General Yoav Gallant

Podsumowanie w jednym zdaniu
Izrael musi natychmiast powstrzymać powolną ekspansję wojskową Turcji w Syrii oraz zbudować nowy, dalekosiężny sojusz strategiczny z państwami „czwartego kręgu”, aby zrównoważyć rosnące wpływy Ankary w regionie.
Porozumienie podpisane w Mekce stanowi część szerszej tureckiej strategii, z którą Izrael musi się zmierzyć.
To, co dzieje się obecnie w Syrii, ma miejsce z dala od centrum uwagi opinii publicznej i mediów, ale wystarczająco blisko Izraela, byśmy zachowali pełną czujność. Turcja umacnia swoją pozycję na terenach wciąż uznawanych za terytorium syryjskie — czyni to powoli, stopniowo i strategicznie. Działania te przebiegają etapami, aby uniknąć gwałtownej reakcji i odwrócić uwagę od innych kluczowych wydarzeń w naszym regionie.
Mają one charakter hybrydowy – łączą elementy wojskowe i cywilne. Obejmują inicjatywy religijne, społeczne oraz działalność organizacji pozarządowych, wobec których nikt nie zgłasza zastrzeżeń. Równolegle na obszarach tych zaczęli pojawiać się wysocy rangą tureccy oficerowie, a wokół nich rośnie aktywność operacyjna. Turcy na miejscu współpracują ze społecznościami sunnickimi, druzami i innymi grupami, w tym w bezpośrednim sąsiedztwie naszej granicy. Turcja podjęła się również odbudowy syryjskich sił zbrojnych, opierając się na własnym przemyśle obronnym. Trwają rozmowy, a część porozumień dotyczących dostaw broni, sprzętu i szkoleń została już podpisana. Armia syryjska, odbudowana przy użyciu tureckich systemów i przez tureckich instruktorów, staje się siłą w pewnym stopniu podległą Ankarze.
Każdy z tych kroków jest na tyle mały, że sam w sobie wydaje się nieistotny — i właśnie w ten sposób buduje się przyczółek. Zanim obecność ta stanie się bezdyskusyjnym faktem, kwestia tego, czy należy na nią zezwolić, będzie już rozstrzygnięta.
Znamy już tę metodę
Nie trzeba spekulować, dokąd prowadzi takie stopniowe umacnianie pozycji. Dwukrotnie obserwowaliśmy ten proces, a oba przypadki przyniosły skrajnie odmienne skutki. W Libanie Izrael przyzwolił na penetrację irańską i stopniowe wzmacnianie sił wzdłuż naszej granicy. To, co rosło tam przez lata, przeobraziło się w potwora terroru.
Na granicy z Syrią podjęliśmy inną decyzję. Przez dekadę konsekwentnie udaremnialiśmy próby Iranu i Syrii, mające na celu stworzenie połączonej obecności wojskowej u naszych granic. Wymagało to ciągłej czujności i gotowości do natychmiastowego działania, gdy zagrożenie było jeszcze niewielkie — i to podejście przyniosło rezultat.
Dla nas, Izraelczyków, jest jasne: nie możemy pozwolić na obecność wrogich sił zbrojnych tak blisko naszych granic, by osłabiało to naszą zdolność do obrony przed Iranem, Libanem czy samą Syrią. Ta zasada pozostaje niezmienna, niezależnie od przebiegu wydarzeń w samej Syrii.
Wypełnianie regionalnej próżni
W lutym, na dzień przed rozpoczęciem obecnej kampanii w Iranie, wskazywałem, że osłabienie Teheranu nie pozostawi pustki, a podmiotem najlepiej przygotowanym do jej wypełnienia jest Turcja. Próżnia władzy w tym regionie nigdy nie trwa długo. To, co wówczas było jedynie kierunkiem strategicznym, dziś stało się realną obecnością fizyczną — i nastąpiło to szybciej, niż się spodziewałem.
Chcę wyraźnie zaznaczyć: nie piszę tego jako ktoś, kto zawsze postrzegał Turcję jako przeciwnika. W 2005 roku, jako sekretarz wojskowy premiera Ariela Sharona, uczestniczyłem w spotkaniach z przywódcami Turcji. Ankara była wówczas uważana za jednego z naszych najbliższych partnerów – wschodzącą potęgę NATO z ambicjami wejścia do Unii Europejskiej, która rozumiała, że relacje z Izraelem służą realizacji tych celów. Byliśmy dla niej pomostem do Waszyngtonu, partnerem wywiadowczym i technologicznym oraz dowodem dla Europy, jakim państwem chce stać się Turcja.
Jako spadkobiercy imperialnej tradycji, Turcy zawsze postrzegali siebie jako liderów regionu i świata muzułmańskiego. W przeciwieństwie do Iranu, który dążył do dominacji za pomocą organizacji terrorystycznych i przemocy, Turcja buduje swoje wpływy poprzez potęgę państwową. Sprzyja temu jej położenie geograficzne: kraj stanowi pomost między Azją a Europą i kontroluje szlak morski łączący Rosję z Morzem Śródziemnym i Atlantykiem. Dysponuje drugą co do wielkości armią w NATO i stała się przemysłowym filarem europejskiej gospodarki.
Działania w Syrii stanowią element szerszej strategii. Turcja utrzymuje pozycję w podzielonej Libii oraz wywiera wpływ w Afryce Wschodniej, głównie poprzez Somalię. Zbudowała silne relacje z państwami tureckimi w Azji Środkowej, zwłaszcza z Azerbejdżanem i Turkmenistanem. Jej okupacja północnej części Cypru trwa już ponad pół wieku, a spór z Grecją przybrał formę roszczeń do stref morskich, odrzuconych przez sąsiadów i Unię Europejską. Syria to najnowszy z wielu kroków podjętych na przestrzeni lat — i ten położony najbliżej naszych granic.
Co podpisano w Mekce
7 sierpnia 2026 r. Arabia Saudyjska, Turcja i Pakistan podpisały porozumienie, zgodnie z którym zbrojny atak na jedno z tych państw uznaje się za atak na wszystkie trzy. Tureccy urzędnicy porównali tę klauzulę do artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Warto pamiętać, że w historii NATO artykuł 5 uruchomiono tylko raz — po 11 września. Pakty o wzajemnej obronie rzadko są wystawiane na próbę i ten również może nigdy nie zostać zastosowany w praktyce.
Porozumienie to zapewnia jednak Turcji dostęp do saudyjskiego kapitału — największego źródła finansowania obronności w regionie — dokładnie w momencie, gdy jej przemysł potrzebuje środków na ekspansję. Zyskuje ona również powiązania z państwem dysponującym bronią jądrową, co zmienia kalkulację kosztów u potencjalnych przeciwników. Wreszcie — zyskuje klienta na produkty, których nikt inny nie chce mu sprzedać na takich warunkach.
Arabia Saudyjska kupuje większość uzbrojenia w USA, lecz Rijad dąży obecnie do rozwoju własnego przemysłu, pozyskania inżynierów i transferu technologii — obszarów, w których Waszyngton zawsze zachowywał wstrzemięźliwość. Turcja wykazała daleko większą gotowość do dzielenia się wiedzą techniczną. Jej przemysł obronny wyeksportował w zeszłym roku towary o wartości ponad dziesięciu miliardów dolarów, opanowując do perfekcji szybką produkcję i sprzedaż. Saudyjskie środki jeszcze bardziej przyspieszą ten proces.
Bierzmy ich słowa na poważnie
Historia i doświadczenia narodu żydowskiego dają nam cenną lekcję: kiedy ci, którzy życzą nam źle, deklarują swoje zamiary, należy traktować ich słowa poważnie.
W 2018 roku prezydent Turcji oświadczył parlamentarzystom swojej partii, że „duch Hitlera, który doprowadził świat do wielkiej katastrofy, odżył wśród niektórych przywódców Izraela”. W marcu 2025 roku, podczas modlitw kończących ramadan, wzywał publicznie, by „Allah zniszczył syjonistyczny Izrael”. Z kolei w 2024 roku groził: „Tak jak wkroczyliśmy do Karabachu i Libii, tak samo postąpimy z nimi. Nic nie stoi nam na przeszkodzie”. Powtórzył tę groźbę w kwietniu tego roku, po upadku Assada i wkroczeniu sił tureckich do Syrii.
Słyszeliśmy już podobne deklaracje i wiedzmy, jak wysoka bywa cena uznania ich za zwykłą retorykę. Dlatego z dużą uwagą obserwujemy fundamenty kładzione przez Turków — zwłaszcza te powstające tak blisko naszego terytorium. Góra Hermon leży niecałe 300 kilometrów od granicy turecko-syryjskiej. Izraelczycy przywykli do postrzegania Turcji jako odległego państwa, ale rzeczywistość wygląda inaczej.
Od czasu naszego spotkania w 2005 roku Erdogan zmienił kurs. Tam, gdzie kiedyś widział w Izraelu szansę, dziś dostrzega problem i przeszkodę w realizacji własnych celów geostrategicznych.
Izrael nie potrzebuje kolejnych wyzwań w obszarze bezpieczeństwa. Przez lata moim celem była poprawa relacji bilateralnych z Ankarą i nadal uważam to za scenariusz optymalny. Jednak turecki przywódca od lat podsyca napięcia, a obecnie popiera słowa konkretnymi czynami. Jeśli posunie się za daleko, przekona się na własnej skórze, że Izrael nie zachowuje się jak niektórzy z jego sąsiadów. Będziemy zdecydowanie chronić siebie i naszych interesów.
Współpraca z Izraelem — zamiast konfrontacji z nim — już dawno okazała się znacznie bardziej owocna. Pisałem wcześniej o korzyściach, jakie relacje z nami przynoszą Stanom Zjednoczonym: w przemyśle, zdolnościach operacyjnych oraz sprawdzonych w boju technologiach. Izrael i USA przeszły właśnie przez wojnę, która zweryfikowała ten sojusz w warunkach bojowych. To doświadczenie stanowi solidny fundament do dalszej rozbudowy. Jesteśmy jedyną funkcjonującą demokracją w regionie, potęgą technologiczną o zasięgu globalnym, gospodarką odporną na konflikt na siedmiu frontach oraz siłami zbrojnymi, których skuteczność potwierdzono w walce, a nie na poligonie.
Czwarty krąg
Równowaga w regionie jest możliwa do osiągnięcia i jestem przekonany, że opiera się na partnerstwach z udziałem Izraela. David Ben-Gurion stworzył swoją doktrynę peryferii w oparciu o sojusze z państwami leżącymi poza kręgiem bezpośrednich, wrogich sąsiadów — takimi, które dzieliły z nami interesy, ale nie granice. Partnerami tymi były wówczas Etiopia, Iran i Turcja. Żadne z tych państw nie pełni już tej roli, a sama doktryna w dawnej formie przeszła do historii.
Od tamtego czasu zmieniło się jednak to, że odległość przestała być barierą. Nowoczesna łączność, współpraca obronna i logistyka pozwalają na budowanie realnej głębi strategicznej z państwami znacznie oddalonymi geograficznie. Koncepcja „czwartego kręgu” stała się możliwa do realizacji w stopniu nieosiągalnym za czasów Ben-Guriona.
To właśnie tam powinniśmy skierować nasze wysiłki dyplomatyczne:
- Indie — z którymi łączą nas wyjątkowo bliskie relacje w dziedzinie technologii i obronności.
- Zjednoczone Emiraty Arabskie — których globalne wpływy rosną dzięki odważnemu i dalekowzrocznemu przywództwu.
- Azerbejdżan — partner, z którym utrzymujemy długofalowe i merytoryczne stosunki.
- Grecja i Cypr — nasi kluczowi partnerzy we wschodniej części Morza Śródziemnego w obszarze bezpieczeństwa morskiego, energetyki i wspólnych ćwiczeń wojskowych.
Nie jest to koalicja wymierzona przeciwko konkretnemu podmiotowi. To sojusz państw o zbieżnych interesach, tworzący wspólnie głębię strategiczną, której żaden pojedynczy przeciwnik nie zdoła zniweczyć.
Na północy, cierpliwie i etapami, umacnia pozycję ambitne i zdolne państwo, które jednocześnie rozbudowuje wpływy w całym regionie. Nasza odpowiedź musi być dwutorowa: musimy zneutralizować ten przyczółek, póki jest w fazie powstawania, oraz zbudować czwarty krąg sojuszy, dopóki mamy na to czas.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

