Uncategorized

Czy historia stała się zakładnikiem teraźniejszości?

Phyllis Chesler

Gdybym miała wygłaszać wykład o Szekspirze lub George Eliot, czy mam obowiązek natychmiast „zrównoważyć” tę treść, wspominając o masakrze Żydów, a następnie o ich wypędzeniu z Wielkiej Brytanii w 1290 roku? Czy muszę przy okazji zaznaczyć, że Żydom nie pozwalano na powrót do tego kraju przez prawie cztery stulecia? I że Oliver Cromwell zezwolił na ich powrót tylko dlatego, iż ich bogactwo i umiejętności finansowe przyniosłyby korzyści Koronie? Czy po dziesięciu minutach skupiania się na Szekspirze, George Eliot czy Virginii Woolf (która sama bywała nieco antysemicka), muszę również opisywać, jak ciasne zawsze były żydowskie dzielnice we wschodnim Londynie i w Manchesterze, w tym tamtejsze cmentarze?

Biuletyn Phyllis jest publikacją wspieraną przez czytelników. Aby otrzymywać nowe wpisy i wspierać moją pracę, rozważ możliwość zostania bezpłatnym lub płatnym subskrybentem.

XX-wieczny francuski dziennikarz Albert Londres opublikował poetycką i poruszającą książkę pt. Przybył Wędrowny Żyd. Oto co napisał o Żydach w Anglii w 1929 roku:

„Żydzi nigdy nie mieli zbyt wiele miejsca. Narody przydzielają im ziemię na skromnych działkach. Te dzieci z Whitechapel były stłoczone jedno na drugim jak zmarli na ich odległych cmentarzach, gdzie nagrobki stoją tak przerażająco blisko siebie… Niezależnie od liczby, za życia wszyscy musieli znaleźć miejsce w getcie, a po śmierci – na cmentarzu. Ani jedno, ani drugie nigdy nie zostało powiększone. Już samo uzyskanie kawałka chrześcijańskiej ziemi było osiągnięciem… Gdyby ktoś zasugerował im, by opuścili Anglię i powrócili na Wschód – to znaczy wyemigrowali do Palestyny – odpowiedzieliby: »Jesteśmy Anglikami!«. Jednak w ich wyobraźni starożytna hebrajska ziemia zawsze jest miękka pod ich stopami”.

Tuvia Tenenbom w pracy The Taming of the Jew (2020) pisze o antysemityzmie, antysyjonizmie i nienawiści do Żydów w XXI-wiecznej Wielkiej Brytanii. Dostrzega je wszędzie – wśród Żydów, chrześcijan, muzułmanów, ateistów, lordów, dam czy zwolenników Partii Pracy. Nie musi szukać tego tematu; to on sam go odnajduje. Na przykład:

„Flagi palestyńskie powiewają w całej Irlandii. Nikt tak naprawdę nie wie dlaczego, ale wszyscy są głęboko przekonani, że to jest »słuszne«. W Londynie organizacja OXFAM sprzedaje za 100 funtów książkę o »historii Palestyny i jej burzliwym powstaniu w 1948 roku«. Palestyńscy demonstranci w Glasgow sprzeciwiają się rozgrywce Szkocji z izraelską drużyną. Również w Glasgow znajduje się synagoga, która nie wygląda jak synagoga, lecz jak więzienie o zaostrzonym rygorze”.

Kiedy Tenenbom przeprowadza wywiady z brytyjskimi Żydami lub nie-Żydami na temat Żydów, dzieje się coś specyficznego. Gdy tylko pyta o Brexit, antysemityzm w Partii Pracy, Izrael i Palestynę albo o życie Żydów w Wielkiej Brytanii, dotychczas niezwykle rozmowni respondenci nagle zaczynają się jąkać, twierdzą, że nic o tym nie wiedzą, przerywają w połowie zdania, nalegają na poufność, zaprzeczają rzeczywistości, wygłaszają irracjonalne tyrady lub po prostu odchodzą.

Podobnie: jeśli piszę o Balzacu, Zoli, Colette czy Prouście, czy muszę w tym samym zdaniu przypominać o sprawie Dreyfusa albo o tym, jak Francja zgromadziła swoich Żydów, wysłała ich do Drancy, a stamtąd deportowała do Auschwitz i zamordowała? Jeśli mówię o Stendhalu (o którym pisałam pracę dyplomową) czy o Flaubercie (autora Pani Bovary), czy muszę umniejszać ich wkład, przywiązując taką samą wagę do tej historycznej tragedii?

Jeśli wygłaszam wykład w Austrii o Freudzie, Herzlu czy Almie Mahler – tej „kurtyzanie wśród kurtyzan” – czy mam obowiązek skupić się również na długiej historii austriackiej nienawiści do Żydów oraz na tym, jak szybko Austriacy przyjęli Hitlera? A także na tym, jak zarówno poszczególni obywatele, jak i rząd austriacki kradli żydowskie mienie i cenne dzieła sztuki, a następnie odmawiali ich zwrotu, chyba że wygrano długą sprawę sądową?

Gdybym wykładała we Włoszech – co z wielką radością robiłam – czy musiałabym poruszać temat zniszczenia i splądrowania Drugiej Świątyni przez starożytny Rzym, co jest wyraźnie widoczne na Łuku Tytusa? Czy musiałabym wspominać o tym, że Włochy zamykały swoich Żydów w gettach (choćby w Wenecji) i że nawet Wenecja wydała swoich Żydów Hitlerowi? Czy o tym, że wybitny włoski pisarz i chemik Primo Levi, który urodził się i mieszkał w Turynie, został wysłany do Auschwitz?

Chodzi mi o kwestię następującą: dlaczego Amerykanom trzeba przypominać o okropnej, niewybaczalnej historii niewolnictwa, gdy oglądają obrazy przedstawiające amerykańskich prezydentów, sceny z wojny o niepodległość, wojny secesyjnej czy wojen światowych? Dlaczego tak mało uwagi poświęca się w podobnie obsesyjny sposób historii kobiet, ubogich, imigrantów i służby w Ameryce? Oczywiście, historia rdzennych Amerykanów zasługuje na opowiedzenie, ale jest to narracja złożona. W filmach albo idealizowaliśmy, albo demonizowaliśmy rdzennych mieszkańców, przedstawiając jednocześnie wyłącznie okrutnych chrześcijan, którzy próbowali ich nawrócić i wyplenić z nich „indiańskość” w specjalnych szkołach. Potrzebujemy czegoś więcej, by naprawdę zrozumieć, kim byli rdzenni Amerykanie i co ich spotkało – zarówno z rąk europejskich chrześcijan, jak i w wyniku ich własnych niekończących się wojen plemiennych.

Tak, należy opowiedzieć całą prawdę, ale obawiam się, że nie w ten gorzki i obsesyjny sposób, który jest obecnie w modzie. Na przykład w niedawnym i znakomitym filmie dokumentalnym o Thomasie Jeffersonie rozmówczyniami były eleganckie, wybitne czarnoskóre naukowczynie, które brzmiały tak, jakby same były niewolnicami. Co skłoniło te elitarne Amerykanki, by rozmawiać o niewolnictwie w tak osobisty i emocjonalny sposób? Nie mówią one o trwającym rasizmie, lecz o niewolnictwie, które zostało zniesione w 1863 roku. Te naukowczynie nie żyły w tamtych czasach, podobnie jak ich dziadkowie czy pradziadkowie.

Czy jednak różnią się one czymś od innych amerykańskich elit – „dzieci nepotyzmu” – wyrażających intensywną, niemal patologiczną identyfikację z „uciskanymi” na świecie, a zwłaszcza z rzekomo najbardziej prześladowanymi ze wszystkich: arabskimi Palestyńczykami?

Czy winę ponosi elitarna edukacja? A może media społecznościowe i internet? Czy to hollywoodzkie filmy, które przedstawiają niewyobrażalne okrucieństwo właścicieli niewolników? Znam wiele relacji niewolników i wiem, że kobiety były wielokrotnie gwałcone, zmuszane do rodzenia dzieci, z których wiele sprzedawano. Nie jestem pewna, czy związek Thomasa Jeffersona z Sally Hemings w ogóle tak wyglądał, ale jest on tematem wielu dokumentów oraz dzieł beletrystycznych i non-fiction.

Podsumowując: uważam, że przedstawianie Europy jako ogromnego cmentarza mojego ludu, w kontekście niemal nieustannych wojen, jest właściwe. Niekoniecznie jednak w tym samym momencie, w którym mówię o najbardziej utalentowanych i wpływowych postaciach, jakie wydał ten kontynent.

Czy historia stała się zakładnikiem teraźniejszości?


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.