jego pochodzenie, podróże, dawne podpisy i stopień gorliwości w potępianiu Izraela uzyskają aprobatę miejscowych komisarzy sprawiedliwości. Może nawet być Żydem, byle zachowywał się na tyle dyskretnie, aby nikogo swoją żydowskością nie drażnić. LFI (skrajna lewica) nie broni żadnej wolności artystycznej, tylko ustala polityczną taryfę dostępu do sceny. Kto się mieści w aktualnym programie partii, pozostaje artystą, a tto się nie mieści, staje się celem „pokojowej mobilizacji”. Sztuka ma już nie tworzyć, ale służyć za tło dla lewackiego transparentu.

Do sprawy włączyła się również LICRA( Międzynarodowa Liga przeciw Rasizmowi i Antysemityzmowi) i jej stanowisko nie pozostawia wiele miejsca na bajeczkę o niewinnym bojkocie. Organizacja zwróciła uwagę, że do „blokady” artystki wzywali wybrani przedstawiciele Republiki, którzy podsycali internetową nagonkę i przyczynili się do powstania warunków prowadzących do przerwania koncertu. LICRA uznała za skandaliczne, że we Francji artystka może być narażona na groźby, zastraszanie i zagrożenie bezpieczeństwa ze względu na swoje rzeczywiste lub domniemane wyznanie, zaangażowanie przeciwko antysemityzmowi albo wyrażane opinie. Zażądała dochodzenia, jednoznacznego potępienia tej operacji cenzorskiej przez osoby sprawujące funkcje publiczne, szczególnie przez władze Grenoble, oraz przypomniała o art. 40 francuskiego kodeksu postępowania karnego. Innymi słowy, mandat radnego nie jest licencją na organizowanie obławy przeciwko artystce. Powinien raczej zwiększać odpowiedzialność za własne słowa i ich skutki. Oto zresztą szczególnie piękny moment francuskiej demokracji: wybrani przedstawiciele Republiki wzywają do zablokowania koncertu, aktywiści doprowadzają do jego przerwania, artystka mówi, że się bała, a autorzy przedsięwzięcia przedstawiają się jako obrońcy wolności. Brakuje już tylko odznaczenia za odwagę w walce z bezbronną DJ-ką.

Barbara Butch nie jest odosobnionym przypadkiem. Joann Sfar został objęty wezwaniem do bojkotu w Marsylii, chociaż jego praca dotycząca Izraelczyków i Palestyńczyków jest nieskończenie bardziej złożona niż ulotki jego oskarżycieli. Nadav Lapid, izraelski reżyser otwarcie krytykujący rząd Netanjahu i izraelską rzeczywistość, wycofał się z festiwalu FIDMarseille po kampanii nacisków. Nawet izraelski dysydent okazał się zbyt izraelski. Paszport zwyciężył nad poglądami, dorobkiem i faktami. Podczas koncertu Izraelskiej Orkiestry Filharmonicznej w Paryżu odpalono w sali racę, muzycy musieli schodzić ze sceny, a cztery osoby zostały zatrzymane. Wywoływanie paniki w zatłoczonej filharmonii stało się metodą obrony ludzkiego życia w Gazie. Wystarczyło tylko przygotować odpowiednio wzniosły komunikat. Sceny, kina, festiwale i sale koncertowe zamieniają się powoli w posterunki kontroli politycznej. Dzieło przestaje się liczyć. Sprawdza się narodowość twórcy, pochodzenie, źródła finansowania, pobyt w Izraelu, dawny podpis i częstotliwość publicznego potępiania jego rządu. I tak odpowiedzialność zbiorowa została po prostu unowocześniona. Zamiast drzewa genealogicznego przegląda się Instagram.

Wykorzystywanie cierpienia Palestyńczyków jako dekoracji dla politycznej agresji jest wyjątkowo cyniczne. Zawsze powtarzam, że gdyby ci ludzie rzeczywiście chcieli pomagać mieszkańcom Gazy, interesowaliby się skutecznością dostaw, bezpieczeństwem ich dystrybucji, trwałością rozejmu, rolą Hamasu i w ogóle przyszłością regionu. Musieliby poznać fakty, uznać istnienie sprzecznych interesów i zaproponować coś, co istnieje poza wrzaskiem z megafonu. Byłoby to niestety pracochłonne i groziłoby kontaktem z rzeczywistością, więc znacznie łatwiej znaleźć żydowską DJ-kę, bo jest blisko, stoi na scenie, nie ma ochrony izraelskiej armii ani żadnego wpływu na politykę Bliskiego Wschodu. Można ją zagłuszyć, przestraszyć i zmusić do zejścia, a potem ogłosić zwycięstwo nad syjonizmem. Ryzyko niewielkie, zdjęcia efektowne, za to samopoczucie wyśmienite. Nie potrafią poprawić sytuacji w Gazie, więc poprawiają program francuskiego festiwalu; nie mają wpływu na decyzje izraelskiego rzadu, więc urządzają proces francuskiej artystce. W ich mniemaniu rozwiązują konflikt, wyłączając muzykę. To nic, że Gaza nie otrzymała z Grenoble większej pomocy ani lepszej przyszłości. Otrzymała za to kolejny francuski spektakl, w którym jej cierpienie posłużyło za scenografię ludziom spragnionym własnej rewolucyjnej wielkości. Francuscy Żydzi dostali natomiast komunikat wystarczająco czytelny: możecie krytykować Netanjahu, sprzeciwiać się przemocy, bronić kobiet i osób LGBT, a nawet przepraszać za niewłaściwy podpis. Kiedy jednak przyjdzie kolejna mobilizacja, i tak zostaniecie rozliczeni jako Żydzi. Tak się karmi własne poczucie znaczenia. Przy okazji z godnym podziwu zapałem podrzynają gałąź, na której sami siedzą: jeszcze jeden bojkot, jeszcze jedna czystka, jeszcze jeden wczorajszy sojusznik ogłoszony wrogiem, aż zostanie po nich dokładnie to, co produkują najsprawniej – pustka.

A ja tymczasem popijam zimną wodę z miętą, macham nóżką i czekam, aż ten ich wielki projekt polityczny zakończy się zgodnie z planem: całkowitą autodestrukcją.

Wszystkie wpisy Anny TUTAJ


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.