
Uri Kurlianchik
„Najpierw ginęli dobrzy ludzie. Ci, którzy odmawiali kradzieży lub prostytucji. Ci, którzy dzielili się jedzeniem z innymi. Ci, którzy odmawiali jedzenia zwłok. Ci, którzy odmawiali zabijania bliźnich”.
— Timothy Snyder, Krwawe ziemie: Europa między Hitlerem a Stalinem
Rehoboth, Massachusetts, 1993
Po śmierci babci Rachel – a dokładniej po tym, jak spadkobiercy zniechęcili się bezowocnymi poszukiwaniami jej ciała – cała mishpochah zebrała się na sziwie w jej domu w Nowej Anglii.
Znacie te stare, tradycyjne domy, które osiągają stan porównywany przez jednych do muzeum, a przez szczerszych – do grobowca? W domu Rachel nie było niczego takiego.
Bebe nie zamierzała potulnie godzić się ze starością.
Co prawda roiło się tam od czarno-białych fotografii i było więcej książek po jidysz i rosyjsku niż po angielsku, ale brakowało owej „wonii starości” czy pedantycznego ładu, zrodzonego z chronicznego zapominania i lęku przed zmianą. Gdyby ktoś wszedł tam z ulicy, pomyślałby, że to gabinet ekscentrycznego profesora albo gorliwego kolekcjonera makabrycznych pamiątek, a nie dom kobiety tak wiekowej, że hasło „starość” powinno mieć w encyklopedii jej zdjęcie.
Siedziałem w bujanym fotelu, przechylając głowę i oglądając dziwaczne książki oraz zdjęcia w tłumie krewnych. Błędnie zakładałem, że te wszystkie głośne okrzyki „oy vey!” i „boże moj!” zdołają kogoś przekonać, iż zebrani rzeczywiście trwają w żałobie.
Prawda była taka, że nikt tak naprawdę nie kochał Bebe. I trudno się dziwić. Była surową, opryskliwą kobietą, która uparcie poruszała wyłącznie najczarniejsze tematy, kwitując je krótko: „takie jest życie”. Gotowała wyśmienicie, ale trzeba było mieć nerwy ze stali, by przetrwać rozmowy przy jej stole.
Jej ulubionym wątkiem były drobne tragedie z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej – jak uparcie nazywała II wojnę światową. Gdy ten temat się wyczerpywał, przechodziła do szczegółowych opisów rozmaitych dolegliwości trapiących jej starych znajomych. Tych nielicznych, którzy wciąż żyli. A gdy brakowało nawet tego, zawsze można było swobodnie porozmawiać o martwych kociętach.
Pokaźna kolekcja dzieł sztuki i literatury w co najmniej pięciu językach dowodziła, że miewała też inne zainteresowania. Tyle że jako jej najbliższa rodzina po prostu nie byliśmy – w jej przekonaniu – godni tak wzniosłych dyskusji.
Jej jedyną zaletą z punktu widzenia młodszego mnie była kuchnia, a zwłaszcza syrniki – smażone placuszki z twarogu. Zastanawiacie się pewnie, czym dokładnie jest tutejszy twaróg (twarog). Szczerze mówiąc, sam nie jestem pewien. Coś w rodzaju wiejskiego serka, ale nie do końca? Moja kuzynka Betty też robiła kiedyś świetne syrniki, ale już jej z nami nie ma.
Pojechała na jakąś wyprawę archeologiczną do Australii i nigdy nie wróciła. Puste groby to chyba u nas cecha dziedziczna. Betty nie tylko świetnie gotowała, ale była też wspaniałą towarzyszką. Bywała w tylu miejscach i tyle widziała.
Oy vey.
Podczas sziwy rodzina serwowała z jednej strony dziwaczne potrawy aszkenazyjskie – bo jesteśmy tacy dumni ze swojego dziedzictwa – a z drugiej zwyczajne jedzenie, bo potrzebowaliśmy czegoś, co naprawdę da się przełknąć. Ponieważ były też syrniki (dobre, ale daleko im było do tych od Bebe), z łezką w oku postanowiłem przejrzeć notatki babci i odnaleźć jej przepis. Oznajmiłem rodzicom, że wrócę do domu dopiero jutro z ciocią Irą i jej rodziną, która planowała zostać na noc, by uporządkować parę spraw.
Nie chciałem wywoływać skandalu i porzucać matki w tej rzekomo trudnej chwili z powodu zwykłego placka, więc skłamałem, że chciałbym przejrzeć albumy Bebe, by dowiedzieć się więcej o jej życiu i historii rodziny.
Nie było to całkowite kłamstwo. Zjadała mnie ciekawość.
Bebe ewidentnie miała fascynujące życie, którym nigdy nie raczyła się z nami podzielić. Kiedyś znalazłem całe pudełko listów po arabsku lub persku i zapytałem, co to za dziwne zawijasy. Wyrwała mi je z rąk i kazała iść umyć dłonie.
Nigdy więcej nie widziałem tego pudełka.
Z pomocą kuzyna Saszy – jedynego członka rodziny, który mówił po jidysz i nie potępiał mnie za brak udziału w tym ckliwym cyrku – zacząłem przeglądać zeszyty Bebe w poszukiwaniu przepisu. Szybko przypomnieliśmy sobie, dlaczego nigdy nie przepadaliśmy za odwiedzinami w tym domu.
Bebe zachowała sporo notatek i zdjęć z Europy. Przysięgam na Wszechmogącego: wolałbym zjeść wiadro błota, niż kiedykolwiek na nie patrzeć lub ich dotykać.
W końcu trafiliśmy na starą, pożółkłą kartkę, prawdopodobnie wyrwaną z radzieckiego notatnika, z przepisem spisanym koślawym angielskim.
Wnotatka była po angielsku, ponieważ Bebe urodziła się w Ameryce, w rodzinie, która uciekła z Rosji przed rewolucją październikową. Angielski był więc jej językiem ojczystym. Jednak po rosyjskiej wojnie domowej wróciła do Starego Kraju jako jedna z nielicznych kobiet pośród „chłopców Hoovera”. Dokładniej rzecz ujmując, była agentką ARA (American Relief Administration), która przybyła do Rosji, by karmić głodujące miliony. Nie zdziwiłbym się, gdyby była wówczas jedyną Amerykanką w całym Związku Radzieckim.
Miewała takie szalone pomysły.
Sasza i ja zdołaliśmy odczytać wszystkie składniki oprócz jednego: almahrusafatat. Brzmiało to albo po niemiecku, albo po arabsku, w zależności od tego, jak kaleczono wymowę. Przeszukiwaliśmy archiwum Bebe aż do świtu, ale nie znaleźliśmy nic więcej oprócz jednej nabazgranej po rosyjsku notatki – z tych pisanych ze słuchawką przyciśniętą do ucha. Zawierała tylko to jedno słowo: almahrusafatat oraz adres w rosyjskim Saratowie.
Na drugiej stronie widniało makabryczne zdjęcie ponurej pary o martwym wzroku, prezentującej swój „towar”: zdeformowaną ludzką głowę, niezidentyfikowane ochłapy mięsa i tors dziecka zstężały w makabrycznej parodii Myśliciela Rodina. W rogu widniał elegancki napis kursywą: „Gubernia samarska, rejon Powołża, 1921”.
Tego dnia nie mogłem zasnąć, straciłem też apetyt. Bardziej niż cokolwiek innego prześladowały mnie martwe oczy tych handlarzy ludziną. Za każdym razem, gdy zamykałem powieki, widziałem tę parę patrzącą na mnie – mężczyznę i kobietę wyzutych z jakiegokolwiek człowieczeństwa, mniej żywych niż ich poćwiartowane ofiary.
Z czasem mdłości wywołane tym obrazem osłabły, ale nigdy całkowicie nie ustąpiły. Piętno pozostało.
Saratów, Rosja, 2002
Ciągnięty za rękę przez wujka Isaaca (adiunkta w Katedrze Historii Uniwersytetu Miskatonic) oraz rodziców, którzy uważali, że wykształcenia w rodzinie nigdy za wiele, złożyłem papier na studia licencjackie z historii i etnografii na Miskatonic.
Nic dziwnego, że mnie przyjęli. Podejrzewam, że gdybym sam nie złożył podania, po prostu porwaliby mnie w środku nocy i zawlekli wrzeszczącego do akademika.
Miałem jednak czas na ostatni poryw wolności przed rozpoczęciem semestru. Podświadomie sterowany wspomniawszy dawne dzieje – a może po prostu pchnięty nudą – postanowiłem wybrać się w małą „podróż do korzeni” i prześledzić przeszłość rodziny na trasie z Nowego Jorku do Moskwy, z przystankami w Niemczech, Polsce i na Ukrainie.
Siedząc w małej knajpce w Saratowie i próbując rozszyfrować menu, w którym nie było ani jednego słowa po angielsku, wyłapałem zapisane cyrylicą słowo „Syrniki”. Wywołało to ukłucie niezaspokojonej ciekawości i uświadomiło mi, że dysponuję dziś bronią, o której w 1993 roku mogłem tylko pomarzyć.
Internetem.
Poszukiwania almahrusafatat doprowadziły mnie jedynie do artykułu naukowego profesora Randolpha Warrena z Uniwersytetu Miskatonic, zatytułowanego Badania nawyków żywieniowych przedislamskich plemion arabskich. Składnik ten został tam wspomniany, lecz nie opisany. Przypis odsyłał do dzieła Al-Azif, niedostępnego w wersji cyfrowej.
Wzmianka o niezdigitalizowanych woluminach podsunęła mi myśl, że w miejskim archiwum wciąż mogą spoczywać stare dokumenty ARA i władz radzieckich. Byle butelka wódki mogła otworzyć mi drzwi do zaspokojenia głodu wiedzy, który dręczył mnie od niemal dekady.
Jeszcze nie zacząłem studiów, a już miałem na koncie obiecujące postępy badawcze. Mama byłaby dumna.
Z pomocą Siemiona, miejscowego studenta chcącego podszkolić angielski na „żywym Amerykaninie”, przejrzałem ocalałe akta z okresu wielkiego głodu z 1921 roku. Choć sporo materiałów NKWD zniszczyło po wojnie, większość dokumentacji ARA przetrwała nieuszkodzona – pewnie dlatego, że lokalni aparatczycy nie mieli głowy do szukania anglojęzycznych tłumaczy w tym zacofanym rejonie, zmagając się z następstwami krwawej wojny domowej.
A potem przyszli naziści.
Po kilku godzinach przekopywania się przez butwiejący papier w rozpadających się pudłach natrafiłem na wzmiankę o Rachel Bloch, pracownicy ARA, która zmarła na cholerę w 1922 roku. Według Siemiona „śmierć na cholerę” była eufemizmem stosowanym wobec obcokrajowców przypadkowo zatrutych gazem bojowym, którego Sowieci użyli do tłumienia powstania chłopskiego w rejonie Tambowa. Pamiętam, że dosłownie osunąłem się na podłogę, gdy pojąłem wagę tego odkrycia.
Tyle opowieści o koszmarach i złu, a Bebe ani słowem nie wspomniała, że formalnie zginęła od nielegalnej broni chemicznej w Związku Radzieckim! Co za rażące niedopatrzenie z jej strony.
Wyleciałem z Ameryki bez większych trosk, a wróciłem z bagażem pytań, które wystarczyłyby na całe życie – a przynajmniej na czas pisania pracy dyplomowej.
Kim była moja prawdziwa babcia, skoro Rachel Bloch zginęła w 1922 roku? Kim jest moja matka? Kim jestem ja?
I dlaczego moja babcia trzymała koszmarne zdjęcie „handlarzy mięsem” tak, jakby to była pocztówka z wakacji?
Arkham, Massachusetts, 2007
Zaraz po rozpoczęciu roku na Uniwersytecie Miskatonic zamierzałem odwiedzić profesora Randolpha Warrena, by porównać jego ustalenia dotyczące nawyków żywieniowych przedislamskich plemion arabskich z moimi odkryciami na temat diety żydowskich babć w powojennym ZSRR – w końcu oba tematy łączył przynajmniej jeden wspólny składnik.
Niestety, na miejscu dowiedziałem się, że profesor przeszedł na dość nagłą emeryturę i zamienił mury uczelni na skąpane w słońcu plaże Australii Południowej.
Tak przynajmniej głosiła plotka.
Wszelkie próby nawiązania z nim kontaktu spełzły na niczym. Staruszek miał ewidentnie dość uniwersytetu na resztę swoich dni. Nawet jego asystent, doktor Joshi, nie potrafił się z nim połączyć.
Moje studia licencjackie okazały się pasmem nudnych wykładów, które równie dobrze można było zastąpić lekturą kilkudziesięciu przypadkowych książek historycznych. Przydarzyło mi się też parę romansów – je również można było zastąpić książkami. A przynajmniej w przypadku doktora Joshiego byłaby to bardziej satysfakcjonująca lektura.
Miałem dobre oceny i pisałem sprawnie, choć nie miało to większego znaczenia. Równie dobrze mogłem oddawać eseje złożone ze zdjęć kwiatków i jednorożców.
Połowa kadry nauczycielskiej to mishpochah; moja kariera akademicka była pewna jak upływ czasu. Sypianie z tutorem też przecież nie szkodziło moim perspektywom.
Po obronie magistratu uzyskałem wreszcie dostęp do utajnionego, greckiego tłumaczenia Al-Azif autorstwa Abdula Alhazreda. I to tam dokonałem przełomu w kwestii almahrusafatat.
Według autora – zwanego przez zachodnich alchemików „Szalonym Arabem” – ludzkie ciało poddane działaniu odpowiednich substancji chemicznych rozpuszcza się, przybierając konsystencję przypominającą labneh, popularny na Bliskim Wschodzie serowy krem. Każdy, kto spożyje wypiek z dodatkiem almahrusafatat, natychmiast umiera, a jego ciało ulega rozkładowi w ciągu zaledwie kilku godzin.
Jednakże następnej nocy jego zgniłe zwłoki cudownie się goją i odradzają w dokładnie takim samym stanie, w jakim znajdowały się w chwili śmierci – w momencie, gdy wprowadzono do nich almahrusafatat. W ten sposób pozbawieni skrupułów alchemicy mogli żyć wiecznie i wymykać się władzy, zmieniać powłoki i tożsamość za pomocą tajemniczych rytuałów.
Gdybym nie widział dokumentów w Saratowie, uznałbym to za bzdurne zabobony. Ale wiedząc to, co wiedziałem o babce, musiałbym być niespełna rozumu, by pozwolić tzw. zdrowemu rozsądkowi ograniczać moje dociekania.
Doktor Joshi wciąż posiadał klucz do szafy z aktami Warrena i – wbrew wszelkiemu instynktowi samozachowawczemu – wciąż żywił do mnie słabość. Wystarczyła jedna kolacja i dwie butelki merlota, by wyciągnąć klucz z jego kieszeni i podmienić go, zanim zdążył się zorientować.
Czy to była kradzież? Nie, to była „archeologia stosowana”.
Chciałbym powiedzieć, że czułem z tego powodu wyrzuty sumienia. Cokolwiek czułem. Z czasem jednak pojąłem, że czuć coś, a pozwolić, by to cię powstrzymało, to dwie zupełnie różne rzeczy. Moje priorytety zmieniły się na przestrzeni lat.
Kiedyś moim celem było bycie po prostu „dobrym żydowskim chłopcem”. Teraz liczyła się tylko prawda.
Przeszukując spuściznę profesora (o ile można to tak nazwać), natrafiłem na kopię oficjalnego pisma skierowanego do dr Czulpan Gildiejewej z Woroneża, w którym z przesadną uprzejmością proszono o próbkę gleby z konkretnej działki dawnego kołchozu w obwodzie tambowskim. Do pisma dołączono raport laboratoryjny, tak drastycznie zredagowany, że ocalało z niego jedynie sformułowanie: „anomalia organiczna”.
Na dole dopisano ręcznie jedno słowo: „Almahrusafatat?”.
Znając tutejszych naukowców, profesor prawdopodobnie zlecił badanie gleby jakiemuś prywatnemu, mniej oficjalnemu laboratorium, by uzyskać pełniejszą odpowiedź. Pewnie zapłacił z własnej kieszeni i z nikim nie podzielił się wynikami.
Wyszukałem w Google doktor Czulpan Gildiejewą. Okazała się ekspertką w dziedzinie powstań chłopskich przeciwko bolszewikom z okresu wojny domowej. Jej praca doktorska dotyczyła stosowania broni chemicznej przez Armię Czerwoną.
Pod raportem z laboratorium leżał wydruk wiadomości e-mail z rozpiską lotów do Adelaide w Australii Południowej, datowany na jedenaście miesięcy przed tym, jak profesor Warren przestał odpowiadać na wiadomości. Nadawcą była BB. Betty Bloch?
Zaśmiałem się cicho. Stary głupiec sam wywołał swój los.
Cóż, skoro nie chcieli dzielić się ze mną kluczowymi danymi dotyczącymi moich badań, mojej rodziny i mojego życia, nie widziałem powodu, by dzielić się z nimi. Nie byli moimi kolegami po fachu. Byli tylko stopniami na drabinie prowadzącej do prawdy.
Zabrałem papiery i wyszedłem. Niech Joshi radzi sobie z konsekwencjami. W końcu to on jako jedyny miał klucz, prawda?
Woroneż, Rosja, 2008
Moją pierwszą wyprawę do Rosji sfinansowała rodzinna kieszeń. Za drugą zapłacił Wydział Historii Uniwersytetu Miskatonic – co, szczerze mówiąc, wychodziło na to samo. Główną różnicą byłem ja sam. Byłem starszy, miałem o parę tytułów naukowych więcej, a zamiast dziecięcej ciekawości napędzała mnie rzetelna wiedza i konkretny cel.
Spotkałem doktor Czulpan Gildiejewą w kawiarni będącej niczym kapsuła czasu z lat 90. Od razu przypomniała sobie profesora Randolpha Warrena.
W 2005 roku amerykański naukowiec napisał do niej, że ma dostęp do gruntów dawnego kołchozu i prosi o przesłanie próbki gleby z wyznaczonego na mapie obszaru. Obiecał zapłatę i słowa dotrzymał. Choć nie była to praca godna szanowanej historyczki, potrzebowała wówczas pieniędzy.
Złapali dobry kontakt, bo profesor potrafił być uroczy. Warren pisał jej, że wysłał próbkę do laboratorium w Ameryce, a niezadowolony z powściągliwości oficjalnych ekspertów, przekazał ją prywatnej firmie o nieco bardziej elastycznych zasadach etycznych.
Czulpan pokazała mi w telefonie jego ostatniego maila – wylewnego i nieco osobliwego. Dziękował w nim za umożliwienie „weryfikacji najwyższej rangi” i wspominał jakby mimochodem, że wyniki pokrywają się z czymś, co do właściwej identyfikacji wymagałoby ekspertyzy u kogoś wyjątkowego. U pewnego dziwaka mieszkającego w Australii Południowej, nieużywającego telefonów ani komputerów, którego środowisko uważało za szaleńca.
Parsknąłem śmiechem. Całe moje życie od czasu wizyty w Saratowie balansowało na granicy obłędu.
Po tej wiadomości profesor więcej się nie odezwał.
Czulpan założyła, że po prostu odszedł na emeryturę i osiadł gdzieś w ciepłych krajach – jak to mają w zwyczaju amerykańscy profesorowie w pewnym wieku – i nie przywiązywała do tego wagi. Aż tu nagle, uśmiechnęła się, po latach w jej gabinecie zjawia się kolejny Amerykanin, o połowę młodszy, z dokładnie tą samą osobliwą obsesją.
Zapytałem, czy byłaby gotowa pomóc i nowemu przybyszowi. Jej uśmiech przeszedł w lekki rumieniec i tak oto zostaliśmy nieformalnymi wspólnikami.
Odkrycie, że gazy bojowe użyte przez Tuchaczewskiego do tłumienia powstania tambowskiego nie miały nic wspólnego z substancją opisaną w Al-Azif, nie wymagało wielkiego geniuszu. Z jednym wyjątkiem: eksperymentalnego środka opracowanego przez tajemniczego „Pracownika ze Wschodu”, użytego do „likwidacji” grupy chłopów ukrywających się w lesie niedaleko Saratowa.
Czulpan myślała, że słowo „likwidacja” to metafora. Ja wiedziałem, że użyto go dosłownie.
Wystarczyło trochę pogrzebać w nadpalonych dokumentach z tamtej epoki, do których Czulpan w swej łaskawości dała mi dostęp. To jedna z największych ironii historii: próba zatarcia śladów przez Sowietów poprzez spalenie akt okazała się tym, co je ocaliło. Zamiast spalić rozkazy w zwykłym koszu, Sowieci – z typowo rosyjskim zamachem – podpalili cały budynek, w którym spoczywały akta: dawne cerkiewne archiwum.
Gdy ogień wymknął się spod kontroli i zagroził sąsiednim zabudowaniom, zgaszono go piaskiem i wodą. W ten sposób, odcięte od niszczycielskich czynników zewnętrznych, dowody zbrodni przetrwały dekady w niemal nienaruszonym stanie.
Większość z nich odkrył w 1982 roku lokalny etnograf Boris Sennikow, który w efekcie stracił pracę i otrzymał zakaz korespondencji. Dokumenty, które odnalazł na poczerniałym ołtarzu, były doprawdy obciążające.
Amator! Powinien był kopać głębiej.
Powinien był kopać tak głęboko, by odkryć nazwisko i adres owego tajemniczego przybysza ze Wschodu, który wykorzystał zbrodnię pełną banału, by ukryć eksperyment o niewyobrażalnie złowrogiej naturze. Powinien był natrafić na notatkę naskrobaną charakterem pisma, który znałem równie dobrze jak swój własny. I nie powinien był dzielić się kluczem do tak potężnych sekretów z gromadą pozbawionych wyobraźni urzędników. Taka wiedza nie jest dla mas. Na nią trzeba sobie zasłużyć.
Biedna Czulpan. Powinna była uszanować moją prywatność, gdy wymykałem się z hotelu w środku nocy, by trochę pogrzebać.
Cóż, przynajmniej tamtej nocy wniosłem własny, skromny wkład w archeologię. Albo w kryminalistykę. Jedyną różnicą między nimi jest przecież liczba lat, które upłynęły. A czymże są lata dla kogoś, kogo nie dotyczą ograniczenia starości?
Chyba czas rozstać się z moją macierzystą uczelnią.
Nie ma mi już nic do zaoferowania, a ja nie mam ochoty jej nauczać. Moje przeznaczenie nie leży w jej pustych korytarzach. Wyciągnąłem z książek wszystko, co się dało. Od teraz łopata będzie mi o wiele lepszym przewodnikiem niż laptop.
Nie łudzę się, że adres, który odnalazłem, okaże się celem ostatecznym. To zaledwie kolejny element układanki, przystanek na drodze, ale wcale mi się nie śpieszy.
Czas jest po mojej stronie.
Ruszę tym tropem – rejon po rejonie, kraj po kraju, wojna po wojnie, ludobójstwo po ludobójstwie – aż pewnego dnia stanę przed skromnymi drzwiami. W moich snach są one pomalowane na niebiesko, by odganiać złe oko, jak to mają w zwyczaju w basenie Morza Śródziemnego.
Zza tych drzwi – tak to sobie wyobrażam, tak śnię – dobiegną pieśni w zapomnianym języku. Języku, który tylko nieliczni adepci potrafią nazwać, a co dopiero pojąć… A ja będę jednym z nich.
Tak, w mojej wyobraźni niemal czuję już ten zapach.
Nostalgiczny zapach syrników Bebe.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

