Uncategorized

Mścicielka z warszawskiego getta. Zabijała Niemców i zdrajców bez zmrużenia oka


Michał Wójcik

Rywka 'Niuta' Taitelbaum (także Wanda Witwicka) w wieku 19 lat, zdjęcie wykonane w 1936 r. w Łodzi

Rywka 'Niuta’ Taitelbaum (także Wanda Witwicka) w wieku 19 lat, zdjęcie wykonane w 1936 r. w Łodzi (Fot. ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego)

Po wojnie Rywka Tajtelbaum stała się symbolem wszystkich kobiet walczących z okupantem. Świetnie pasowała do legendy o „Wandzie, co Niemca nie chciała”

Cel to SS-Standartenführer, czyli pułkownik z formacji ROA. Adres: róg Marszałkowskiej i Wilczej, parter. Fatalne miejsce na zamach. Dlatego szef Spec-grupy wytypował do tej roboty najlepszych: Franciszka Bartoszka ps. „Jacek” oraz Wandę Witwicką ps. „Wanda”. Przed wojną Bartoszek był malarzem, ona historyczką, teraz to bezwzględny duet.

Pułkownik otworzył im od razu. „Jacek” zabrał go do łazienki, a potem jeden strzał. „Systemem katyńskim” – napisał po wojnie przyjaciel obojga Jerzy Duracz ps. „Felek”, również członek Spec-grupy.

Gdy ciało pułkownika osunęło się do wanny, rozległo się pukanie do drzwi. „Jacek” zobaczył przez wizjer kolejnego esesmana.

Wanda schowała się do kuchni, a „Jacek” otworzył i nienaganną niemczyzną zapytał, o co chodzi. Gdy tamten wyjaśnił, że słyszał strzał, „Jacek” zasugerował, że to pewnie za oknem i pociągnął gościa do środka. Niech razem spojrzą na ulicę.

Za wcześnie wyciągnął broń. Duracz: „Niestety Jacek miał szóstkę i strzał, mimo, że celny i w głowę, nie okazał się śmiertelny”.

Niemiec zalany krwią rzucił się do okna. Wtedy „Wanda” strzeliła. Potem zapadła przejmująca cisza, ale po chwili ulica ożyła.

„Na szczęście zebrał się tłum gapiów i »Jacek”, i »Wanda« zmieszawszy się z tłumem, uciekli” – zakończył Duracz.

Jego żona Anna dodała jeszcze zdanie: „Ponieważ ta drobna, smukła dziewczyna o niebieskich oczach i przepięknych blond włosach jakoś zwracała na siebie uwagę w tych wszystkich akcjach, zyskała sobie przydomek w gestapo: »Die Kleine Blonde«”.

Wandą Witwicką była od niedawna, naprawdę nazywała się Rywka Tajtelbaum, ale przyjaciele mówili na nią Niuta. Kilka miesięcy wcześniej wyszła z getta i po przeszkoleniu stała się filarem Spec-grupy, sześcioosobowego komanda likwidatorów Komendy Głównej Gwardii Ludowej. Wystarczyło kilka akcji, by lud Powiśla śpiewał piosenki o nowym wcieleniu warszawskiej syrenki – krwawej mścicielce ze złotym warkoczem.

Heroina walk wyzwoleńczych

21 lipca 1964 r. w przeddzień Święta Odrodzenia Polski, odbyła się w Warszawie podniosła uroczystość. Włodarze partii, przede wszystkim kombatanci GL, odsłonili wielką biało-czerwoną mozaikę tuż przy Społecznym Funduszu Odbudowy Stolicy w Alejach Jerozolimskich. Budynek stoi do dziś. Kiedyś była tu słynna Café Club, knajpa „nur für Deutsche”.

Ulica Nowy Świat, skrzyżowanie z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie, ok 1939 r.

Ulica Nowy Świat, skrzyżowanie z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie, ok 1939 r. Fot. autor nieznany, domena publiczna, Wikimedia Commons

W październiku 1942 r i lipcu 1943 r. gwardziści przeprowadzili tu dwa zamachy. Zabili i ranili kilkudziesięciu okupantów. Pierwsza akcja znalazła się w podręcznikach, powstał nawet o niej film.

81 lat temu w getcie warszawskim wybuchło powstanie

Mozaikę doskonale widać było z Domu Partii, mógł na nią patrzeć pierwszy sekretarz. To dwie postacie męskie i kobieta — oni, to komunistyczni bojowcy, dowodzi tego pepesza, a także pałatka. Ona stoi niżej, ma pistolet. Nikt nie miał wątpliwości, kogo przedstawia, tym bardziej że ma charakterystyczne długie włosy. To Wanda Witwicka – heroina walk wyzwoleńczych, gwardzistka. Jej miejsce było w panteonie komunistycznych świętych, choć nie spoczęła w Alei Zasłużonych na wojskowych Powązkach. Jej ciała nie odnaleziono.

W hagiograficznym tekście Gustaw Alef-Bolkowiak, szef propagandy w Głównym Zarządzie Politycznym Wojska Polskiego, pisał: „wykonuje indywidualne wyroki śmierci na gestapowcach i niemieckich pachołkach, Ona rzuca pęki granatów na Café Club, kina, teatry tylko dla Niemców”.

To akurat nieprawda. W akcji na Café Club udziału nie wzięła, ale nie miało to znaczenia.

Wanda Witwicka była emanacją wszystkich kobiet walczących o wyzwolenie. Pierwszą bohaterką Polski Ludowej, której losy — zaraz po wojnie — doskonale zsynchronizowały się z legendą o „Wandzie, co nie chciała Niemca”.

Literacki topos „mścicielki ze złotym warkoczem” powstał w 1946 r. Jego autorką jest przyjaciółka Wandy, Stanisława Sowińska, ps. „Barbara”. Opublikowała wtedy powieść „Lata walki”. Książka miała kilka wydań i choć w 1949 r. autorka na pięć lat poszła do więzienia, legenda Wandy żyła już własnym życiem.

Po 1956 r, gdy Gomułka wyszedł na wolność i objął władzę, pamięć o Wandzie znowu eksplodowała. Do powieści Sowińskiej, dołączyły teksty Krystyny Zielińskiej, a potem Karoliny Glińskiej. Jej biografia Witwickiej ma moc ładunku wybuchowego.

„Stale w akcji, nie rozstaje się ze swoim »przyjacielem« – rewolwerem, nie cofa się przed żadnym niebezpieczeństwem. Nawet wśród oddanych sprawie bojowców, wyróżnia się niezwykłą odwagą, pogardą śmierci. Jeden z nielicznych pozostałych przy życiu jej współtowarzyszy opowiadał, że w najniebezpieczniejszych momentach potrafiła Wanda śmiać się serdecznie z dowcipu, który sobie nagle przypomniała (…) Dopiero na jej przykładzie zrozumiałam, ile prawdy zawiera zdanie: serca, umiejące najgoręcej kochać – najsilniej też nienawidzą…”

Żydowski historyk Bernard Mark w monografii „Powstanie w Getcie Warszawskim” umieścił Rywkę/Wandę pośród nieśmiertelnych: Mordechaja Anielewicza i Józefa Lewartowskiego. Z kolei Jerzy Duracz opublikował dwa tomy „Odwet” i „Dwa uderzenia”, które miały wiele wydań.

Mozaika upamiętniająca zamach na Cafe Club w Warszawie (obecnie budynek Empiku przy Rondzie de Gaulle'a). Zaprojektowana przez Władysława Zycha.

Mozaika upamiętniająca zamach na Cafe Club w Warszawie (obecnie budynek Empiku przy Rondzie de Gaulle’a). Zaprojektowana przez Władysława Zycha. Fot. Tadeusz Rudzki / Wikimedia Commons

Historię Spec-grupy napisał historyk Stanisław Nienałtowski, a także Jerzy Klechta. Imieniem Wandy nazywano szkoły i świetlice.

Do czasu. Gdy w 1968 r. powiało antysemickim szkwałem, nagle okazało się, że już nie „Lata walki” są zapisem oficjalnej historii partii, a „Barwy walki” Mieczysława Moczara. Już nie dzieje warszawskich bojowców wytyczały moralny wzorzec, a historia dzielnych partyzantów z lasu.

Wanda jako Żydówka osunęła się w szarą strefę zapomnienia, a nieremontowana latami mozaika – zaczęła gubić kafle.

Artystka performatywna Zuzanna Hertzberg od dekady swoimi akcjami domaga się rewitalizacji jej pamięci. Ostatnio także historycy wyciągnęli z Archiwum Yad Vashem pewien tekst — wstrząsające wspomnienia Anny Duracz. Jej historia Rywki nijak ma się do wcześniejszych eposów. Tu, bojowniczka z getta, akcje po aryjskiej stronie wykonuje w ramach występów gościnnych. Ma status trupa na krótkim urlopie wśród żywych.

Lenina cytowała na wyrywki

Przyszła na świat w rodzinie łódzkich przemysłowców w 1917 r., więc raczej nie z domu wyniosła miłość do marksizmu. Częściej dokarmiała robotników w fabryce tekstylnej papy, aniżeli przynosiła dobre oceny. Uczyła się w ekskluzywnym gimnazjum Józefa Aba, gdzie roczne czesne dochodziło do tysiąca złotych, sumy astronomicznej. Wyleciała za buntowanie uczennic i udzielanie się w Łódzkim Związku Młodzieży Szkolnej, a potem Komunistycznym Związku Młodzieży – organizacji nielegalnej.

Wśród łódzkich komunistów była nastoletnią gwiazdą. Jerzy Duracz: „Miała dar zjednywania ludzi (…) Sama była bardzo prawa, czysta w intencjach, nigdy nieskażona kłamstwem”.

Bernard Mark: „Towarzysze i koledzy nazywali ją »płonącą pochodnią«”.

I ta pochodnia zgasła zaraz po przeprowadzce do stolicy w 1936 r. O ile w Łodzi jej żydostwo nie było stygmatem, o tyle w stolicy – za jej pochodzenie nikt już nie punktował. Gdy zaczęła studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim, brutalna akcja „odżydzania” akademii szybko wybiła jej z głowy miłość do średniowiecza.

W ciągu trzech lat stała się komunistką ekstremalną. Broniła bitych studentów, chodziła na manifestacje, rozlepiała plakaty. Gdy antysemityzm na uniwersytecie został usankcjonowany prawem, wstąpiła do Komitetu Obrony Praw Akademika-Żyda. „Komunista musi być przykładem dla innych” – to podobno jej słowa.

Zielińska pisała, że górowała „nad wszystkimi zdolnościami, inteligencją, wiadomościami, wyrobieniem politycznym, odwagą i samozaparciem. Ma niezwykle rozwinięte poczucie więzi z partią”. Lenina cytuje na wyrywki, ale coraz częściej sięga również po bojowe wiersze Broniewskiego.

Wszystko kończy się 1 września 1939 r. Dla Polaków. Bo dla prawdziwych komunistów kataklizm nastąpił rok wcześniej – 16 sierpnia 1938 r. Stalin rozwiązał Komunistyczną Partię Polski.

Rywka przeszła wtedy z koleżankami do Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus” i to w niej zainicjowała dziewczęcą konspirację w getcie.

Gdy w kwietniu 1942 r. pojawiła się w Centosie, czyli Centrali Towarzystwa Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi (przykrywka dla komunistów) przywitał ją tam Gustaw „Alef” Bolkowiak – doświadczony bojowiec. „Popatrzyłem na nią z nieufnością i zdziwieniem. Nie mogłem sobie uprzytomnić, by ta dziewczyna o wyglądzie dziecka mogła być członkiem bojowego aktywu” – napisał.

Rywka 'Niuta' Taitelbaum (także Wanda Witwicka) w wieku 19 lat, zdjęcie wykonane w 1936 r. w Łodzi

Rywka 'Niuta’ Taitelbaum (także Wanda Witwicka) w wieku 19 lat, zdjęcie wykonane w 1936 r. w Łodzi Fot. ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego

Odpowiedziała mu słowami, które po wojnie stały się lajtmotywem jej bojowej legendy: „Jestem Żydówką i komunistką, moje miejsce jest wśród najbardziej aktywnych bojowników przeciw faszyzmowi, za honor mojego narodu i ludzkości”.

Rzeczywiście tak powiedziała? Raczej nie, wszystkie te wzniosłe frazesy dopisano do jej mitu po wojnie.

Komuniści murem podzieleni

Dziecinny wygląd to w getcie jej największy atut. Wyglądała na nastolatkę, a miała już 25 lat. Nie bała się wychodzić na aryjską stronę. Mówiła po polsku, czuła jak Polka i co najważniejsze zachowywała absolutny spokój w najbardziej nerwowych sytuacjach. A tych było coraz więcej, bo jako pierwsza zaczęła szmuglować do getta broń.

Po utworzeniu Polskiej Partii Robotniczej, a potem Gwardii Ludowej, przeszła szkolenie wojskowe i została instruktorem pierwszej piątki bojowej. Razem z nią szkoliły się Bela Mączkowska i jej siostra Anna Duracz, Kazimiera Kagan i Hanka (Bela) Krakowska. Karolina Glińska: „(Rywa) godzinami tłumaczy współtowarzyszom konstrukcje granatów i min, zapoznaje z techniką aktów sabotażu i dywersji”.

Skąd to wszystko wie? Gdzie się tego nauczyła? To jedna z wielu białych plam w jej życiorysie

Mimo powstania partii w połowie 1942 r. komuniści przeżywali kryzys. Był ich mało, wśród nich wielu zdrajców, wpadek coraz więcej. Powstał zdumiewający podział. Komuniści po aryjskiej stronie tracili zaufanie do zamkniętych w getcie komunistów żydowskich. Mniejszość traciła zaufanie do większości. Przecież to w getcie było ich najwięcej, bo ok. 500.

Skąd ten podział? Ta nieufność? Właśnie to ujawniła po 1968 r. Anna Duracz. Napisała to, co o czym do tej pory żydowscy komuniści tylko szeptali: stosunek partii do getta obciążony był „rodzajem tradycyjnego myślenia o pewnych przesłankach antysemickich”. W kontekście Zagłady to szokujące.

Okazuje się, że tuż przed tym jak ruszyły transporty do Treblinki, liderzy partii zarzucili żydowskim towarzyszom życie w dostatku. Mieli pretensje, że „plutokracja żydowska” ma pieniądze i nie chce się nimi dzielić z towarzyszami po drugiej stronie muru. „Getto powinno dać partii pieniądze” – cytowała zarzuty Duracz.

Ale mimo transferu środków na aryjską stronę, ta nie zrewanżowała się bronią. Dostaw było mało i nie wynikało to z ogólnego braku.

Do kursów w piątkach — zeznawała przyjaciółka Rywy — mieliśmy „jeden zepsuty pistolet”. Inny komunista, Bronisław Jaworski, po wojnie wspominał, że w jego piątce tylko dowódca miał rewolwer… „własnej roboty”.

Gdy 22 lipca 1942 r. zaczęła się Wielka Akcja i każdego dnia z Umschlagplatz odchodziły transport do Treblinki, komuniści w getcie — jak pisała Duracz — mieli poczucie „pełnego sparaliżowania i pełnego zdania na własne siły. […] Dlaczego partia z zewnątrz nie znajduje żadnego sposobu, żeby jakimiś drogami do nas dotrzeć, żeby coś przekazać.”

Towarzysze, nie zażydzać lasu!

Dopiero w sierpniu dowództwo GL zdecydowało się wyprowadzić z getta tylu komunistów, ilu się da. Adresy znowu rozprowadza Rywa.

W odstępach co 10 dni – przechodziły na drugą stronę dwójki lub trójki towarzyszy. Jedną z grup tworzyły Elza „Długa Krysia”, Małgosia Zaltsztejn (Zalcstejn) i Zosia Jamajko. Miały kontakt do towarzyszy na Woli. Jednak na początku września dotarł do getta dramatyczny list.

Anna Duracz: „Po dotarciu do którychś z tych lokali, dziewczynki zostały wyprowadzone, niby dla jakiegoś kontaktu do parku na Woli – i wszystkie trzy zgwałcone i pozostawione same sobie. List ten był dla nas potwornym ciosem”.

Po ewakuacji z getta Rywka nie chciała ukrywać się w Warszawie. Żądała od władz partii skierowania do partyzantki.

Nie wiedziała, że Hilary Chełchowski, ps. „Długi Janek”, wydał rozkaz nie „zażydzania lasu”. Najpierw oponował przeciwko pomaganiu Żydom w ucieczce z getta, bo ci „grożą lokalom partyjnym”, a potem straszył żydowskimi towarzyszami, bo ci „depopularyzują” partyzantkę w oczach chłopów.

Poniekąd miał rację. Pierwsi partyzanci z GL w ogóle nie walczyli z Niemcami, tylko z chłopami o jedzenie, a także z upartym przekonaniem o „żydokomunie” w lesie.  

Rywka Tajtelbaum ostatecznie została szefem oświaty w oddziale w lasach łowickich. O tym co ją tam spotkało, nigdy nikomu nie opowiedziała, opowiadały inne towarzyszki. Gwałty, pijaństwo, demoralizacja w partyzantce były na porządku dziennym. To wyparty z historii lewicy rozdział. Tak jak akcje, których opisy po wojnie nagminnie koloryzowano.

Ponieważ zmorą jej oddziału był brak broni, piąty już dowódca (poprzedni zostali odwołani lub rozstrzelani przez swoich) postanowił napaść na majątek Grabińskich w Walewicach. Po śmierci szambelana papieskiego Stanisława Grabińskiego w 1930 r. w pałacu mieszkała wdowa z dziećmi. W powszechnej świadomości byli wzorowymi patriotami, pomagali innym, wspierali AK. Ponieważ pałac wydawał się nie do zdobycia, dowódca, „Czarny Antek”, poprowadził swoich na „pańską” leśniczówkę.

Partyzanci weszli do środka od tyłu. Gdy zapalili latarki, mieli ujrzeć skierowaną w ich stronę lufę karabinu.

„Towarzysz stojący za mną strzelił, ktoś upadł. Gdy weszliśmy do pokoju na podłodze leżała ranna kobieta, a na tapczanie siedział starszy, siwy człowiek. Nigdzie jednak nie było karabinu” – napisał po wojnie towarzysz Franciszek Ciastek „Owijacz”. Ponieważ nie mogli znaleźć broni, zaczęli torturować starca, a na koniec go dobili. W partyjnej prasie pojawiły się meldunki o przykładnym ukaraniu niemieckiego landrata.

Czy Wanda brała udział w tym mordzie? Nie wiadomo.

Z pistoletem w futrzanej mufce

Do warszawskiej legendy przeszła jako kobieta bojowiec zdolna przeobrazić się w każdego. Te jej przebieranki to najważniejszy element mitu. Właśnie to upodobniło ją do… warszawskiej syrenki.

Krystyna Zielińska: „Pewnego dnia otrzymała Wanda zadanie zgładzenia jednego z wysokich dygnitarzy hitlerowskich. Poszła prosto do urzędu…

– Jakaś młoda piękność prosi o przyjęcie – zameldowała sekretarka gestapowcowi.

– Proszę wprowadzić – brzmiała odpowiedź dygnitarza.

Wanda weszła do gabinetu. Na jej widok gestapowiec wstał od biurka, podszedł do niej i wskazując na jej złote warkocze, spytał:

– Gibt es auch bei euch Lorelei (czyli i u was istnieje Lorelei )

Zamiast odpowiedzi Wanda skierowała lufę rewolweru w twarz faszysty. Padł strzał…”

Jeśli Niemiec rzeczywiście użył takich słów, chyba wiedział, że zginie. Lorelei to postać z niemieckiego folkloru. Ikona. W jednej z wersji mitu po zdradzie kochanka rzuciła się w nurty Dunaju, a potem – po śmierci – zmieniła w wodnego wampira, czyli właśnie syrenę. W akcie zemsty wywracała łodzie albo roztrzaskiwała je o skalny brzeg. Topiła rybaków, ściągała na dno.

W wersji nadwiślańskiej zabija z zimną krwią.

Oficjalnie próg własnego mitu zabójcy przekroczyła w lutym 1943 r. To był – relacjonował Nienałtowski — zamach na „pracownika gestapo, gorliwego tropiciela i prześladowcy walczącego podziemia, a zwłaszcza PPR i GL”.

Do gestapowca strzelał Zygmunt Bobowski, ps. „Tadek” – kolejny artysta-malarz w oddziale. Ale Niemiec został tylko ciężko ranny. Sprawę trzeba dokończyć.

„Pewnego dnia portier »Omegi« [kliniki w Alejach Jerozolimskich] wpuścił do lecznicy jakąś damę we wspaniałym futrze, z bukietem cudnych kwiatów” – opisywał Nienałtowski. „Miała ze sobą nie tylko kwiaty, lecz i »siódemkę« ukrytą w mufce. Gestapowiec leżał, jak się okazało, w osobnym pokoju. Wanda pozbyła się obecnej w tym pomieszczeniu pielęgniarki wymownym uśmiechem. Po chwili wyszła z pokoju także i ona sama”.

Ale to nie koniec tej historii, ciąg dalszy — w nieco innej odsłonie — dopisał po wojnie historyk Tomasz Strzembosz. W monografii akcji zbrojnych podziemnej Warszawy umiejscowił ją na ul. Chmielnej. To tam według niego mieszkał nie jeden a trzech „agentów gestapo”.

„Pewnego dnia do drzwi właściwego mieszkania zastukała – udając mleczarkę – jasnowłosa »Wanda« (Rywa Tajtelbaum) z ukrywającymi się po bokach »Jackiem«(Franciszkiem Bartoszkiem) i »Wygą«  (Janem Wyszyńskim)” – napisał. Gdy gospodyni otworzyła drzwi, trójka bojowców wpadła do pokoju zajmowanego przez agentów.

W opisie Strzembosza – zaskoczeni „pracownicy policji” nie zdążyli nawet sięgnąć po broń. Ale po kilku dniach okazało się, że jeden jest tylko ranny i leży w lecznicy „Omega”. Po kilku dniach Wanda pojawiła się tam w długim płaszczu. Pod nim miała szpitalny fartuch — to już trzeci strój w tej akcji. Weszła na pierwsze piętro, tam zdjęła płaszcz i jako lekarka z pistoletem w kieszeni fartucha podeszła do dyżurującego pod separatką policjanta. Zastrzeliła go, a potem leżącego w pokoju agenta. Następnie wyszła, włożyła na fartuch płaszcz i „mijając na schodach biegnącą na odgłos strzałów pielęgniarkę, spokojnie opuściła budynek”.

Jerzy Duracz dodał pewien szczegół — po wtargnięciu Spec-grupy do mieszkania, agenci „zaczęli się prosić”.

– Jesteśmy Żydami – błagali o litość, co akurat jest niewykluczone. Znanych jest kilka grup żydowskich agentów Gestapo.

„Na to Wanda odpowiedziała: ja też jestem Żydówką, ale wy jesteście zdrajcami i dlatego zginiecie”. Zastrzeliła wszystkich po kolei.

Rywka 'Niuta' Teitelbaum (1917-43), zdjęcie datowane na 1939 r.

Rywka 'Niuta’ Teitelbaum (1917-43), zdjęcie datowane na 1939 r. Fot. ze zbiorów Yad Vashem

Podobnie jak szajkę szantażystów na Saskiej Kępie. Co ciekawe, to zlecenie gwardziści dostali od AK, a w zasadzie wyręczyli Szare Szeregi, bo harcerze nie potrafili jej przeprowadzić. Wanda weszła do mieszkania razem z „Franusiem”, nowym chłopakiem w oddziale. Udawali dzieci – osierocone rodzeństwo.

Po zastrzeleniu kobiety, jeden z szantażystów padł na kolana i błagał o życie. I wtedy – relacjonował Duracz – w Wandę wstąpił jakiś demon. Z drobnej sierotki, wyszła bestia. Przez zęby wycedziła do przyjaciela: – Kopnij go w twarz!

„Ona, łagodna i młoda dziewczyna powiedziała to z nienawiścią” – napisał wstrząśnięty. I dodał, że z ideowej gwardzistki i komunistki, stała się żydowską mścicielką. Strzeliła agentowi w głowę. „…w oczach miała wypadki w getcie”.

Czyżby partia nie miała skrupułów?

W powstaniu w getcie Rywka i jej Spec-grupa odegrali symboliczną rolę. 19 kwietnia 1943 r. Paweł Finder, ówczesny sekretarz KC PPR, wydał rozkaz wykonania kilku uderzeń odciążających po drugiej stronie muru. Do akcji ruszyły trzy ekipy, Spec-grupa dopiero następnego dnia. Franciszek Bartoszek „Jacek” zdecydował, że uderzą na jeden z niemieckich posterunków przy ul. Bonifraterskiej. Stał tu ciężki karabin maszynowy, z którego Niemcy ostrzeliwali domy w getcie. Stąd warszawiacy obserwowali walki, niekiedy dopingując strzelców.

Do akcji Bartoszek dobrał „Wandę”, a także „Tadka” i „Felka”. Plan był dokładny, ale coś poszło nie tak. Skradającego się „Jacka” zatrzymał granatowy policjant. Ten zamiast kenkarty wyciągnął broń i ruszył do ataku.

„Sam jeden zlikwidowałem stanowisko cekaemu. Cyk…cyk…cyk… wszystkich zastrzeliłem” – tak następnego dnia relacjonował wypadki na ulicy Lenie Wolińskiej.

Więcej akcji na pomoc gettu Rywka już nie wykonała. W maju, gdy decyzją Jurgena Stroopa pacyfikującego powstanie, Wielka Synagoga na Tłomackie wylatywała w powietrze – była już cieniem samej siebie. Dowiedziała się, że jej cała rodzina — ojciec, matka, siedem sióstr i dwóch braci — zginęła po drugiej stronie muru. A ona i jej towarzysze — choć uzbrojeni po zęby — nie mogli im pomóc.

Nie była to prawda, Duracz z towarzyszami wyprowadzili z getta jej najstarszą siostrę z dwójką dzieci. Przeżyją.

Likwidacja getta warszawskiego, kwiecień-maj 1943 r. Zdjęcie z raportu Jürgena Stroopa

Likwidacja getta warszawskiego, kwiecień-maj 1943 r. Zdjęcie z raportu Jürgena Stroopa Fot. IPN

W tym czasie „Wanda” ze zgrozą skonstatowała, że Spec-grupa z ekipy dbającej o bezpieczeństwo komitetu centralnego partii, coraz bardziej stawała się grupą eksową. Po prostu kradli pieniądze i kosztowności. Pół biedy, jeśli z banku lub kasy oszczędności (zawsze to strata dla okupanta), coraz częściej jednak Bogu ducha winnym ludziom, którzy w raportach występują jako konfidenci lub gestapowcy. A to zwykły fałsz.

W czerwcu dostali rozkaz napadu na kasę teatru Komedia, gdzie miały być cztery miliony złotych. Szybki numer. Sterroryzują dyrektora, zapewne Niemca, przecież nosił nazwisko Horwath i obrobią kasę.

Gdy pojawili się na Kredytowej, weszli brutalnie i na ostro. I wtedy okazało się, że dyrektor Józef Artur Horwath był Polakiem, jego żona Halina Lubecka, Żydówką. Jak się tego dowiedzieli? Czy Wanda poznała w oczach kobiety ten sam strach? Tak mogło być, bo Lubecka ukrywała się od dawna, była szantażowana przez współpracującą z Gestapo suflerkę teatru.

Po krótkiej rewizji okazało się, że te cztery miliony to horrendalne nieporozumienie.

„Było nam głupio ze względu na żonę dyrektora” – przyznał po wojnie Duracz. Napisał, że podczas napadu porozumiewali się po niemiecku. A potem wyszli, po angielsku. Wanda była wstrząśnięta. Czyżby jej kochana partia nie miała skrupułów? Mieli obrabować zaszczutą osobę tak jak ona wyjętą spod prawa, na skraju załamania…

Żeby kochać, trzeba również nienawidzić

Z całej Spec-grupy, zarówno z pierwszego, jak i kolejnych składów, przeżył tylko Jerzy Duracz. Wandę Gestapo zgarnęło, gdy wpadła do własnego lokalu po płaszcz przeciwdeszczowy. Wiedziała, że Niemcy depczą jej po piętach, ale tak strasznie w lipcu 1943 r lało…

Mural z okazji 78 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim upamiętniający kobiety biorące udział w powstaniu. Warszawa, 19 kwietnia 2021 r.

Mural z okazji 78 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim upamiętniający kobiety biorące udział w powstaniu. Warszawa, 19 kwietnia 2021 r. Fot. Adam Burakowski/REPORTER

Duracz wziął potem udział w powstaniu warszawskim, po wyzwoleniu z obozu wrócił do Polski i rzucił się w wir odbudowy. Zanim spisał dzieje Wandy Witwickiej, przeszedł załamanie nerwowe. W tym najgorszym dla niego okresie odwiedzili go przyjaciele. Jak się okazało, złożyli potem relację UB.

W środku tej pełnej wspomnień nocy Duracz miał  atak paniki. Stracił przytomność. Gdy się ocknął, zaczął upominać swoją nieobecną żonę, Annę, aby wychowała syna na prawdziwego komunistę, ale przede wszystkim nauczyła go strzelać. „Żeby kochać, trzeba również nienawidzić! Trzeba zabijać!” – wyharczał.

Oprócz wydanych książek napisał jeszcze kilka wersji wspomnień o Wandzie. Były mało patetyczne, nie nadawały się do druku.

Oprócz wymienionych w tekście korzystałem z opracowań i książek: „Jutro wolno? Komuniści w ruchu oporu w getcie warszawskim” Matyldy Jonas-Kowalik, wyd. Glowbook, 2022, „Franciszek Bartoszek artysta malarz i dowódca Specjalnego Oddziału Gwardii Ludowej im. Ludwika Waryńskiego w Warszawie” Stanisława Zbigniewa Gołębiowskiego (maszynopis) oraz „Żydzi i komuniści w okupowanej Warszawie” – Barbary Engelking, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 14/2018.

W maju ukaże się książka Michała Wójcika – „Rywka. Śmierć ze złotym warkoczem. Gry wojenne polskiego podziemia”. Wyd. Wielka Litera.

Rywka. Śmierć ze złotym warkoczem. Gry wojenne polskiego podziemia

Rywka. Śmierć ze złotym warkoczem. Gry wojenne polskiego podziemia Fot. wydawnictwo Wielka Litera

Mścicielka z warszawskiego getta. Zabijała Niemców i zdrajców bez zmrużenia oka

Michał Wójcik

Dziennikarz historyczny, autor wielu książek m.in. „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci” (Nagroda Newsweeka im. Teresy Torańskiej) czy „Błyskawica. Historia Wandy Traczyk-Stawskiej, żołnierza powstania warszawskiego”

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.