Uncategorized

Problem nie leży w żydowskim terroryzmie

Joshua Hoffman

Kiedy Żydzi dopuszczają się przemocy, staje się to oskarżeniem wobec syjonizmu. Kiedy Arabowie dopuszczają się przemocy, rozmowa natychmiast skupia się na kontekście. Widzicie różnicę?

W Judei i Samarii (znanej również jako Zachodni Brzeg) są Żydzi, którzy popełniają poważne przestępstwa wobec Palestyńczyków. Napadają na niewinne osoby, niszczą mienie, podpalają pola, demolują domy i zastraszają palestyńskie społeczności. Kiedy przemoc jest celowo stosowana wobec cywilów w celach politycznych lub ideologicznych, można ją słusznie określić mianem terroryzmu. Żydowscy sprawcy powinni zostać aresztowani, postawieni przed sądem i ukarani zgodnie z izraelskim prawem.

Nie powinno być trudno to przyznać. I rzeczywiście – nie jest.

Jednak równie jednoznacznie należy stwierdzić co innego: żydowski terroryzm nie jest głównym problemem, przed którym stoi Izrael, nie stanowi egzystencjalnego zagrożenia dla syjonizmu i nie jest w najmniejszym stopniu porównywalny – pod względem skali, organizacji, zasięgu czy celu – z ruchami terrorystycznymi, które od pokoleń próbują zniszczyć państwo żydowskie.

Sformułowanie „żydowski terroryzm” jest coraz częściej używane nie tylko do opisu konkretnych przestępstw, ale do budowania całej teorii politycznej. Zgodnie z nią przemoc popełniana przez niewielką grupę żydowskich ekstremistów w Judei i Samarii ma stanowić „bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa i państwowości Izraela, a tym samym dla samego syjonizmu”.

Słowa te padły niedawno z ust Breta Stephensa, ogólnie proizraelskiego publicysty „New York Timesa”, który od czasu do czasu czuje się w obowiązku przypomnieć czytelnikom, że sam również potrafi postawić Żydów na ławie oskarżonych. To dobrze znany schemat w nurtach tzw. szanowanej krytyki żydowskiej: wyolbrzymić marginalne zjawisko, podnieść je do rangi kryzysu egzystencjalnego, a następnie przedstawić gotowość do potępienia własnego narodu jako dowód moralnej dojrzałości.

To zdumiewająca teza.

Nawet izraelscy krytycy stawiający ten zarzut szacują, że liczba sprawców wynosi zaledwie kilkaset osób. Ekstremiści ci bywają dangerous. Przynoszą hańbę swoim społecznościom, podsycają napięcia, prowokują działania odwetowe, szkodzą Izraelowi na arenie międzynarodowej i podważają zaufanie do organów ścigania.

Jednak kilkaset osób łamiących prawo nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla istnienia państwa dysponującego bronią jądrową oraz jedną z najsilniejszych armii i służb wywiadowczych na świecie.

Słowa muszą zachowywać proporcje. Wandal to nie armia. Tłum to nie ruch narodowy. Nielegalne osiedle to nie międzynarodowa sieć terrorystyczna. A kilkuset ekstremistów to nie zagrożenie cywilizacyjne dla syjonizmu.

Określenie „żydowski terroryzm” ma jednak potężną siłę retoryczną: wiąże tożsamość całego narodu z przestępstwami pojedynczych jednostek.

Gdy Żydzi dopuszczają się przemocy o podłożu politycznym, ich żydowskość natychmiast staje się motywem przewodnim. Zbrodnie są analizowane pod kątem tego, co rzekomo mówią o judaizmie, syjonizmie, społeczeństwie izraelskim, ruchu osadniczym, teologii czy wreszcie moralnej legitymizacji samej żydowskiej suwerenności. Sprawcom rzadko pozwala się pozostać po prostu przestępcami – natychmiast robi się z nich symbole.

Ich działania traktuje się jako dowód skazy na samym projekcie narodowym. Ich istnienie ma rzekomo świadczyć o tym, że syjonizm uległ zepsuciu, społeczeństwo się rozpada, a państwo żydowskie staje się tym, przeciwko czemu miało stanowić osłonę.

Zadziwiająco brak analogicznego mechanizmu po drugiej stronie. Kiedy Palestyńczyk atakuje Izraelczyka, sprawcę rutynowo wpisuje się w rozbudowaną strukturę usprawiedliwień: „okupacja”, ubóstwo, punkty kontrolne, upokorzenie, wywłaszczenie, rozpacz, trauma, osiedla czy opór.

Przemoc ta niekoniecznie jest wprost akceptowana, ale „zamieszcza się ją w kontekście” tak długo, aż osobista odpowiedzialność całkowicie się rozmywa. Żydowski napastnik reprezentuje swoją cywilizację. Palestyński napastnik reprezentuje swoje okoliczności. Żyda ocenia się przez pryzmat ideologii, Palestyńczyka przez pryzmat doznanych krzywd. Mówi się, że przemoc Żyda ujawnia prawdziwą naturę syjonizmu, podczas gdy przemoc Palestyńczyka ma jedynie ujawniać nieznośne warunki, w jakich przyszło mu żyć.

Nie jest to spójność moralna. To podwójne standardy przebrane za intelektualne wyrafinowanie.

Kontekst ma znaczenie w każdym konflikcie. Pomaga zrozumieć, jak dochodzi do radykalizacji i jak zapobiegać przemocy. Nie można jednak stosować go wybiórczo – jako okoliczności łagodzącej dla jednej strony, a obciążającej dla drugiej.

Jeśli historia, strach, pamięć zbiorowa, przekonania religijne, poczucie zagrożenia i frustracja polityczna tłumaczą przemoc palestyńską, to stanowią one również tło, w którym rozwija się żydowski ekstremizm. Wyjaśnienie powinno być dostępne dla wszystkich albo pozostaje jedynie wygodną wymówką zarezerwowaną dla faworyzowanej strony.

Przemoc w Judei i Samarii nie odbywa się w próżni. Wpisuje się w jeden z najdłużej trwających konfliktów narodowych, terytorialnych i religijnych na świecie. Strony spierają się nie tylko o granice, ale o historię, suwerenność, rdzenność, bezpieczeństwo, Świętą Ziemię oraz o samo prawo Żydów do niezależności politycznej.

Samo terytorium Judei i Samarii jest obszarem spornym. Wbrew powszechnym kalkom pojęciowym jego status nie jest tak prosty, jak sugerują hasła o podboju czy kolonializmie – to terytorium o nierozstrzygniętym statusie prawno-politycznym.

Niezależnie od przyjętej nomenklatury, przemoc w tym regionie nie pojawiła się nagle z powodu grupy nastolatków rozrabiających na wzgórzach. Jest częścią konfliktu, w którym arabskie ruchy nacjonalistyczne i islamistyczne od pokoleń stosowały przemoc wobec żydowskiej ludności cywilnej, podnosząc ją do rangi walki wyzwoleńczej lub obowiązku religijnego.

Na przestrzeń tego konfliktu składały się zamieszki, masakry, porwania samolotów, zamachy samobójcze, strzelaniny, ataki nożowników, ostrzały rakietowe oraz masowe mordy i porwania z 7 października.

Nie oznacza to, że każdy Palestyńczyk jest winny. Nie usprawiedliwia to ataków na palestyńskich cywilów ani nie daje żydowskim ekstremistom prawa do wchodzenia w rolę sędziów i kaci. Pokazuje jednak absurdalność traktowania żydowskiej przemocy tak, jakby była ona głównym motorem napędzającym ten konflikt. Tak Po prostu nie jest.

Żydowscy ekstremiści nie stworzyli Hamasu ani Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego. Nie wymyślili odrzucenia żydowskiej suwerenności. To nie oni zainicjowali międzynarodowe kampanie terroru, które od dziesięcioleci uderzają w społeczności żydowskie, ambasady, samoloty, szkoły, restauracje, autobusy czy synagogi na całym świecie.

Gdyby dziś w nocy aresztowano wszystkich agresywnych żydowskich ekstremistów, konflikt nie zniknąłby jutro. I to jest właśnie sprawdzian tego, co stanowi prawdziwe sedno problemu.

Tak zwany „żydowski terroryzm” nie stworzył globalnego ruchu, który zmuszałby chrześcijan, muzułmanów, Żydów czy hinduistów do obawy o własne bezpieczeństwo w miejscach kultu na całym świecie.

Nie istnieje żadna międzynarodowa infrastruktura żydowskiego terroru rekrutująca zwolenników w dziesiątkach krajów, wydająca instrukcje masowych zamachów, tworząca armie zastępcze (proxy), zajmująca terytoria, ostrzeliwująca miasta czy obiecująca nagrody w życiu pośmiertnym za mordowanie cywilów.

Można wskazać brutalnych żydowskich ekstremistów. Nie istnieje jednak żaden globalny żydowski ruch terrorystyczny.

Różnica jest zasadnicza.

W 2025 roku ataki antysemickie doprowadziły do największej liczby ofiar wśród Żydów na świecie od ponad trzech dekad. Żydzi ginęli podczas obchodów Chanuki w Australii, w zamachach w Stanach Zjednoczonych czy przed synagogą w Manchesterze w Jom Kippur. Raport Uniwersytetu w Tel Awiwie wykazał, że za większością ataków fizycznych stali zwolennicy supremacji białej rasy lub radykalni islamiści.

Tak wygląda transnarodowa nienawiść ideologiczna. Śledzi Żydów ponad granicami. Uderza w nich w synagogach, szkołach, centrach społecznych, muzeach czy supermarketach. Jest dla niej bez znaczenia, czy ofiary mieszkają w Tel Awiwie, Manchesterze, Sydney, Buenos Aires, Paryżu czy Waszyngtonie.

A jednak pojęcie „żydowskiego terroryzmu” debatuje się często z większym przejęciem niż ideologie, które wybudowały całe międzynarodowe machiny nastawione na zabijanie Żydów i innych „niewiernych”.

Ocena strategiczna wymaga chłodnego spojrzenia. Rząd musi odróżniać wewnętrzne problemy z egzekwowaniem prawa od zorganizowanego wroga zewnętrznego. Musi widzieć różnicę między przestępcami szkodzącymi własnemu państwu a ruchami, których celem jest jego całkowita likwidacja. Mieszanie tych dwóch rzeczy nie jest przejawem wrażliwości moralnej – jest dowodem braku dojrzałości analitycznej.

Syjonizm to przekonanie, że naród żydowski ma takie samo prawo do niezależności politycznej, samostanowienia i bezpieczeństwa, jak każdy inny naród na świecie. Kilkuset ekstremistów nie może tego prawa unieważnić.

Francuski terroryzm nie pozbawia Francji prawa do istnienia. Amerykańska przemoc polityczna nie prowadzi do kwestionowania sensu istnienia Stanów Zjednoczonych. Terroryzm islamistyczny nie przekreśla suwerenności państw o większości muzułmańskiej. A palestyński terroryzm niemal nigdy nie jest podnoszony jako dowód na to, że Palestyńczycy utracili prawo do własnych dążeń narodowych.

Tylko żydowskie przestępstwa są regularnie wykorzystywane jako pretekst do podważania sensu istnienia całego państwa.

Dlaczego zatem „żydowski terroryzm” przyciąga tak wielką uwagę? Po części dlatego, że od demokratycznego państwa słusznie wymaga się pilnowania porządku wśród własnych obywateli. Izrael powinien być rozliczany według standardów, które sam deklaruje.

Istnieje jednak drugi powód: margines żydowskiej przemocy jest niezwykle wygodny dla tych, którzy chcą odwrócić moralną dynamikę tego konfliktu. Pozwala im to przedstawić państwo żydowskie nie jako cel wieloletnich kampanii niszczycielskich, lecz jako ich źródło. Przenosi ciężar dyskusji z wrogich ideologii i armii na grzechy wewnątrz samego Izraela.

Zamiast o Hamasie, Iranie, Hezbollahu, Palestyńskim Dżihadzie Islamskim czy globalnej fali antysemityzmu, rozmawia się o kilkuset żydowskich ekstremistach. Wyjątek staje się regułą, margines – całym narodem, a wandalizm – syjonizmem.

A gdy tylko „żydowski terroryzm” zostanie okrzyknięty głównym zagrożeniem, od samych syjonistów zaczyna się wymagać, by marnowali energię na udowadnianie swojej moralności poprzez ciągłe potępianie ludzi, których nigdy nie popierali, i zbrodni, których nigdy nie popełnili.

Problem nie leży w żydowskim terroryzmie


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.