Łona: Takiej szkoły rymowania, jak u Młynarskiego i Przybory, nie ma nigdzie indziej

Adam „Łona” Zieliński, fot. Tomasz Kajszczarek

O powojennym Szczecinie, książkach dla dzieci i wyższości Doroty Masłowskiej nad współczesnymi raperami opowiada Adam Zieliński, szerzej znany jako Łona.

Właśnie wydaliście z Webberem nowy materiał, „Śpiewnik domowy”.  Najbardziej poruszył mnie na nim utwór „Echo”, opowieść o żydowskich mieszkańcach Szczecina przed 1968 rokiem. Jak jest dziś z pamięcią o nich i skąd u ciebie wzięło się zainteresowanie tym tematem?

Ta pamięć jest ciągle żywa. Ja co i rusz trafiam na takie, wybacz patetyczne sformułowanie, okruchy pamięci pozostawione po mieszkańcach, którzy żyli tu przed Marcem. Bardzo chciałem coś zrobić z tym poczuciem pustki. Nie jestem związany ze społecznością żydowską, ale jestem szczecinianinem z dziada pradziada, tzn. z drugiego pokolenia, więc już prawie najbardziej, jak to tylko możliwe. Moja mama się tu urodziła, dziadek przyjechał zaraz po wojnie jako młody inżynier.

A to jest istotny fragment historii tego miasta. Zaraz po wojnie Szczecin był miastem przerzutowym, w 1945 roku było tu trzydzieści tysięcy Żydów. Później żyła tu spora społeczność żydowska, której ciągłość została brutalnie zerwana w 1968 roku. Ci ludzie porozjeżdżali się wprawdzie po świecie, ale zabrali też kawałek Szczecina ze sobą. Przede wszystkim chciałbym, żeby oni wiedzieli, że my pamiętamy o nich.

W drugiej zwrotce opowiadasz historię Następców Tronów, obiecującego zespołu bigbitowego, którego kariera została przerwana przez Marzec. Pierwsza zwrotka to wykreowana przez ciebie scena czy również odniesienie do realnych postaci?

Niemal  w całości oparłem się na rozmowach przeprowadzonych przez Weronikę Fibich i Adama Ptaszyńskiego z Teatru Kana, którzy zrobili swego czasu akcję pod tytułem „Przeprowadzka”, w ramach której porobili długie wywiady ze szczecinianami – obecnymi i emigrantami. Trochę też czerpałem z materiałów zebranych przez muzeum Polin.

Największe wrażenie wywarły na mnie właśnie rozmowy z panem Leonem i panią Różą – słuchałem tego wiele razy i na swój sposób zaprzyjaźniłem się z tymi ludźmi, choć znałem ich wyłącznie z tych nagrań. To były bardzo intymne rozmowy o życiu spędzonym w Szczecinie, o młodości i dorastaniu. Z tego wszystkiego rysował się obraz ludzkich istnień, które bardzo mocno splatały z tym miastem. A także prób zapomnienia o przeszłości, która jednak cały czas w nich głęboko tkwi.

Słuchając tego utworu od razu nasunęło mi się skojarzenie z twoim numerem sprzed lat, „Leksykonem Brockhausa”. Oba te utwory składają się na dyptyk o wypędzeniach i o dawnych mieszkańcach miasta. Tylko że, co wydaje mi się znamienne dla powojennej historii Szczecina, w „Echu” pojawiają się ludzie z krwi i kości, a w „Leksykonie” Niemcy to anonimowi właściciele porzuconego mienia.

Nie przyszło mi to głowy wcześniej, dosyć egzotyczne zestawienie. Ale rzeczywiście – przy wszystkich różnicach, widać tu pewną wspólnotę losów, zwłaszcza w przymusowym zerwaniu z własną przeszłością. A z mojego punktu widzenia – o Żydach, którzy wyjechali w 1968 roku, coś tam jednak wiem, bo to są konkretne osoby, których opowieści mocno we mnie zapadły i które były widocznym elementem powojennej historii miasta. O przedwojennych mieszkańcach wiem natomiast bardzo niewiele. To zresztą ciekawe, że wyobrażenie całej tej społeczności jest budowane głównie na podstawie pozostawionych przedmiotów, jak te poniemieckie meble, o których wciąż, z niewiadomych przyczyn, wspominam.

Szczecin był takim porzuconym miastem, zagospodarowanym lepiej lub gorzej przez te 75 lat. Teraz jest wprawdzie coraz lepiej, ale dziesiątki powojennych lat zmarnowano, szczególnie jeśli chodzi o radzenie sobie z pamięcią, bośmy ją wypierali. Oficjalna narracja historyczna była przecież taka, że Szczecin jest superpostpiastowskim miastem, do którego Niemcy tylko na chwilkę wpadli z wizytą. A objawiała się między innymi tym, że wszystkie ślady po Niemcach były nie tyle zamazywane farbą, co wykuwane z tych kamienic.

Szczecinianie długo budowali w sobie kapitał do tego, żeby spokojnie zmierzyć się z poniemiecką historią. Teraz jest już mnóstwo inicjatyw odważniej odkrywających barwną przeszłość. Mieszkamy w końcu w tych samych miejscach – Szczecin się wprawdzie mocno zmienił, ale wciąż mocno widać przedwojenny pomysł na to miasto.

Ciekawe są też te pionierskie czasy tużpowojenne. Przypomniała mi się historia mojego dziadka, który przyjechał z Warszawy do Szczecina na początku lat 50., żeby studiować na Politechnice. Wybrał to miasto, bo było najdalej położone z tych, które mógł wtedy wybrać. Jak to student liczył na życie nocne i inne atrakcje, a ku jego rozczarowaniu po zmierzchu ulice się wyludniały i ludzie przesiadywali głównie w domach, wciąż mając w pamięci niedawne czasy szabrownictwa i uzbrojonych band grasujących po ulicach.

Calosc TUTAJ


Przyslala Rimma Kaul

One Response to “Łona: Takiej szkoły rymowania, jak u Młynarskiego i Przybory, nie ma nigdzie indziej”

  1. Pięknie dziękuję!!!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: