Uncategorized

„Mamdanizacja” amerykańskiej lewicy

Zohran Mamdani, obecnie burmistrz Nowego Jorku w 2024 roku, który uczynił anty-syjonizm kluczowym filarem swojej kampanii wyborcze

Autor: Simone Rodan

Wielka Brytania lekceważyła obawy Żydów, dopóki antysemityzm nie ogarnął Partii Pracy. Amerykańscy Demokraci rozpoczynają ten sam eksperyment.

8 października 2023 r., gdy krew w kibucach na południu Izraela ledwie zdążyła wyschnąć, część radykalnej lewicy w Nowym Jorku świętowała na Times Square palestyński „opór”.

Hamas właśnie dokonał masakry, gwałtów, podpaleń i porwań. W Nowym Jorku aktywiści wychwalali ten atak, naśladowali gesty podcinania gardła i skandowali liczbę zabitych Żydów, jakby była to liczba zdobytych punktów w grze.

Wśród nich była Darializa Avila Chevalier, wówczas nieznana szerszej publiczności. Trzydzieści dwa miesiące później pokonała ona Adriano Espaillata, urzędującego kongresmana i przewodniczącego Kongresowej Grupy Hiszpańskojęzycznej, w prawyborach Partii Demokratycznej w 13. okręgu wyborczym Nowego Jorku. W tym okręgu, w którym Partia Demokratyczna ma silną pozycję, zwycięstwo w prawyborach jest równoznaczne ze zdobyciem mandatu. O ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, wkrótce zasiądzie ona w Kongresie Stanów Zjednoczonych.

Nie wejdzie tam sama. Tej samej nocy dwoje innych kandydatów popieranych przez nowojorskiego radnego Zohrana Mamdaniego również wygrało swoje prawybory. Brad Lander, były kontroler finansowy miasta, „postępowy” Żyd bliski środowisku Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA) – choć formalnie do nich nienależący – pokonał Dana Goldmana w 10. okręgu, zdobywając prawie dwie trzecie głosów. Claire Valdez, działaczka związkowa i radykalnie lewicowa urzędniczka, zwyciężyła w 7. okręgu, pokonując przeciwnika popieranego przez ustępującego polityka.

Trzy różne profile, ten sam sygnał. Chevalier uosabia bojowy radykalizm zrodzony w następstwie wydarzeń z 7 października. Lander pokazuje, jak część żydowskiej lewicy, nawet krytykująca DSA, jest coraz bardziej zmuszona do dostosowywania się do nich. Valdez ilustruje eskalację ideologiczną, która stała się niemal rutyną w niektórych bastionach Partii Demokratycznej.

Trzy zwycięstwa w ciągu jednej nocy, dwoje pokonanych urzędujących polityków. To nie jest lokalna anegdota. To metoda — a być może ostrzeżenie o zasięgu ogólnokrajowym.

Zohran Mamdani nie jest już tylko nowojorskim radnym. W ciągu zaledwie kilku miesięcy stał się osobą decydującą o losach Partii Demokratycznej. Zrozumiał jedną prostą rzecz: w prawyborach o niskiej frekwencji zorganizowana mniejszość może pokonać bierną większość. Tak jest w Nowym Jorku i tak może być gdzie indziej.

Na tym polega siła Demokratycznych Socjalistów Ameryki oraz szerszego ekosystemu wokół nich. Nie jest to wielka partia masowa, lecz coś skuteczniejszego: bojowa machina. Rekrutuje, szkoli, mobilizuje, zajmuje teren, narzuca swoje hasła i karze dysydentów. Umiarkowani mają swoich wybranych urzędników, ale to radykalne skrzydło ma aktywistów. W amerykańskich prawyborach to często wystarcza, by przechylić szalę zwycięstwa.

DSA nie powstało wczoraj, ale zmieniło skalę działania. Długo pozostająca na marginesie organizacja szczyci się obecnie dziesiątkami tysięcy członków i ma znaczenie w kilku dużych amerykańskich miastach. Od 2017 roku uczyniła bojkot Izraela jednym ze swoich znaków rozpoznawczych. Ogłosiła się „antysyjonistyczną”, uczyniła odrzucenie Izraela politycznym sprawdzianem i nie wahała się wycofać poparcia dla kongresmenki Alexandrii Ocasio-Cortez za głosowanie za dofinansowaniem „Żelaznej Kopuły” – izraelskiego systemu obronnego, który przechwytuje rakiety wystrzeliwane bezkrytycznie w stronę izraelskich cywilów.

Przy takim poziomie radykalizmu nawet ochrona życia Żydów budzi podejrzenia.

Błędem byłoby postrzeganie tego zjawiska jako buntu zapomnianego proletariatu. Liczby wskazują na coś przeciwnego. W swoim okręgu, obejmującym część Bronxu, Avila Chevalier przegrała w dzielnicach zamieszkałych w większości przez czarnoskórych i Latynosów oraz w obszarach o niskich dochodach o 10–30 punktów. Wygrała natomiast wśród młodych, zamożnych wyborców i zdominowała okręgi o najwyższym poziomie wykształcenia, uzyskując tam przewagę 20 punktów.

Sama kandydatka jest wiernym odzwierciedleniem swojego elektoratu: w wieku 32 lat wkracza w siódmy rok studiów doktoranckich na City University of New York, jest studentką od 14 lat i uczyniła własną niepewność egzystencjalną głównym argumentem swojej kampanii.

Ta lewica jest miejska, wykształcona i akademicka. Posługuje się językiem kampusu: „kolonializm”, „dominacja”, „przywilej”, „ucisk”. Wszystko interpretuje przez ten sam pryzmat. Policja staje się armią okupacyjną, granica – formą przemocy, właściciel mieszkania – osadnikiem, a Izrael – idealnym winowajcą. Słownictwo to nie spadło z nieba; kształtowało się przez lata na uniwersytetach, które stały się laboratorium tego światopoglądu.

Wiele mówi się tam o „dekolonizacji”, a znacznie mniej o tym, kto finansował te wydziały. Katar, który gości polityczne kierownictwo Hamasu, jest największym zagranicznym darczyńcą amerykańskiego szkolnictwa wyższego, przekazując od lat 80. ponad 6 miliardów dolarów, z czego jedną trzecią od 2021 roku. Nie należy udawać, że czek automatycznie rodzi ideologię, ale atmosfera, którą te pieniądze pomogły podtrzymać – atmosfera obozowisk i haseł po 7 października – jest właśnie tym światem, z którego wywodzą się ci nowo wybrani urzędnicy.

Od 7 października stosunek do Izraela stał się głównym sprawdzianem. Nie chodzi już tylko o krytykę izraelskiego rządu. Trzeba używać właściwych słów, we właściwym momencie, z odpowiednim gniewem: powiedzieć „ludobójstwo”, odrzucić niuanse, opisać Izrael jako państwo „kolonialne” i nie ufać AIPAC (Amerykańskiemu Komitetowi Spraw Publicznych Izraela). A przede wszystkim – nigdy nie sugerować, że masakra z 7 października mogłaby skomplikować tę narrację.

Sprawa palestyńska nie jest już tylko kwestią polityczną – stała się hasłem. „Antysyjonizm” stał się oznaką cnoty, a zaniepokojony Żyd bardzo szybko stał się przeszkodą.

Avila Chevalier uosabia to pokolenie do samego końca. Nawrócona na islam, ukształtowana przez Uniwersytet Columbia i sieci organizacji „Students for Justice in Palestine”, powracająca w 2024 roku, by wspierać „propalestyńskie” obozowiska, nie jest tylko kolejną radykalną kandydatką. Jest wytworem nowego, bojowego świata, w którym Izrael nie jest kwestią polityki zagranicznej, lecz wyznacznikiem przynależności.

Brad Lander opowiada inną historię, być może jeszcze bardziej niepokojącą. Jako Żyd, od dawna lewicowy syjonista, związany z DSA (zanim po 7 października zdystansował się od organizacji), powinien być dowodem na to, że inna lewica wciąż istnieje. Jednak jego przypadek pokazuje przede wszystkim, jak daleko przesunął się środek ciężkości. Nawet ci, którzy nie podzielają najbardziej radykalnego stanowiska, wiedzą, że muszą się do niego dostosować. Mogą zachować dystans, ale nie mogą stawiać oporu bez ryzyka.

Claire Valdez pokazuje logiczny kolejny krok: eskalację. W niektórych okręgach debata na temat Izraela niemal nie istnieje – linia proizraelska po prostu zniknęła. Rywalizacja toczy się teraz między kandydatami, którzy posługują się tymi samymi słowami, mają te same odruchy i odczuwają to samo oburzenie. Pytanie nie brzmi już, kto co myśli, ale kto pójdzie najdalej i najszybciej.

Można to nazwać „mamdanizacją” Partii Demokratycznej – to nie tylko zwycięstwo jednego człowieka, ale ustanowienie systemu, w którym Izrael staje się nadrzędnym sprawdzianem, a AIPAC – synonimem wszelkich podejrzeń. Nie mówi się już o „żydowskiej władzy”, mówi się „AIPAC”. Słownictwo uległo zmianie, ale stary odruch jest łatwo rozpoznawalny. Sam Mamdani nazwał tę organizację „potworami” podczas wspólnego wiecu ze swoimi kandydatami.

Kiedy słowo „lobby” staje się obsesją, zawsze należy wsłuchać się w to, co się za nim kryje.

Dla Republikanów to prezent. Od lat próbują przekonać wyborców, że Partia Demokratyczna stała się ugrupowaniem socjalistycznym, wspierającym hasła „odciąć fundusze policji”, obsesyjnie antyizraelskim i pobłażliwym wobec antysemityzmu. Nowy Jork właśnie dostarczył im idealny plakat wyborczy. Każda odmowa jednoznacznego potępienia Hamasu, każde hasło o „ludobójstwie”, każdy atak na AIPAC będzie pożywką dla republikańskich reklam w stanach wahających się (swing states).

Bo Nowy Jork to nie cała Ameryka. Ale polityka krajowa nie działa już w izolacji. Garstka bardzo głośnych urzędników może kształtować wizerunek całej partii. Republikanie nie będą musieli udowadniać, że Mamdani reprezentuje wszystkich demokratów – wystarczy, że pokażą, iż Demokraci nie wiedzą, co z nim zrobić.

Problem nie będzie miał wyłącznie charakteru wyborczego. Będzie również bardzo konkretny. Ci urzędnicy będą głosować w Kongresie. A ta lewica nie tylko sprzeciwia się pomocy dla Izraela. Z wrogością odnosi się również do pomocy dla Ukrainy, potępia NATO, dąży do osłabienia potęgi Ameryki, nie ufa sankcjom wobec Iranu i często postrzega wrogów Zachodu jako ofiary amerykańskiego „imperializmu”.

Dla Demokratów pułapka jest ogromna. W niektórych częściach Brooklynu czy Queens taka linia może zapewnić zwycięstwo w prawyborach. W Nevadzie, Pensylwanii, Wisconsin czy Arizonie może natomiast doprowadzić do przegranej w wyborach prezydenckich. To, co w Waszyngtonie wciąż uchodzi za strategiczny konsensus – wspieranie sojuszników, powstrzymywanie wrogich reżimów, utrzymywanie stosunków transatlantyckich – ryzykuje, że stanie się wewnętrznym polem bitwy.

Brytyjczycy znają już tę historię pod nazwą „Jeremy Corbyn”. Kiedy przejął on stery Partii Pracy, wielu twierdziło, że niebezpieczeństwo jest wyolbrzymione, że żydowscy członkowie partii wpadają w panikę, a prawica wykorzystuje tę kwestię. Potem Partia Pracy pogrążyła się w kryzysie antysemityzmu, z którego nigdy tak naprawdę się nie podniosła. W 2020 roku Komisja ds. Równości i Praw Człowieka stwierdziła, że partia złamała prawo przy rozpatrywaniu skarg. Partia Clementa Attlee straciła swój honor, zanim straciła władzę.

To porównanie nie jest bezpodstawne. Sam Corbyn popierał Mamdaniego. We Francji Jean-Luc Mélenchon i jego środowisko okrzyknęli Mamdaniego amerykańskim odpowiednikiem. Od Londynu po Paryż i od Paryża po Nowy Jork widać ten sam mechanizm: „antysyjonizm” przedstawiany jako odwaga, oskarżenia o antysemityzm odrzucane jako manewr prawicy, a zaniepokojony Żyd przekształcony w przeszkodę na drodze do postępu.

Partia Pracy sądziła, że zdoła wchłonąć Corbyna. Część francuskiej lewicy sądziła, że zdoła powstrzymać Mélenchona. Partia Demokratyczna może wierzyć, że uda jej się ograniczyć Mamdaniego i jego zwolenników do garstki miejskich okręgów. Tak zawsze zaczynają się kapitulacje: od przekonania, że problem pozostanie lokalny.

„Mamdanizacja” amerykańskiej lewicy


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.