
Nachum Kaplan (נַחוּם)
Podsumowanie w jednym zdaniu
Tekst dowodzi, że pokój nie jest nadrzędną wartością moralną, lecz jedynie stanem, który ma sens tylko wtedy, gdy wynika z ostatecznego pokonania agresora i uniemożliwia wybuch kolejnej wojny.
Czasami pokój jest niewłaściwym celem — a wojna okazuje się lepszym rozwiązaniem. Celem nie powinno być powstrzymanie każdej wojny, ale stworzenie warunków, które sprawią, że kolejna stanie się mało prawdopodobna.
Nikt nie organizuje marszów z żądaniem kolejnych wojen. Politycy nie dostają nagród za przedłużanie konfliktów, a dyplomaci nie fotografują się, podając sobie ręce pod transparentami z napisem: „Trwałe ramy dla kontynuacji działań wojennych”.
Gołąb dostaje gałązkę oliwną. Jastrząb zyskuje złą sławę.
W efekcie traktujemy pokój nie tylko jako stan pożądany, ale jako nadrzędny cel moralny w relacjach międzynarodowych. Tak jednak nie jest. Czasami istnieją rzeczy ważniejsze od pokoju. Jedną z nich jest wolność, inną – przetrwanie, a bywa nią także sprawiedliwość. Podobnie jak zapobieżenie sytuacji, w której psychotyczny, morderczy wróg stanie się na tyle potężny, by następnym razem zabijać jeszcze skuteczniej.
To oczywiste kwestie, które Izrael musi wyjaśnić Waszyngtonowi. Amerykańska administracja wywiera bowiem presję na Jerozolimę, by ta podpisała nieprzemyślany, 15-punktowy plan pokojowy prezydenta USA Donalda Trumpa dla Strefy Gazy — plan, który w naiwny sposób pozostawia Hamasowi część uzbrojenia i nie gwarantuje Izraelowi bezpieczeństwa. Hamas nigdy nie rozbroi się dobrowolnie, a każdy, kto uważa inaczej, potrzebuje lobotomii.
Premier Izraela Benjamin Netanjahu wielokrotnie powtarzał, że Hamas może rozbroić się polubownie albo siłowo, ale tak czy owak zostanie rozbrojony. Nie powinno to budzić żadnych kontrowersji. Historia pełna jest porozumień pokojowych, które były w istocie ohydne. Niewolnictwo, okupacja i tyrania mogą przebiegać w warunkach pokoju. W więzieniu zazwyczaj panuje spokój — o ile więźniowie wiedzą, czym grozi opór.
Pokój oznacza po prostu brak konfliktu, ale nie mówi nam nic o tym, czy układ, który ten stan zapewnia, jest sprawiedliwy.
Jednak gdy w grę wchodzi Izrael, pokój zyskał niemal teologiczny status. Izrael jest nieustannie nakłaniany do ponoszenia ofiar „dla pokoju”, podejmowania ryzyka „dla pokoju”, akceptowania ograniczeń „dla pokoju”, wycofywania się z terytoriów „dla pokoju”, prowadzenia negocjacji „dla pokoju” i zaprzestania walk „dla pokoju”. To słowo zamyka wszelką dyskusję, bo nikt nie chce mu się sprzeciwiać.
Mówmy więc wprost: czasami pokój jest niewłaściwym celem, a wojna – lepszym rozwiązaniem. Brzmi to barbarzyńsko tylko dlatego, że wygodne społeczeństwa zapomniały, po co toczy się wojny.
II wojna światowa mogła zakończyć się znacznie wcześniej, gdyby Wielka Brytania dążyła za wszelką cenę do pokoju. Po upadku Francji w 1940 roku Londyn mógł zawrzeć układ z Hitlerem. Byli zresztą tacy, którzy uważali, że tak właśnie należy postąpić. Pomyślmy o życiach, które można było w ten sposób ocalić: bez Blitzu, bez lat bombardowań, bez ogromnych strat wojskowych – i wreszcie z pokojem. Tyle że pozwoliłoby to nazistowskim Niemcom zdominować całą Europę.
Moralne osiągnięcie Winstona Churchilla nie polegało na tym, że kochał wojnę, ale na tym, iż rozumiał, że istnieją okoliczności, w których pokój staje się synonimem kapitulacji.
Społeczeństwom zachodnim wyjątkowo trudno pojąć tę różnicę, ponieważ od pokoleń doświadczają wojny głównie jako opcjonalnej decyzji politycznej. Do Afganistanu można było wkroczyć i się z niego wycofać. O Iraku można było debatować. Libię można było zbombardować i o niej zapomnieć. Dla większości Europejczyków wojna stała się czymś, co rządy prowadzą gdzieś daleko. Była wyborem, czymś odległym i coraz częściej traktowanym jako dowód porażki dyplomacji.
Izrael nigdy nie miał takiego luksusu. Dla Izraelczyków wojna nie jest ekspedycją — ona puka do ich drzwi. Rakiety spadają na miasta, terroryści przekraczają granice, zakładnicy są wyciągani z własnych łóżek, a rezerwiści zostawiają współmałżonków, firmy i dzieci. Wrogowie państwa żydowskiego nie dążą jedynie do zmiany jego polityki; dążą do zniszczenia Izraela.
To kształtuje zupełnie inne rozumienie pokoju. Izraelczycy pragną pokoju, ale nauczyli się pytać, co stanie się po nim. To pytanie niemal nie występuje w zachodniej dyplomacji.
Rozejm wstrzymuje ogień. Świetnie. Ale co dalej? Czy Hamas się rozbroi? Czy Hezbollah zrezygnuje z rakiet? Czy Iran porzuci dążenie do zniszczenia Izraela? Czy islamistyczna ideologia wyparuje? Czy tunele zawalą się ze wstydu? A może „pokój” po prostu da słabszej militarnie stronie czas na odbudowę sił?
Przerwa w walkach ma wartość moralną tylko wtedy, gdy zmniejsza cierpienie i tworzy podwaliny pod trwałą poprawę. Przerwa, która pozwala agresorowi na ponowne uzbrojenie się, jedynie odsuwa cierpienie w czasie, zwiększając jego ostateczną skalę. To nic więcej jak pauza w spektaklu.
Izrael przeżył już wiele takich przerw. Przez to sformułowanie „cykl przemocy” jest tak powierzchownym i leniwym intelektualnie uogólnieniem. Cykl nie ma początku ani kierunku — po prostu się kręci. Jedna strona atakuje, druga odpowiada, pierwsza mści się za odpowiedź. I tak w koło.
W ten sposób wszyscy stają się współwinni i od wszystkich wymaga się łagodzenia napięć. Brzmi to elegancko, bo eliminuje prymitywne pojęcia agresora i ofiary. Często zamazuje jednak również związek przyczynowo-skutkowy.
Jeśli ktoś raz po razie cię uderza, aż w końcu łamiesz mu nos, technicznie rzecz biorąc uczestniczysz w „cyklu przemocy”. Kluczowe jest jednak to, kto za każdym razem zadaje pierwszy cios. Międzynarodowa dyplomacja coraz częściej unika tego pytania, stawiając sobie za najwyższy priorytet natychmiastowe przerwanie walk. Ten instynkt, choć zrozumiały, niesie katastrofalne skutki. Jeśli agresja niezmiennie wywołuje międzynarodowy nacisk na zawieszenie broni, zanim agresor zostanie ostatecznie pokonany, zyskuje on przedziwną przewagę strategiczną.
Rozpetaj wojnę, zastosuj drastyczną przemoc, ściągnij na siebie odwet, pozwól, by cierpienie cywilów wywołało oburzenie na świecie, zażądaj zawieszenia broni, przetrwaj, odbuduj siły. Powtórz.
Brzmi znajomo? To gotowy przepis społeczności międzynarodowej na konflikt izraelsko-palestyński — i jeden z powodów, dla których pozostaje on nierozwiązany od niemal wieku. Świat gratuluje sobie potem powstrzymania rozlewu krwi, który wraca kilka lat później ze podwojoną siłą.
Wolimy ten układ, bo pokój wydaje się moralnie czysty. Wojna zmusza do strasznych wyborów. Gdy wybuchają walki, giną niewinni. Rodziny tracą dach nad głową, żołnierze popełniają błędy, budynki walą się w gruzy. Ludzie niezwiązani z decyzją o wojnie płacą niewyobrażalną cenę. Każdy, kto potrafi patrzeć na to cierpienie bez odrazy, zatracił wrażliwość.
Jednak przerażenie to nie strategia, a współczucie nie zwalnia z obowiązku pytania: co się stanie, jeśli walki ustaną przed rozwiązaniem problemu politycznego lub militarnego, który je wywołał? Czasami ginie wtedy mniej ludzi, ale często jeszcze więcej traci życie później. Zachód kiedyś to rozumiał. Powojenny ład międzynarodowy opierał się nie tylko na budowaniu pokoju, ale przede wszystkim na pokonaniu reżimów, które go uniemożliwiały.
Nazizmu nie łagodzono, by przekształcić go w liberalną demokrację — został zniszczony. Imperialnej Japonii nie przekonywano do porzucenia militaryzmu gestami dobrej woli. Do jej złamania potrzebne były dwie bomby atomowe. Dopiero wtedy mógł nastać trwały pokój.
Zasada jest prosta: istnieją ruchy polityczne, których dalsze istnienie wyklucza pokój. W takich przypadkach odsunięcie ich od władzy nie jest przeszkodą dla pokoju, lecz jego warunkiem koniecznym. Hamas w Strefie Gazy, inne ugrupowania sponsorowane przez Iran oraz sama Islamska Republika Iranu stanowią właśnie taki przypadek.
Gdyby Hamas dążył jedynie do utworzenia państwa palestyńskiego obok Izraela, konflikt byłby trudny, ale znany z historii. Można by negocjować granice, ustalać gwarancje bezpieczeństwa i wymieniać więźniów. Dyplomacja służy właśnie do rozwiązywania takich sporów. Ruch, który dąży do wymazania Izraela z mapy, to jednak zupełnie inna sprawa: nie da się iść na kompromis w kwestii własnego istnienia. Nie ma pośrodku niczego między istnieniem Izraela a jego nieistnieniem.
Może Izrael powinien zgodzić się na istnienie co drugi wtorek? Ta absurdalna myśl dobrze oddaje sedno sprawy: pokój wymaga fundamentalnej zgody na prawo drugiej strony do istnienia. Bez tego negocjacje mogą przynieść chwilowe zawieszenie broni, taktyczne porozumienia czy ustępstwa, ale nigdy nie doprowadzą do pokoju.
Mimo to polityka Zachodu często traktuje ustępstwa Izraela tak, jakby automatycznie prowadziły do umiarkowania. Oddajcie ziemię, a nadejdzie spokój. Poprawcie warunki życiowe, a ideologia wygaśnie. Uznajcie polityczne roszczenia, a radykałowie odpuszczą.
Izrael przetestował wszystkie te rozwiązania i każde z nich poniosło klęskę w zderzeniu z dżihadyzmem, który zatruwa palestyńską politykę i skazuje kolejne pokolenia Palestyńczyków na nędzę. Na Bliskim Wschodzie, gdzie szacunek buduje siła, takie ustępstwa odbierane są po prostu jako słabość.
Trudno o tym rozmawiać, bo podważa to współczesną, miłą sercu iluzję, że konflikty wynikają wyłącznie z niezaspokojonych potrzeb, a nie z wykluczających się celów. To bzdura. Głębsze nieporozumienie wynika z pomieszania pojęć: pokój nie jest dobrem samym w sobie, lecz stanem, w którym dobro może rozkwitać. I to właśnie czyni go tak cennym.
Dzieci nie powinny wychowywać się przy dźwięku syren alarmowych. Palestyńczycy powinni żyć wolni od wojny, a Izraelczycy – od widma masakr. Rodziny nie powinny spędzać nocy w strachu, czy pukanie do drzwi nie przyniesie wiadomości o śmierci dziecka.
Jednak celem pokonania skrajnych ruchów nie jest sama wojna. Jest nim stworzenie przestrzeni dla pokoju, który nie wymaga od jednej ze stron ciągłej bezbronności. Taki pokój wymaga odwagi, odstraszania, silnych instytucji oraz dojrzałości politycznej pozwalającej przełknąć rozczarowanie.
Przede wszystkim wymaga jednak jednoznacznych przegranych. We współczesnej dyplomacji to słowo stało się niemal zakazane. Każdy musi wyjść z konfliktu z twarzą i zaspokojonymi roszczeniami. Nikt nie może czuć się upokorzony.
To brzmi szlachetnie, ale w rzeczywistości jest kompletną bzdurą. Wojny zazwyczaj kończą się wtedy, gdy jedna ze stron uznaje, że dalsza walka przyniesie jej gorsze skutki niż akceptacja porażki. Niemcy i Japonia musiały się tego nauczyć, podobnie jak wiele innych narodów. Porażka bywa ocieźliwie pożyteczna moralnie — leczy z iluzji i nierealnych fantazji.
Tragedia Palestyńczyków polega między innymi na tym, że choć przegrywali wielokrotnie, nigdy nie pozwolono im tej porażki w pełni przepracować i uznać za ostateczną. Podtrzymywano marzenie o cofnięciu skutków powstania Izraela w 1948 roku, dziedziczono status uchodźcy z pokolenia na pokolenie i pielęgnowano mit „prawa do powrotu”. Karmiono ich ułudą, że odpowiednio silny „opór” w końcu zmusi Izrael do zniknięcia. W efekcie każdego Palestyńczyka zachęca się do wznawiania wojny, którą historia dawno rozstrzygnęła.
Prawdziwi przyjaciele Palestyńczyków powinni pomóc im zamknąć te drzwi. Zamiast tego zbyt wielu trzyma je uchylone pod hasłem rzekomej solidarności. W rzeczywistości jest to okrucieństwo. Kultura polityczna, która nie potrafi pogodzić się z klęską, nie jest w stanie zbudować przyszłości — utyka w permanentnej mobilizacji przeciwko przeszłości.
Nie ma nic humanitarnego w podżeganiu ludzi do walczenia o cel, który jest nie do osiągnięcia. Prawdziwe współczucie wymaga czasem odwagi do powiedzenia: wojna się skończyła, przegraliście — czas zająć się budowaniem nowego życia.
Dlatego właśnie pokój nie może być nadrzędną wartością moralną. Jeśli jedynie petryfikuje warunki nieuchronnie prowadzące do kolejnego starcia, nie jest żadnym pokojem. Jeśli nagradza agresję, tylko do niej zachęca. Jeśli wymaga od demokratycznego państwa tolerowania uzbrojonych bojówek grożących wymordowaniem jego obywateli, nie stanowi osiągnięcia moralnego. Jest zwykłym zgniłym kompromisem.
Nadrzędnym celem powinien być ład polityczny, w którym ludzie mogą żyć bezpiecznie i wolno, bez konieczności cyklicznego zabijania się nawzajem. Czasami taki ład budują dyplomacja, kompromis i przebaczenie. Czasami jednak — niestety — ktoś musi najpierw ponieść ostateczną klęskę.
Czasami pokój jest złym celem — a wojna jest lepszym rozwiązaniem.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

