
Posumowanie w jednym zdaniu
Główną tezą tekstu jest to, że Izrael nie może opierać swojego bezpieczeństwa narodowego na nieprzewidywalnej polityce Donalda Trumpa i musi zbudować własną, niezależną wielką strategię oraz ograniczyć podległość od wsparcia z USA.
Nachum Kaplan
Izrael obawia się, że stanie się zbyt zależny od Stanów Zjednoczonych. Klasycznym argumentem jest to, że amerykańska pomoc wojskowa wiąże się z konkretnymi warunkami, co daje Waszyngtonowi potężną dźwignię nacisku.
To prawda. Istnieje jednak jeszcze jeden powód, dla którego Izrael powinien ograniczyć tę zależność: możliwość prowadzenia spójnego i strategicznego planowania. Problem z podążaniem za Ameryką nie polega już tylko na tym, że jej polityka może być sprzeczna z interesami Izraela. Chodzi o to, że Ameryka pod rządami Donalda Trumpa w ogóle nie ma spójnej polityki, którą mogłaby realizować.
Mamy tu do czynienia z impulsami, układami, groźbami, szczytami, ultimatum, relacjami osobistymi, nagłymi zwrotami akcji i absurdalnymi oświadczeniami. Brakuje w tym wszystkim doktryny: jasnego zrozumienia, kim są przyjaciele, a kim wrogowie, jakiego porządku politycznego chce Waszyngton i w jaki sposób dzisiejsze decyzje mają do niego doprowadzić.
Bliski Wschód w ujęciu Trumpa przypomina bardziej salę kasyna niż szachownicę. Każdy uczestnik gry jest jednocześnie partnerem, rywalem, klientem i potencjalnym celem.
Dla samej Ameryki jest to niekorzystne, ale jako supermocarstwo jest ona w stanie przetrwać konsekwencje własnego chaosu. Stany Zjednoczone mogą w tym samym zdaniu przypodchlebiać się Arabii Saudyjskiej, prawić komplementy nowemu władcy Syrii, wywierać presję na Izrael, grozić Iranowi, a zarazem prowadzić z nim rokowania, podlizywać się Turcji, traktować Liban jak normalne państwo, po czym spróbować zawrzeć kolejny „wielki układ” – którego szanse na powodzenie są równe mojej wygranej w ruletce.
Konsekwencje tych działań ponosi jednak Izrael.
Spójrzmy na Syrię i Turcję. Waszyngton postrzega Turcję jako sojusznika z NATO, z którym należy utrzymać relacje. Izrael widzi ekspansję Ankary w Syrii jako bezpośrednie zagrożenie strategiczne. Dla Ameryki Turcja to trudny partner oddalony o tysiące kilometrów. Dla Izraela wroga obecność wojsk tureckich w Syrii oznacza, że tuż za jego północną granicą umacnia się potężna siła regionalna.
Polityka zagraniczna Izraela nie może być po prostu tłumaczeniem decyzji Waszyngtonu na język hebrajski.
Katar może być dla Ameryki kluczowym partnerem strategicznym, gościć jej bazy wojskowe, pośredniczyć w rokowaniach i jednocześnie wspierać ugrupowania islamistyczne, które Izrael uważa za śmiertelnych wrogów. Arabia Saudyjska może być partnerem USA, potencjalnym sojusznikiem Izraela oraz uczestnikiem regionalnych porozumień, których celem jest częściowe zabezpieczenie się przed kaprysami amerykańskiej polityki.
Trump udaje, że ta niejednoznaczność mu odpowiada, i twierdzi, że daje mu ona przewagę. W rzeczywistości jednak słabo zna ten region, nie ma strategicznej wizji i działa po omacku. Jego obrońcy mogą się łudzić, że ta nieprzewidywalność jest celowym zabiegiem – nową wersją „teorii szaleńca” Richarda Nixona. Problem polega na tym, że sojusznicy Ameryki są dziś równie zdezorientowani jak jej wrogowie.
Wiceprezydent JD Vance, który bezskutecznie próbuje pozować na intelektualistę, uważa, że Stany Zjednoczone powinny ograniczyć swoją rolę na świecie. W praktyce oznacza to po prostu zgodę na osłabienie pozycji USA.
Strategiczna niejednoznaczność ma sens tylko wtedy, gdy niepewność dotyczy taktyki, a cel pozostaje jasny. Tymczasem jaki porządek na Bliskim Wschodzie jest pożądany przez Amerykę? Czy Turcja ma zostać wzmocniona, czy powstrzymana? Czy Katar to problematyczny sponsor islamizmu, czy nieodzowny mediator? Czy nowy reżim syryjski został zrehabilitowany, czy dżihadyści po prostu czekają na swój moment?
Te cele wzajemnie się wykluczają.
Trump próbuje obecnie doprowadzić do porozumienia w sprawie Strefy Gazy przy udziale mediatorów z Egiptu, Kataru i Turcji. Izrael słusznie się temu sprzeciwia, nalegając, że nie wycofa wojsk, dopóki Hamas nie zostanie całkowicie rozbrojony.
Waszyngton traktuje Bliski Wschód jak obszar, którym trzeba administrować; Izrael walczy na nim o przetrwanie. Dlatego debata na temat amerykańskiej pomocy zbyt często sprowadza się do kwestii czysto finansowych.
Izrael otrzymuje około 3,8 miliarda dolarów rocznie w ramach 10-letniego programu wsparcia. Często pojawia się pytanie, czy bogaty i zaawansowany technologicznie kraj w ogóle potrzebuje, by amerykański podatnik dotował jego obronność.
Ważniejsze jest jednak inne pytanie: jakim krajem stanie się Izrael, gdy jego zamówienia wojskowe, swoboda manewru dyplomatycznego i założenia strategiczne przestaną w tak dużym stopniu opierać się na wsparciu z USA?
Jeśli wiesz, że Twoje bezpieczeństwo zależy od dostaw broni i parasola dyplomatycznego Waszyngtonu, tworzysz politykę, którą Waszyngton jest w stanie zaakceptować. Staje się to śmiertelnie niebezpieczne w momencie, gdy Waszyngton przestaje kierować się jakąkolwiek doktryną.
Stany Zjednoczone pozostaną najważniejszym sojusznikiem Izraela. Izrael powinien kontynuować współpracę w zakresie wywiadu, technologii, obrony rakietowej i dyplomacji. Te relacje należy w pewnych obszarach wręcz pogłębiać, nawet jeśli ogólna zależność będzie maleć.
Izrael musi jednak przestać zakładać, że jego strategia regionalna ma być jedynie częścią strategii amerykańskiej. Państwo żydowskie potrzebuje własnej, jasno określonej wielkiej strategii.
Jakich relacji długofalowo oczekuje z Turcją i Syrią? Jaka jest jego strategia wobec Iranu w perspektywie 20 lat? Jak ma wyglądać współpraca z monarchiami Zatoki Perskiej? Co sprawiłoby, że normalizacja stosunków z Arabią Saudyjską stałaby się realną wartością strategiczną, a nie tylko efektownym gestem dyplomatycznym?
Na te pytania Izrael musi odpowiedzieć sam. Nie mogą to być odpowiedzi pisane pod dyktando Trumpa, Demokratów ani dyktowane chęcią przetrwania do kolejnych wyborów w USA. Izrael od dawna traktuje kolejne administracje w Waszyngtonie jak zmienną pogodę: za Obamy – przetrwać presję, za Trumpa –przeć do przodu, za Bidena – manewrować, za kolejnego Trumpa – znowu przeć do przodu.
To nie jest sposób na prowadzenie polityki obronnej.
Poważna doktryna Izraela musi być na tyle trwała, by przetrwać zarówno prezydenturę Alexandrii Ocasio-Cortez, jak i Donalda Trumpa Jr. – choć nie prognozuję żadnej z nich i właśnie w tym rzecz. Kraj, który planuje istnieć przez stulecia, nie może formułować polityki bezpieczeństwa w cyklach czteroletnich, oglądając się na wyniki sondaży w Pensylwanii.
Pozycja Izraela wśród części amerykańskiej lewicy uległa drastycznemu pogorszeniu, podczas gdy część prawicy coraz głośniej kwestionuje sens zaangażowania USA za granicą. Dwupartyjny fundament sojuszu pęka. Izrael nie powinien opowiadać się po żadnej ze stron sporu w USA, ale musi zacząć w mniejszym stopniu polegać na Waszyngtonie.
Wreszcie – w tej nadmiernej zależności od Ameryki jest coś głęboko sprzecznego z duchem syjonizmu. Syjonizm opierał się na wniosek, że bezpieczeństwo narodu żydowskiego nie może zależeć od dobrej woli, racjonalności ani konsekwencji innych państw.
Izrael musi zwiększyć rodzimą produkcję uzbrojenia, zdywersyfikować łańcuchy dostaw, rozszerzyć partnerstwa strategiczne i zagwarantować sobie niezależność w produkcji kluczowej amunicji. Musi budować nowe sojusze i przemyśleć dotychczasowe ramy współpracy.
Będą sytuacje, w których interesy Izraela i Stanów Zjednoczonych będą w pełni zbieżne, ale będą i takie, w których się rozejdą. Prawdziwa przyjaźń powinna pozwalać na zarządzanie różnicami zdań, a nie wymuszać uległość.
Izrael nie musi zrywać z Ameryką. Musi jednak przestać bezmyślnie przejmować jej politykę zagraniczną – zwłaszcza teraz, gdy Ameryka sama przestala ją mieć.
Ameryka ma umowy, Izrael potrzebuje strategii
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

