Aro Korol
Podsumowanie w jednym zdaniu
Wykorzystywanie żydowskiej tożsamości jako politycznego alibi do legitymizowania krytyki Izraela to intelektualna fuszerka, która zamienia realnych ludzi w bezmyślne maskotki.

Dziwna polityka wykorzystywania tożsamości żydowskiej do legitymizowania wrogości wobec Izraela
Żydzi, podobnie jak każda inna grupa ludzi, są niezwykle zróżnicowani – co oznacza, że wśród nich także trafiają się kompletni, pieprzeni idioci. To zresztą jedno z wielkich osiągnięć ludzkiej równości: nikt nie jest wykluczony. Bycie Żydem nie jest kartą członkowską uprawniającą do automatycznego autorytetu moralnego, paszportem dyplomatycznym ani dożywotnim zwolnieniem z sytuacji, w której ktoś ci powie, że gadasz bzdury. Niestety, niektórzy wydają się gubić tę część ciała, w której mieści się mózg.
Zanim jednak ktoś sięgnie po sole trzeźwiące, wyjaśnijmy jedno: nie chodzi tu o Żydów krytykujących Izrael. Oczywiście, że mogą to robić. Mogą nienawidzić izraelskiej polityki, gardzić rządem, popierać państwo palestyńskie, sprzeciwiać się osadnictwu, nie zgadzać się z syjonizmem albo spędzać trzy godziny na krzyczeniu na telewizor, bo Netanjahu znowu ich wkurzył. W porządku. To się nazywa posiadanie opinii politycznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy stanowisko antyizraelskie lub antysyjonistyczne zyskuje dodatkowy, magiczny autorytet tylko dlatego, że osoba je wyrażająca jest Żydem. Nagle nie jest to już zwykła opinia na temat państwa. Staje się „opinią żydowską”, jakby wiązał się z nią wbudowany certyfikat wiarygodności.
Weźmy na przykład Eda Milibanda. Kiedy krytykuje Izrael, jego żydowska tożsamość nagle staje się kluczowym elementem argumentacji. I tu robi się dość wygodnie – zamiast pytać, czy jego argument jest inteligentny, historycznie spójny, czy po prostu kompletną bzdurą, zachęca się nas do zwrócenia uwagi na pochodzenie etniczne autora. Spójrzcie, on jest Żydem! No dobrze. I co z tego? Nadal przedstawia jakiś argument. Bycie Żydem nie zamienia analizy geopolitycznej w boskie objawienie. Mojżesz nie zostawił dodatkowej tabliczki z napisem: „A tak przy okazji, jeśli nie zgadzacie się z Izraelem, upewnijcie się, że wszyscy wiedzą, że jesteście Żydami. To dodaje powagi”.
Jest też Miriam Margolyes. Atakuje i demonizuje Izrael, a jej żydowska tożsamość staje się częścią politycznego teatru. I mamy idealny mechanizm: Żyd mówi, że Izrael jest okropny. Cudownie! Zadzwońcie dzwonkiem, uruchomcie kamery. Konflikt na Bliskim Wschodzie został w końcu sprowadzony do poparcia ze strony celebryty. Nieważne, że miliony Żydów mogą mieć zupełnie inne zdanie. Znaleźliśmy jednego, który się z nami zgadza, więc sprawa zamknięta. Niech ktoś powie ONZ, że mogą wracać do domu.
A potem jest jeszcze Jon Stewart, który spędził mnóstwo czasu na czymś bardzo podobnym. Powtórzmy: problemem nie jest to, że jest Żydem i ma wyraziste opinie na temat Izraela. Ma do nich pełne prawo. Dziwne jest jednak to, że traktuje się je tak, jakby jego tożsamość dawała mu jakąś szczególną władzę nad krajem, ruchem czy całą cywilizacją. Bo najwyraźniej bycie Żydem oznacza, że nie tylko wyrażasz własne zdanie – przybywasz, niosąc w bagażu podręcznym kilka tysięcy lat żydowskiej historii. Kto by pomyślał, że do plemienia dołączona jest legitymizacja prasowa?
Jest też córka mojej przyjaciółki w Ameryce. Jest Żydówką. Kiedyś opublikowała na Facebooku wpis z hasłem: „Od rzeki do morza”. Zwróciłem jej na to uwagę. Usunęła mnie z grona znajomych. W porządku, ma prawo do swojej opinii. Niestety, okazuje się też idiotką. I właśnie w tym momencie wolność słowa staje się naprawdę piękna: masz prawo wyrażać swoje poglądy, a wszyscy inni mają prawo zauważyć, że nie przemyślałeś ich nawet w ułamku procenta. Demokracja jest pod tym względem cudowna. Daje każdemu mikrofon, ale nie obiecuje, że do każdego dołączy też mózg.
Fakt, że jest Żydówką, najwyraźniej nie uodpornił jej na wygłaszanie głupot. Dlaczego miałby? Czy tożsamość żydowska wiąże się z aktualizacją oprogramowania, która automatycznie instaluje mądrość? Czy istnieje infolinia, pod którą można zadzwonić, gdy zamierza się opublikować coś katastrofalnie nieprzemyślanego? Naciśnij „1” w sprawie politycznej głupoty. Naciśnij „2”, jeśli jesteś Żydem. Najwyraźniej nie.
I to jest właśnie ta część, która zasługuje na najgłębszą refleksję. Kiedy antysyjonistyczny Żyd potępia Izrael, często pojawia się niemal desperacka chęć wyniesienia tej osoby do rangi „głosu Żydów”. Nie „żydowskiego głosu”. Nie opinii jednej konkretnej osoby. Nie. „Głosu Żydów”. Ponieważ nic nie czyni argumentu politycznego bardziej użytecznym niż znalezienie kogoś z grupy, którą krytykujesz, kto macha ci potakująco głową.
To polityczny odpowiednik znalezienia jednego weganina, który nienawidzi warzyw, i ogłoszenia, że właśnie obaliłeś całe rolnictwo.
Co ciekawe, działa to w jedną stronę. Żyd, który popiera Izrael, nagle staje się dla tej narracji znacznie mniej interesujący. Jego żydowskość traci swoje magiczne znaczenie. Zabawne, jak szybko tożsamość staje się kluczowa, gdy Żyd mówi to, co chcesz usłyszeć, a potem w tajemniczy sposób przestaje się liczyć, gdy ma inne zdanie. Najwyraźniej „właściwym” Żydem jest ten, który pojawia się z „właściwą” opinią. Cóż za imponująca tolerancja.
W tym momencie cała ta gra staje się popisem czystego, intelektualnego lenistwa. Żydzi nie stanowią monolitu. Nigdy nim nie byli. Tożsamość żydowska jest złożona, ukształtowana przez historię i wewnętrznie podzielona. Wielu Żydów utożsamia się z Izraelem, jednocześnie krytykując jego politykę czy popierając ideę państwa palestyńskiego.
Więc pomysł, że jednego antysyjonistycznego Żyda można wyciągnąć na scenę jako autentyczny, uniwersalny autorytet w sprawie Izraela, to kompletny nonsens.
On mówi we własnym imieniu.
Ona mówi we własnym imieniu.
Nie są oni Żydowską Organizacją Narodów Zjednoczonych.
Nie ma gdzieś w Jerozolimie tajnego pokoju, w którym dwunastu starszych Żydów siedzi przy stole i rozpisuje grafiki: „Dobrze, Miriam znowu potępiła Izrael. Świetnie, zapisz to w protokole. Stewart dostaje wtorek, Miliband czwartek”.
Ludzie tak nie funkcjonują.
A jednak ten mały polityczny spektakl wciąż trwa. Znajdźcie Żyda, który najgłośniej nienawidzi Izraela, postawcie przed nim mikrofon – a nagle jego pochodzenie staje się dowodem. Dowodem nie na to, że Izrael ma rację lub nie, ale na to, że ten konkretny Żyd zgadza się z nami. A to jest najwyraźniej jedyne, co ma jakiekolwiek znaczenie.
I to jest prawdziwa zniewaga.
Nie wobec Izraela.
Niekoniecznie nawet wobec syjonizmu.
Wobec samej tej osoby.
Zamiast traktować tych ludzi jak dorosłych, zdolnych do samodzielnego myślenia, zamienia się ich w polityczne maskotki. Ich tożsamość staje się rekwizytem, sprzeciw – produktem, a oklaskujący ich tłum wcale nie jest zainteresowany tym, co naprawdę myślą. Liczy się tylko to, co pozwala im uwiarygodnić własną tezę.
Widzicie? Powiedział to Żyd.
Tak. Powiedział to Żyd.
No i co z tego?
Żyd może powiedzieć coś genialnego. Żyd może powiedzieć coś przemyślanego. Żyd może powiedzieć coś odważnego.
Żyd może też powiedzieć coś spektakularnie głupiego.
To nie czyni go ani trochę mniej żydowskim. Czyni go po prostu człowiekiem.
Co sprowadza nas z powrotem do Milibanda, Margolyesa, Stewarta i córki mojego przyjaciela. Bycie Żydem nie oznacza, że ktokolwiek z nich ma rację w sprawie Izraela. Nie oznacza też automatycznie, że się mylą. Ich argumenty muszą bronić się same – dokładnie tak samo, jak argumenty wszystkich innych.
Żadnej żydowskiej karty atutowej.
Żadnego politycznego immunitetu.
Żadnego magicznego ulepszenia statusu.
Po prostu opinia. A czasami – niestety – cholernie kiepska.
Wygląda na to, że równość naprawdę oznacza prawo każdego do bycia idiotą. Wreszcie coś uniwersalnego.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

