Podsumowanie w jednym zdaniu
Antyizraelska postawa i podtrzymywanie narracji o wiecznym kryzysie na Bliskim Wschodzie są napędzane przez gigantyczny, globalny ekosystem instytucjonalno-finansowy, dla którego realny pokój oznacza stratę dochodów, wpływu i moralnego prestiżu.

Nachum Kaplan
Nie ma potrzeby spiskowania, gdy bodźce zmierzają w tym samym kierunku
Zarówno pokój, jak i konflikt przynoszą zyski. Pierwsza teza jest oczywista: pokój sprzyja handlowi, turystyce, inwestycjom, budownictwu, zatrudnieniu transgranicznemu oraz ogólnie dochodowej działalności polegającej na tym, że ludzie po prostu żyją własnym życiem.
Druga teza jest bardziej niewygodna: konflikt rodzi instytucje. Tworzy organizacje pozarządowe, programy uniwersyteckie, ośrodki badawcze, grupy lobbingowe, konferencje, firmy konsultingowe, filmy dokumentalne, kampanie fundraisingowe, projekty prawne, inicjatywy na rzecz praw człowieka, sieci aktywistów oraz pozornie niewyczerpane źródło ekspertów wyjaśniających, dlaczego sytuacja wymaga kolejnego sympozjum.
Nikt nie musi knuć spisków, gdy bodźce już wskazują ten sam kierunek. One same zgromadzą wokół siebie wojennych pasożytów.
Witamy w ekonomii politycznej permanentnego kryzysu.
Każdy dostatecznie uporczywy problem społeczny tworzy w końcu wokół siebie ekosystem instytucjonalny. Nie jest to zjawisko charakterystyczne wyłącznie dla Izraela. Rządy tworzą departamenty, uniwersytety – instytuty, organizacje charytatywne uruchamiają programy, fundacje przyznają dotacje, think-tanki zatrudniają badaczy, dziennikarze wyspecjalizują się w konkretnych tematach, konsultanci zdobywają wiedzę, a organizacje prowadzące kampanie gromadzą bazy danych.
Pierwotny problem stopniowo staje się środowiskiem gospodarczym, od którego ludzie zaczynają być zależni. Zapewnia im kariery i status.
Rodzi to niewygodne pytanie, które wykracza daleko poza Bliski Wschód: co się dzieje, gdy rozwiązanie problemu zmniejsza znaczenie instytucji stworzonych do jego rozwiązania? A dokładniej – pasożytów, które się na nim żywią? Organizacje mają swoje misje, ale mają też instynkt przetrwania. Biurokracja utworzona w celu rozwiązania problemu X rzadko ogłasza po 20 latach, że problem ten znacznie ustąpił, więc wszyscy powinni zaktualizować swoje profile na LinkedInie.
Zamiast tego uruchamiają się biurokratyczne mechanizmy przetrwania – a to potężna siła. Wyobraźmy sobie dział kadr na sterydach. Instytucje dostosowują się, a ich misja ulega rozszerzeniu. Odkrywane są nowe wymiary problemu, a terminologia staje się coraz bardziej wyrafinowana. Wnioski o finansowanie przekonują, dlaczego właśnie ten moment jest szczególnie krytyczny.
Konflikt izraelsko-palestyński stanowi wyjątkowo podatny grunt dla tego procesu, ponieważ posiada idealne cechy zinstytucjonalizowanego kryzysu: jest silny emocjonalnie, rozpoznawalny na arenie międzynarodowej, polaryzujący politycznie, atrakcyjny z moralnego punktu widzenia i pozornie niewyczerpany. Zawsze pojawia się kolejna sytuacja kryzysowa, kolejny raport, kampania czy panel o banalnym tytule „Palestyna na rozdrożu”. Palestyna stoi na tym rozdrożu, odkąd człowiek opanował ogień.
Rozważmy ekonomię sektora pozarządowego. Współczesne NGO mają nienasycone potrzeby finansowe, co tworzy samonapędzającą się pętlę: finansowanie wymaga darczyńców, darczyńcy wymagają problemów, problemy wymagają dowodów, dowody wymagają raportów, raporty wymagają badaczy, a badania – kolejnego finansowania.
Wyobraźmy sobie dwa możliwe raporty roczne.
Pierwszy brzmi:
Sytuacja pozostaje skomplikowana, ale kilka wskaźników uległo poprawie. Niektóre działania władz izraelskich stały się mniej restrykcyjne. Instytucje palestyńskie również popełniły błędy. Odpowiedzialność jest rozłożona sprawnie, choć wciąż nieproporcjonalnie, między wiele podmiotów. Nasze poprzednie prognozy były nieco przesadzone.
Drugi brzmi:
Kryzys osiągnął bezprecedensowy poziom. Konieczne są natychmiastowe działania międzynarodowe. Społeczności znajdujące się w trudnej sytuacji stoją w obliczu eskalacji zagrożeń. Istniejące mechanizmy zawiodły. Niezbędne jest rozszerzenie monitoringu i pilne wsparcie darczyńców.
Który raport ma większe szanse na pozyskanie funduszy?
Ludzie reagują na panikę i poczucie zagrożenia. Wiedzą o tym osoby odpowiedzialne za fundraising, tak samo jak redakcje, politycy i organizacje charytatywne. Istnieje pokusa, by wyolbrzymiać, sensacjonizować, a czasem wręcz zniekształcać wydarzenia. Jeśli robi się to dostatecznie długo, staje się to dominującym światopoglądem.
Uniwersytety dokładają do tego kolejny cegiełkę. Kariera akademicka wymaga specjalizacji, a ta z kolei – wytyczenia własnego poletka badawczego. Niewiele obszarów okazało się pod tym względem bardziej owocnych niż Izrael. Trzeba uczestniczyć w konferencjach, publikować artykuły, stosować ramy teoretyczne, prowadzić zajęcia i rozwijać terminologię. Konflikt ten można badać przez pryzmat prawa międzynarodowego, teorii postkolonialnej, kolonializmu osadniczego, krytycznej teorii rasy, teorii gender, studiów nad ludnością rdzenną, nacjonalizmu, praw człowieka, migracji, pamięci zbiorowej, traumy, polityki środowiskowej i niemal każdej innej ideologicznej perspektywy.
Izrael, społeczeństwo palestyńskie czy nacjonalizm powinny być przedmiotem badań, ale rodzi się pytanie: dlaczego jedna konkretna interpretacja tego konfliktu stała się tak modna w niektórych kręgach podupadającego zachodniego środowiska akademickiego?
Istnieje zarówno ekonomia finansowa, jak i intelektualna. Idee nadają status. Pewne wnioski sygnalizują przynależność do wyrafinowanych wspólnot moralnych. Młody naukowiec, który ogłosi, że Izrael jest w miarę normalnym państwem narodowym uwikłanym w niezwykle trudny konflikt terytorialny i polityczny, stworzy pracę doktorską o kulturowym uroku instrukcji obsługi zmywarki. Wystarczy jednak opisać Izrael jako przejaw „kolonialnego kapitalizmu rasowego opartego na osadnictwie, funkcjonującego poprzez karceralną geografię wywłaszczania rdzennej ludności”, a nagle zgłasza się chętny do zorganizowania całego sympozjum.
Złożoność cieszy się prestiżem. Z wyjątkiem, co ciekawe, sytuacji, gdy owy brak jednoznaczności komplikuje jedyną słuszną tezę.
Aktywizm również wymaga ciągłości konfliktu. Ruchy potrzebują spraw, wrogów, haseł i zwycięstw. Idealna sprawa aktywistyczna musi być na tyle poważna, by wywoływać moralny sprzeciw, ale też na tyle trwała, by podtrzymywać mobilizację. Izrael wyjątkowo dobrze wpisuje się w ten schemat: jest wystarczająco potężny, by go obwiniać, wystarczająco demokratyczny, by wywierać na niego presję, wystarczająco otwarty, by z niego relacjonować, i wystarczająco zachodni, by był kulturowo zrozumiały.
Fakt, że Żydzi niosą ze sobą dodatkowy bagaż psychologiczny sięgający kilku tysięcy lat, tylko napędza tę machinę. Zorganizuj miasteczko namiotowe w protest na rzecz Ujgurów prześladowanych przez Chiny, a nikt tego nie zauważy. Nikt nie oczekuje, że Pekin zmieni politykę tylko dlatego, że ktoś zajął wydział antropologii na UCLA.
Izrael natomiast słucha. Izraelskie media obsesyjnie relacjonują zachodnią krytykę. Izraelscy politycy odpowiadają amerykańskim urzędnikom. Izraelskie uniwersytety szeroko współpracują z zachodnimi instytucjami. Izraelczycy mówią po angielsku i chętnie dyskutują z nieznajomymi w sieci.
Dochodzi do tego dziennikarstwo – przy czym jego rzetelną, tradycyjną wersję niewielu młodych ludzi miało w ogóle okazję poznać. Media nie tylko sprzedają informacje; walczą przede wszystkim o uwagę. A Izrael przyciąga uwagę w sposób spektakularny. Izraelski nalot jest natychmiast zrozumiały dla zachodniego odbiorcy. Są jasne postacie, bogate materiały wideo, anglojęzyczni rzecznicy, narracje historyczne – zazwyczaj spłycone, ale dobrze znane czytelnikom – oraz ogromne zaangażowanie w sieci.
Masakra w Sudanie może pochłonąć znacznie więcej ofiar, a mimo to poświęca się jej zaledwie ułamek uwagi. Redaktorzy wiedzą, co się klika. Reporterzy wiedzą, które historie robią zasięgi. Algorytmy mediów społecznościowych są skrojone pod wywoływanie oburzenia, a Izrael generuje je z niezwykłą skutecznością.
Powstaje w ten sposób samonapędzający się mechanizm. Izrael jest przedmiotem nieproporcjonalnie dużego zainteresowania mediów, ponieważ odbiorcy są nim zainteresowani. Odbiorcy stają się nim zainteresowani, ponieważ media poświęcają mu tyle miejsca. Sam ogrom relacji sugeruje z kolei wyjątkową wagę tego konfliktu. Szum generuje jeszcze większy szum w błędnym kole.
Ciągłe kryzysy kreują też „ekspertów”. Powstają rzesze konsultantów ds. pokoju, specjalistów od rozwiązywania konfliktów, prawników praw człowieka, analityków regionalnych, doradców politycznych, mediatorów, obserwatorów, zawodowych organizatorów dialogu oraz agitatorów.
Wyobraźmy sobie, że Izraelczycy i Palestyńczycy w jakiś sposób osiągnęliby jutro trwałe porozumienie. Gdzieś w poniedziałkowe południe tysiące ludzi stanęłyby przed kłopotliwym pytaniem: Co teraz?
Proces pokojowy na Bliskim Wschodzie dał zatrudnienie na całe kariery zawodowe – trwające dłużej niż niejedno porozumienie. Cała rzesza ludzi spędziła dziesiątki lat na wyjaśnianiu, jak pilnie potrzebny jest pokój, choć tak naprawdę pokój zagroziłby ich bytowi.
Najcenniejszą walutą w tym ekosystemie nie są jednak pieniądze, lecz poczucie moralnej wyższości.
Antyizraelski aktywizm oferuje coś cennego psychologicznie: czystość moralną przy zerowym koszcie własnym. Można uczestniczyć w wielkim dramacie historycznym z bezpiecznej odległości – z Londynu, Nowego Jorku, Melbourne czy Toronto. Są tu ci, którzy uciskają, i ci uciskani; jest kolonializm, opór, flagi i marsze. Jest cała terminologia do opanowania i chwytliwe hasła. A co najlepsze, nie wymaga to żadnego osobistego poświęcenia. Aktywista może domagać się rewolucji w kraju, w którym nie mieszka, popierać eksperymenty polityczne, których konsekwencji nigdy nie poniesie, oraz gloryfikować „opór”, którego ofiarą nigdy nie padną jego własne dzieci.
Emocjonalny zysk jest natychmiastowy, a koszty przerzucane są na innych. To niezwykle wygodna transakcja.
Oczywiście żadna z tych rzeczy nie wyjaśnia w pełni tej niezwykłej obsesji. Pieniądze, interesy instytucjonalne, ideologia, historia, geopolityka, antysemityzm, pobudki humanitarne, realne cierpienie Palestyńczyków i autentyczna niezgoda na politykę Izraela – wszystko to ma znaczenie. Sprowadzanie wszystkiego wyłącznie do finansowego interesu byłoby spłyceniem tematu. Jednak równie błędne jest ignorowanie bodźców finansowych i zawodowych tylko dlatego, że ludzie, którzy na nie reagują, szczerze wierzą w bzdury, które wygłaszają.
Szczerość intencji nie wyklucza ulegania bodźcom. Lekarze mogą szczerze troszczyć się o pacjentów, reagując jednocześnie na ekonomię rynku medycznego. Naukowcy mogą dążyć do prawdy, dostosowując się do realiów rynku publikacji. Dziennikarze mogą szukać rzetelności, walcząc o wyniki oglądalności. Pracownicy NGO mogą troszczyć się o prawa człowieka, realizując priorytety darczyńców. Aktywiści mogą szczerze współczuć Palestyńczykom, czerpiąc z tego jednocześnie prestiż społeczny. Ludzie mają niesamowitą zdolność do szczerej wiary w rzeczy, które akurat przynoszą im korzyści.
Nie trzeba tu żadnego spisku.
Zostaje więc nieprzyjemny sprawdzian. Wyobraźmy sobie, że konflikt naprawdę zmierza ku końcowi. Wyobraźmy sobie, że władze palestyńskie stają się kompetentne i demokratyczne, normalizacja relacji arabsko-izraelskich postępuje, współpraca gospodarcza się zacieśnia, terroryzm słabnie, kwestia osiedli traci na znaczeniu, granice stają się realne, a zwykli Palestyńczycy i Izraelczycy zaczynają bardziej interesować się kredytami hipotecznymi niż męczeństwem.
Kto na tym wygrywa? Palestyńczycy i Izraelczycy. Cały region.
Ale dzieje się też coś innego: kryzys przestaje być medialny, doniesienia tracą dynamikę, a konferencje pustoszeją. Aktywiści tracą sens życia i filar swojej tożsamości. Analitycy stają się zbędni, a dziennikarze szukają tematów gdzie indziej.
Nie oznacza to, że ci ludzie potajemnie pragną wojny. Prowadzi nas to jednak do bardziej dojrzałego wniosku: ludzie nie muszą pragnąć problemu, aby stać się instytucjonalnie uzależnionymi od jego trwania.
To wyjaśnia jedną z najdziwniejszych cech konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Jedynymi ludźmi, którzy mają realny, egzystencjalny interes w pokoju, są sami Izraelczycy i Palestyńczycy. Cała reszta ma luksus idealizowania tej wojny z bezpiecznego dystansu.
I mówiąc wprost – to oburzające.
Palestyńska rodzina nie potrzebuje kolejnego sympozjum na temat wyzwolenia. Potrzebuje sprawnego rządu, perspektyw gospodarczych, bezpieczeństwa, przyszłości dla swoich dzieci i edukacji wolnej od dżihadystycznej ideologii.
Izraelska rodzina nie potrzebuje kolejnego międzynarodowego panelu analizującego psychologiczne źródła nienawiści u jej sąsiadów. Musi mieć pewność, że ci sąsiedzi nie wtargną do jej domu, by gwałcić, torturować i mordować.
Zwykli ludzie mają prozaiczne, wręcz nudne dążenia: bezpieczeństwo, dobrobyt, godność, stabilność, edukację, opiekę zdrowotną, pracę i dom. Chcą po prostu, aby ich dzieci wracały wieczorem żywe do domu. To doskonałe fundamenty pod budowę państwa, ale fatalny materiał na rewolucyjne przemowy.
Tragedia polega na tym, że pokój jest najcenniejszy dla tych, którzy muszą tam żyć – a konflikt jest najcenniejszy dla wszystkich, którzy mogą o nim bez końca opowiadać.
Ekonomiczne aspekty antyizraelskiej postawy
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Rzadko zdarza się przeczytać tak celną i dokładną analizę tych niezliczonych ”ruchów na rzecz…”, stowarzyszeń, związków, paneli dyskusyjnych i tym podobnych przedsięwzięć na rzecz postępu, ekologii i dobra ludzkości. Finansowanych przez zakamuflowane zródła w taki sposób, że nie wszystkim zrazu przyjdzie do głowy zadać odpowiednie pytanie w odpowiednim momencie. Jak na przykład udało się zbudowanie olbrzymiej sieci tuneli podziemnych w Gazie, wielkością i rozmachem nie ustępującej sieci metra niejednej europejskiej metropolii, w rekordowym czasie? I kto za to płacił? Bo przecież nie sam Hamas w samej Gazie, terytorium nie produkujące praktycznie niczego poza rakietami krótkiego zasięgu i ładunkami wybuchowymi do zamachów samobójczych? Skąd mieli inżynierów, wykwalifikowanych robotników, i przede wszystkim ciężki sprzęt specjalistyczny? Nie mówiąc już o olbrzymich ilościach betonu i cementu, także nie produkowanych na terenie Gazy. Nie mam dowodów (i nie wiem kto może je mieć), lecz myślę że finansowały to Iran, Katar, Turcja i Chiny, plus pieniądze płynące strugą w ramach pomocy ONZ i Zachodu, współpracował po cichu Egipt (przemyt przez tunele na granicy z Gazą) a wykonawcy byli z Korei Północnej i Chin, częściowo byc może też z Rosji.
Nie zaponajmy o Chinach i Rosji finansujacych przynajmniej czesc tych „idealistow” i ich organizacji.
Plus o zydowskich kapusiach goraco chwytajacych ta manne z nieba, zeby „kupic bilet do swiata”
Swietny artykul! Jasny, bezpretensjonalny ,nazywajacy rzeczy po imieniu.
Sama prawda i świetnie napisane. Autor wyjął szydło z worka.