
Nachum Kaplan נַחוּם
Podsumowanie w jednym zdaniu
Artykuł dowodzi, że kluczem do zrozumienia doktryny wojennej, polityki i lęków Izraela jest jego drastyczny brak głębi strategicznej oraz znikoma powierzchnia, przez co ustępstwa terytorialne stanowią dla niego nie dyplomatyczną korektę, lecz bezpośrednie zagrożenie dla biologicznego przetrwania państwa.
Nie da się zrozumieć Izraela, dopóki nie zrozumie się, jak mały jest ten kraj. Każdy ma swoją opinię na temat Izraela, ale prawie nikt nie zagląda do mapy.
Biorąc pod uwagę jego międzynarodową pozycję, można by pomyśleć, że Izrael jest mocarstwem kontynentalnym dysponującym kilkoma tysiącami kilometrów głębi strategicznej, którą może swobodnie roztrwonić. W rzeczywistości jest to maleńki kraj toczący niezwykle wielki spór o przetrwanie.
Każdy, kto chce zrozumieć jego politykę, wojny, granice, osadnictwo, doktrynę wojskową czy niechęć do powierzania swojego bezpieczeństwa międzynarodowym obietnicom, powinien zacząć od czegoś żenująco niemodnego: od mapy.
Mnóstwo ekspertów twierdzi, że zna historię Izraela, jego politykę oraz to, co tamtejszy rząd powinien zrobić w najbliższy wtorek, ale bardzo niewielu z nich ma pojęcie o jego geografii i topografii.
Izrael zajmuje około 22 000 kilometrów kwadratowych (czyli około 8 700 mil kwadratowych), co – jak powtarzają Amerykanie – odpowiada powierzchni stanu New Jersey. Nie będąc Amerykaninem, nie mam pojęcia, co to właściwie oznacza. New Jersey kojarzy mi się wyłącznie z przejażdżką taksówką z lotniska w Newark na Manhattan, po drodze mijając ogromny sklep IKEA. Dla osób spoza Stanów Zjednoczonych Izrael jest mniej więcej wielkości Walii, południowoamerykańskiego raju podatkowego Belize lub połowy Holandii.
Izrael jest długi, wąski i niekorzystnie położony pod względem strategicznym, a znaczna część jego ludności i infrastruktury gospodarczej skupia się wzdłuż śródziemnomorskiej równiny przybrzeżnej. Ma to znacznie większe znaczenie, niż zdają sobie sprawę – czy są w stanie w ogóle pojąć – urzędnicy w Londynie, Waszyngtonie i Nowym Jorku debatujący o sprawach Izraela.
Państwa istnieją w przestrzeni fizycznej. Armie przemieszczają się w przestrzeni fizycznej. Rakiety przelatują przez przestrzeń fizyczną. Czołgi, terroryści, artyleria, drony i pociski balistyczne nie zważają na abstrakcje politologów.
Izrael nie dysponuje dużą przestrzenią fizyczną. To wyjaśnia wiele zachowań, które leniwie przypisuje się nacjonalizmowi, paranoia, militaryzmowi, fanatyzmowi religijnemu czy wrodzonej niechęci do Żydów.
Zachodni eksperci ds. polityki zagranicznej mają tendencję do traktowania geografii jako czegoś, z czego ludzkość dawno wyrosła. Zamiast tego wolą mówić o normach międzynarodowych, środkach budowania zaufania, mechanizmach wielostronnych i ramach dyplomatycznych. Jednak nawet zaawansowane technologicznie armie pozostają niepokojąco staromodne: logistyka oraz terytorium, które muszą przebyć, wciąż mają kluczowe znaczenie.
Geografia Izraela jest bezlitosna, ponieważ kraj ten łączy niewielki obszar z wysokim zagęszczeniem ludności, trudnymi granicami oraz bliskością realnych i potencjalnych wrogów.
Przed 1967 rokiem, w najwęższym miejscu w centrum, Izrael miał szerokość zaledwie około 14,5 kilometra (dziewięć mil). Zapomnijcie o głębi strategicznej – to dystans na przyzwoity poranny jogging. Jednak właśnie wokół tego wąskiego przesmyku znajduje się demograficzne i gospodarcze serce kraju. W Tel Awiwie i na pasie przybrzeżnym skupia się ogromna część mieszkańców, przedsiębiorstw, infrastruktury, węzłów transportowych i aktywności gospodarczej.
Tuż na wschód wznoszą się skaliste wzgórza Judei i Samarii. Aby zilustrować ich strategiczne znaczenie: wystarczy stanąć na szczytach w Judei, by w pogodny dzień mieć przed oczami około 80 procent ludności Izraela. Każde porozumienie pokojowe, niezależnie od swojej formy, musi realistycznie uwzględniać tę rzeczywistość geograficzną – w przeciwnym razie od razu skazane jest na porażkę.
Właśnie w tym tkwi problem. Wyobraźmy sobie Stany Zjednoczone stojące w obliczu wrogich sił stacjonujących zaledwie 24 kilometry od Manhattanu albo wrogą artylerię celującą w centrum Londynu. Albo rakiety wystrzeliwane w kierunku Paryża z terenu tuż za obwodnicą. Duże kraje mają przestrzeń, która pozwala im na popełnianie błędów i podnoszenie się z nich, gdy sprawy przybierają zły obrót.
Stany Zjednoczone dysponują ogromną głębią strategiczną. Rosja od wieków przekształca geografię w doktrynę wojskową, wycofując się na ogromne odległości i wyczerpując w ten sposób armie najeźdźców. Chiny posiadają rozległe zaplecze. Nawet stosunkowo małe państwa europejskie zazwyczaj cieszą się większym dystansem między wrogimi granicami a swoimi głównymi ośrodkami miejskimi.
Izrael jest tak mały, że często ma zaledwie parę minut na reakcję. Rodzi to zupełnie inną psychologię strategiczną.
Gdy amerykański polityk proponuje, by Izrael zaakceptował dodatkowe ryzyko w zamian za potencjalną korzyść dyplomatyczną, ryzyko to jest odczuwane asymetrycznie. Waszyngton może zaliczyć porażkę dyplomatyczną; Izraelczycy mogą zastać terrorystów wchodzących przez okna ich sypialni.
Nieudany eksperyment pokojowy z udziałem odległego sojusznika USA może skończyć się przesłuchaniami w Kongresie, wydaniem wspomnień i panelem dyskusyjnym w Council on Foreign Relations. W Izraelu oznacza to, że jeszcze przed śniadaniem w przygranicznych miejscowościach pojawią się uzbrojeni szaleńcy.
7 października przyniósł tego najbardziej przerażający dowód.
W 2005 roku Izrael wycofał wszystkie osiedla i instalacje wojskowe ze Strefy Gazy. To, co nastąpiło potem, ma kluczowe znaczenie dla izraelskiego myślenia strategicznego: Hamas przejął władzę wojskową, zbudował rozległą infrastrukturę terrorystyczną, zgromadził tysiące rakiet i dokonał masakry 7 października.
Wielu Izraelczyków wyciągnęło z tego wniosek, że oddawanie terytorium jest z natury rzeczy zbyt niebezpieczne. Inni uznali, że oddanie ziemi bez niezawodnych gwarancji bezpieczeństwa oznacza nieodwracalną utratę geografii w zamian za łatwo odwołalne obietnice. To rozróżnienie powinno dominować w każdej poważnej dyskusji o ewentualnym dalszym wycofywaniu się Izraela.
Dla obcokrajowców izraelskie spory o konkretne wzgórza, grzbiety, doliny czy bloki osiedli bywają niezrozumiałe. Skąd ta obsesja na punkcie kilku kilometrów? Po prostu stąd, że nie ma ich do dyspozycji zbyt wiele. Judea i Samaria (znane również jako Zachodni Brzeg) nie są odległą kolonią położoną tysiące kilometrów od metropolii. Leżą tuż obok głównych centrów życiowych Izraela, więc to ufiksowanie na punkcie ukształtowania terenu nie jest żadną tajemnicą.
Geografia wojskowa od zawsze skupiała się na wzniesieniach, punktach widokowych, drogach dojazdowych, przewężeniach i możliwych do obrony granicach. Aleksander Wielki zwracał uwagę na teren. Tak samo Rzym i Napoleon. NATO robi to samo, gdy akurat nie jest zajęte bezczynnością wobec rosyjskiej agresji.
To wyjaśnia, dlaczego bezmyślne hasła w stylu „zakończyć okupację” brzmią zupełnie inaczej w Jerozolimie i Tel Awiwie niż na demonstracjach w Melbourne. W sprawnie funkcjonującym państwie granica na mapie to nie kreska, lecz fakt militarny.
Twórcy Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 242, przyjętej po wojnie sześciodniowej w 1967 roku, rozumieli przynajmniej część tego problemu. Rezolucja wzywała do przyznania każdemu państwu w regionie prawa do życia w „bezpiecznych i uznanych granicach, wolnych od gróźb i aktów przemocy”.
Słowo „bezpiecznych” nie było tam tylko ozdobnikiem.
Niewielki obszar Izraela kształtuje całą jego kulturę wojskową. Kraj bez przestrzeni i z małą populacją nie może pozwolić sobie na prowadzenie przewlekłych wojen na wyczerpanie. Siły Obronne Izraela już teraz odczuwają ciężar obecnej wojny, która – choć skuteczna – jest najdłuższym konfliktem w historii kraju.
Małe państwa muszą kłaść absolutny nacisk na wywiad, szybką mobilizację, przewagę w powietrzu, wyższość technologiczną, systemy wczesnego ostrzegania i natychmiastowe działania ofensywne.
Podejście to bywa czasem błędnie interpretowane jako dowód izraelskiej agresji, podczas gdy wynika z czystej matematyki. Duże państwo może wymienić terytorium na czas; Izrael nie ma terytorium do oddania. Duże kraje mogą przetrwać początkową klęskę i przegrupować się w głębi własnego terytorium – tak jak zrobiły to Stany Zjednoczone po ataku na Pearl Harbor.
Izrael może nie dostać drugiej szansy. Pocisk balistyczny z Iranu potrzebuje zaledwie 10 minut, by dotrzeć do celu. Stąd tradycyjna izraelska doktryna jak najszybszego przenoszenia walk na terytorium wroga (dodatkowo zaostrzona po 7 października), utrzymywania miażdżącej przewagi jakościowej i traktowania czasu ostrzeżenia jako kwestii być albo nie być.
(zdjęcie: Emin Huric/Unsplash)
To prowadzi nas do wielkiego paradoksu konfliktu arabsko-izraelskiego, rzadko artykułowanego w zachodnim dyskursie: mały rozmiar Izraela sprawia, że pokój jest dla niego zarówno bardziej niezbędny, jak i bardziej niebezpieczny.
Jest bardziej niezbędny, ponieważ niewielki naród nie może rozwijać się w nieskończoność w otoczeniu wrogów dążących do jego zagłady. Jest jednak bardziej niebezpieczny, ponieważ ustępstwa terytorialne wymagane do jego zawarcia drastycznie zmniejszają i tak skromną głębię strategiczną.
Różnice w podejściu do tego paradoksu wyjaśniają większość podziałów w polityce bezpieczeństwa wśród samych Izraelczyków oraz między izraelską prawicą a lewicą. Właśnie dlatego izraelskie rządy – bywa, że lekkomyślnie – były w stanie oddać ogromne obszary, gdy wierzyły, że zyskują coś w zamian.
Izrael oddał Egiptowi cały Synaj po wojnie z 1967 roku. Synaj jest gigantyczny w porównaniu z samym Izraelem. Zrezygnowano z osiedli, baz wojskowych, pól naftowych i kluczowych pozycji, ponieważ stawką był traktat pokojowy z najsilniejszym państwem arabskim. I to porozumienie przetrwało zamachy, wojny, rewolucje, wzrost fundamentalizmu, zawirowania polityczne oraz głęboką nieufność.
Teza, że Izrael jest z natury ekspansywny i kategorycznie odmawia oddawania ziemi, jest sprzeczna z faktami. Izrael po prostu odróżnia terytorium oddane za realne gwarancje od terytorium oddanego za pobożne życzenia. To rozróżnienie jest kluczowe w odniesieniu do Judei i Samarii – obszaru, wokół którego rzadko toczy się choćby w miarę merytoryczna dyskusja.
Wycofanie się Izraela z Judei i Samarii, które doprowadziłoby do powstania pokojowego państwa palestyńskiego, to jedna rzeczywistość strategiczna. Wycofanie się, które stworzyłoby kolejną enklawę pod kontrolą Hamasu, położoną tuż nad centrum kraju, to coś zupełnie innego. Każdy, kto nawołuje do tego pierwszego, musi wiarygodnie wyjaśnić, jak zapobiec temu drugiemu.
Jedno ze zastrzeżeń brzmi: żyjemy w erze rakiet balistycznych, dronów, satelitów i cyberwojny. Czy 15 czy 12 kilometrów w tę czy w tamtą stronę naprawdę ma jeszcze znaczenie?
Nadal ma, tylko w inny sposób.
Broń dalekiego zasięgu rzeczywiście zniwelowała niektóre z dawnych zalet głębi strategicznej. Iran nie potrzebuje wojsk bezpośrednio na granicy z Izraelem, by go zaatakować – może to zrobić z własnego terytorium. Jednak, jak pokazują doświadczenia konfliktów mocarstw, nawet najbardziej zaawansowane siły powietrzne mają swoje ograniczenia.
Nowoczesna technologia sprawiła zarazem, że bliska odległość stała się ekstremalnie niebezpieczna. Rakiety krótkiego zasięgu dają zaledwie sekundy na reakcję. Drony potrafią wykorzystać najmniejszą lukę w terenie. Pociski przeciwpancerne rażą cele bezpośrednio przez granicę. Małe grupy szturmowe mogą błyskawicznie pokonać przełamane umocnienia.
7 października pokazał, że płoty, czujniki, systemy monitoringu i najlepszy wywiad nie zastąpią po prostu fizycznego dystansu. Technologia potrafi skompresować geografię, ale nie potrafi jej unieważnić.
Życie w tak małym kraju niesie też za sobą skutki psychologiczne. Wszystko jest blisko: wojny, granice, stopnie pokrewieństwa. Terroryzm nie dotyczy jakiejś odległej prowincji. W Izraelu bezpieczeństwo narodowe bezpośrednio wkracza w codzienne życie każdego człowieka. Żołnierz, który zginął wczoraj, może być synem twojego kolegi z pracy. Rezerwista powołany jutro – twoim dentystą.
Rakieta lecąca na „Izrael” rzadko celuje w bezludny obiekt wojskowy oddalony o setki kilometrów od cywilizacji. Czysto pustynny Negew na południu, stanowiący połowę powierzchni kraju, również nie jest odcięty od świata. To tłumaczy zarówno niezwykłą solidarność i odporność społeczną Izraela, jak i jego skłonność do nagłych fal zbiorowej paniki.
Izrael potrafi przeprowadzić mobilizację w oszałamiającym tempie, ponieważ granica między społeczeństwem cywilnym a obronnością jest niezwykle płynna. Po 7 października w niecałe dwa tygodnie powołano pod broń 550 000 ludzi – to wynik nieosiągalny dla większości znacznie większych narodów.
Tę fizyczną rzeczywistość należy uwzględniać w każdej analizie. Nie da się poważnie rozmawiać o izraelskich osiedlach bez znajomości odległości, o państwowości palestyńskiej bez ukształtowania terenu, ani o doktrynie wojennej bez pojęcia głębi strategicznej. Co się stanie, jeśli Izrael się wycofa, a oddany teren stanie się przyczółkiem wroga, tak jak stało się to w Gazie?
Nie można oczekiwać od Izraelczyków podejmującego ryzyko w imię pokoju, nie zdając sobie sprawy z ciężaru i skali tego ryzyka.
Izrael potrzebuje pokoju właśnie dlatego, że jest mały – i z tego samego powodu śmiertelnie boi się złego pokoju. Dąży do granic możliwych do obrony, bo jest mały. Reaguje błyskawicznie i bezkompromisowo, bo jest mały. Stworzył potężną armię w dużej mierze właśnie dlatego, że jest mały.
Jest wyczulony na to, co dzieje się tuż za jego granicami, ponieważ prawie wszystko, co znajduje się poza nimi, leży o krok od jego domu. Dlatego wytyczenie bezpiecznych granic Izraela jest tak trudnym zadaniem.
Od dziesięcioleci dyplomaci próbują rozwiązać ten konflikt za pomocą okrągłych haseł, formuł, map drogowych i deklaracji. Większość z nich była jedynie próbą przełożenia pobożnych życzeń na papier firmowy.
Każda propozycja ostatecznie zderza się jednak z twardą geografią: z wąskim pasem ziemi, na którym musi zmieścić się całe państwo – z parlamentem, lotniskami, uczelniami, firmami technologicznymi, elektrowniami, bazami wojskowymi, drogami, rodzinami i dziećmi.
Zanim więc kolejny komentator orzeknie, z czego Izrael powinien się wycofać i jakie ryzyko jego obywatele mają obowiązek zaakceptować, warto zaoferować mu jedną prostą rzecz: najpierw dajcie mu mapę, a potem linijkę.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

