Autor Nachum Kaplan

Podsumowanie w jednym zdaniu
Tekst ostrzega, że bez twardych warunków wstępnych palestyńskie wybory nie przyniosą umiarkowania, lecz zalegalizują skrajny radykalizm i doprowadzą do władzy ugrupowania terrorystyczne.
Zachód od dziesięcioleci domagał się wyborów. Być może okaże się znacznie mniej entuzjastyczny, gdy dowie się, kogo Palestyńczycy naprawdę chcą wybrać.
Świat przez 20 lat domagał się palestyńskiej demokracji. Być może wkrótce po raz drugi przekona się, że wybory doskonale ujawniają przekonania wyborców, ale są znacznie mniej niezawodne, jeśli chodzi o wyłonienie wyników zgodnych z oczekiwaniami zachodnich rządów.
Palestyńczycy mają przeprowadzić wybory parlamentarne 28 listopada – pierwsze od dwóch dekad – a następnie wybory prezydenckie, które odbędą się prawdopodobnie na początku 2027 roku. Zachodni urzędnicy będą mówić o odnowie demokratycznej, legitymizacji instytucjonalnej i przywróceniu palestyńskiej samorządności.
Powinni jednak powstrzymać swój entuzjazm.
Postępuje poważne ryzyko, że wybory te nie złagodzą palestyńskiej polityki, lecz ją zradykalizują i legitymizują.
Hamas – któremu w żadnym racjonalnym świecie nie pozwolono by ubiegać się o władzę po pokazie psychopatii z 7 października – mógłby powrócić jako główna siła parlamentarna. Jego nowo wybrany przywódca, Khalil al-Hayya, mógłby stać się kandydatem na prezydenta.
Nie jest to być może bardziej zaskakujące niż fakt, że jedyny człowiek, który mógłby go pokonać – Marwan Barghouti – przebywa w izraelskim więzieniu, gdzie odbywa pięć wyroków dożywocia za masowe morderstwa, a mimo to nadal pozostaje formalnie uprawnionym kandydatem.
Kluczem do zrozumienia polityki w reżimach autorytarnych jest nieprzeliczanie demokracji liberalnej na same wybory.
Demokracja to nie tylko czynność wrzucania kartki do urny. Wybory są jedynie mechanizmem wyłaniania władzy. Demokracja liberalna to porządek polityczny oparty na ograniczeniach konstytucyjnych, pluralizmie, praworządności, prawach mniejszości, niezależnych instytucjach, pokojowym przekazywaniu władzy oraz zasadzie, że przegrana w wyborach nie oznacza utraty wolności ani życia.
W Iranie odbywają się wybory. Tak samo było w Wenezueli za czasów Hugo Cháveza. Hezbollah bierze udział w wyborach w Libanie. Bractwo Muzułmańskie wygrało wybory prezydenckie w Egipcie. Wybory mogą ograniczać ekstremistów, ale jednocześnie zapewniają im to, czego ruchom rewolucyjnym tradycyjnie brakuje: legitymizację.
Palestyńczycy przeprowadzili już ten eksperyment.
W styczniu 2006 roku Hamas wziął udział w palestyńskich wyborach parlamentarnych i zdobył 74 ze 132 mandatów. Międzynarodowi obserwatorzy uznali te wybory za konkurencyjne i wiarygodne. W rezultacie powstał rząd kierowany przez organizację islamistyczną, której celem jest ludobójstwo Żydów i ustanowienie kalifatu.
Społeczność międzynarodowa rzuciła się wówczas do odkurzania swoich podręczników filozofii politycznej.
Bezsilny Kwartet Bliskowschodni – Stany Zjednoczone, Unia Europejska, nieudolna Organizacja Narodów Zjednoczonych i Rosja – nalegał, by nowy rząd palestyński zobowiązał się do przestrzegania trzech podstawowych zasad: niestosowania przemocy, uznania państwa Izrael oraz akceptacji wcześniejszych porozumień.
Hamas odmówił i poszedł własną drogą, która doprowadziła do wydarzeń z 7 października, a wielu jego przywódców uczyniła miliarderami mieszkającymi w penthouse’ach w Ad-Dausze. Na szczęście Izrael zlikwidował większość tej szumowiny podczas ostatniej wojny w Strefie Gazy.
W ciągu zaledwie roku Hamas i Autonomia Palestyńska (AP) zaczęły ze sobą walczyć. W 2007 roku Hamas brutalnie przejął kontrolę nad Strefą Gazy i – by pokazać swoją siłę – wlókł po ulicach ciała członków Autonomii Palestyńskiej przywiązane do ciężarówek.
Palestyński system polityczny rozpadł się na dwa rywalizujące ośrodki: coraz bardziej autorytarną Autonomię Palestyńską w Judei i Samarii oraz islamistyczny reżim w Strefie Gazy. Autonomia Palestyńska, która od 20 lat sprawuje władzę w ramach formalnie czteroletniej kadencji (dzięki czemu jej przewodniczący Mahmud Abbas, jego rodzina i poplecznicy stali się niebotycznie bogaci), ponownie podejmuje próbę.
Oczywiście nikt niczego się nie nauczył, a niewielu znajdzie w sobie dość dociekliwości czy odwagi, by to przyznać.
Głównym zachodnim założeniem dotyczącym polityki palestyńskiej od dawna pozostaje naiwne przekonanie, że samo uczestnictwo w życiu politycznym sprzyja umiarkowaniu.
Powierz radykałom odpowiedzialność, a staną się odpowiedzialni. Wpuść rewolucjonistów do parlamentu, a procedura parlamentarna ich oswoi. Powierz bojownikom odpowiedzialność za przepisy dotyczące zagospodarowania przestrzennego, a w końcu zapomną o swoich marzeniach o kalifacie i zaczną żyć urbanistyką.
Za tą hipotezą stoi pewna teoria z zakresu nauk politycznych: ruchy czasami rzeczywiście łagodzą swoje stanowisko, gdy przejmują odpowiedzialność instytucjonalną. Jednak czasami przejmują po prostu same instytucje – a ta różnica ma fundamentalne znaczenie.
Hamas nie stał się skandynawską partią chrześcijańsko-demokratyczną po wygraniu wyborów. Przejął ministerstwa, sieci patronackie, legitymację polityczną i ostatecznie kontrolę terytorialną. Pokazuje to powracający problem w procesach transformacji ustrojowej: instytucje demokratyczne są najsilniejsze wtedy, gdy ich uczestnicy już akceptują zasady demokratycznej rywalizacji.
Ruch, który traktuje wybory po prostu jako kolejne narzędzie walki, nie ulegnie przemianie pod wpływem samego zwycięstwa wyborczego.
Niemiecko-żydowski teoretyk polityki Karl Loewenstein sformułował koncepcję „demokracji walczącej” (lub bojowej) w 1937 roku, gdy zaobserwował, jak wrogie demokracji ruchy faszystowskie wykorzystują demokratyczne swobody do zniszczenia demokratycznego państwa. Wniosek był gorzki, ale prosty: demokracja nie musi dostarczać narzędzi do własnej zagłady tym, którzy są zdeterminowani, by ją zniszczyć.
Ruchy islamistyczne z dużym powodzeniem wdrażają koncepcję wykorzystywania procedur demokratycznych w znacznej części Zachodu, zwłaszcza na szczeblu samorządowym – przy zdecydowanie zbyt dużym wsparciu ze strony biernych europejskich przywódców oraz „pożytecznych idiotów” ze skrajnej lewicy.
Polityka palestyńska stoi przed analogicznym problemem.
Czy organizacja powinna mieć prawo uczestniczyć w demokratycznym rządzie, zachowując jednocześnie niezależne siły zbrojne? Czy partia zaangażowana w walkę zbrojną powinna mieć prawo startować w wyborach i posiadać broń poza jurysdykcją państwa, którym zamierza rządzić? Czy organizacja może uczestniczyć w systemie politycznym opartym na porozumieniach, których nie uznaje?
Są to kluczowe pytania o samą istotę państwowości: państwo nie może tolerować konkurujących ze sobą suwerenów na własnym terytorium.
Niemiecki socjolog Max Weber słynnie zdefiniował nowoczesne państwo poprzez jego monopol na legalne użycie siły fizycznej na danym terytorium. Nie trzeba zgadzać się z każdym elementem teorii politycznej Webera, by dostrzec, że partie polityczne, które po południu prowadzą kampanię wyborczą, a nocą utrzymują uzbrojoną milicję, stanowią bezpośrednie zaprzeczenie procesu demokratycznego.
Karta do głosowania i karabin nie mogą mieć równej pozycji konstytucyjnej.
Jednak ta fundamentalna sprzeczność znów bywa traktowana jako kwestia drugorzędna.
Najnowsze sondaże powinny skłonić do refleksji – przynajmniej tych, którzy potrafią patrzeć bez uprzedzeń zarówno na wybory palestyńskie, jak i poprzedzające je wybory w Izraelu.
Palestyńskie Centrum Badań Politycznych i Ankietowych ustaliło w tym miesiącu, że gdyby odbyły się wybory prezydenckie z udziałem Mahmuda Abbasa, przywódcy Hamasu Khalila al-Hayyi i Marwana Barghoutiego, ten ostatni uzyskałby 54 procent głosów, w porównaniu z 26 procentami dla al-Hayyi i zaledwie 14 procentami dla Abbasa.
Wśród potencjalnych wyborców w Judei i Samarii poparcie dla Barghoutiego sięga 63%. W Strefie Gazy al-Hayya osiąga 38%. Tymczasem 79% Palestyńczyków chce, by Abbas podał się do dymisji.
To system polityczny przed trzęsieniem ziemi.
W zachodnich mediach Barghouti bywa rutynowo opisywany jako „palestyński Mandela”. Porównanie to jest równie fikcyjne jak yeti. Barghouti jest potworem.
W 2004 roku izraelski sąd skazał go za organizację ataków terrorystycznych, w których zginęło pięć osób, i wymierzył mu pięć wyroków dożywotniego więzienia. Odrzucił on legalność postępowania oraz sądu i do dziś cieszy się ogromną popularnością właśnie dzięki swoim czynom.
Popularność Barghoutiego mówi nam coś, czego zbyt wiele osób nie chce przyjąć do wiadomości: społeczeństwo palestyńskie wcale nie przygotowuje się do zastąpienia starego pokolenia rewolucjonistów technokratami zainteresowanymi reformą emerytalną.
Najpopularniejszym potencjalnym prezydentem jest więzień, którego mitologia polityczna jest nierozerwalnie związana z drugą intifadą, w której zamordowano około 1100 Izraelczyków.
Alternatywą pozostaje Khalil al-Hayya.
W lipcu Hamas wybrał al-Hayyę na przewodniczącego swojego biura politycznego. Być może Hamas stracił część poparcia od czasu zniszczenia Strefy Gazy – i ten spadek ma swoje znaczenie – ale osłabienie nie oznacza utraty wpływów. Najnowsze sondaże nadal dają jego przywódcy ponad jedną czwartą głosów w trójstronnej rywalizacji prezydenckiej.
Cała ta sytuacja jest zatrważająca, ale istnieje jeszcze głębszy problem.
Radykalizm polityczny nie musi odnieść totalnego zwycięstwa, by podyktować kierunek całemu systemowi. Wystarczy, że zdobędzie siłę pozwalającą zmusić pozostałych graczy do dostosowania się. Dokładnie ta dynamika zachodzi w polityce izraelskiej – to ona dała żydowskim ekstremistom wpływy nieproporcjonalnie duże w stosunku do ich realnego poparcia wyborczego.
Każdy palestyński polityk rozważający start w wyborach rozumie symboliczną siłę pojęć takich jak „więźniowie”, „opór”, „męczeństwo” i „konfrontacja”. Niebezpieczeństwo polega więc nie tylko na tym, że Hamas może wygrać, ale na tym, że to on dyktuje ideologiczną stawkę i reguły rywalizacji.
Umiarkowani rywale radykałów są często zmuszeni do udowadniania, że oni również są bezkompromisowo zaangażowani w walkę narodową. Powstaje w ten sposób licytacja na radykalizm. Zamiast sytuacji, w której radykałowie łagodzą język, by przyciągnąć wyborców z centrum, rzekomo umiarkowane partie radykalizują się, aby zapobiec odpływowi elektoratu.
Skrajności pochłaniają centrum. Niektórzy Europejczycy zaczynają to dostrzegać.
Dla wielu osób wciąż obsesyjnie przywiązanych do nierealistycznej koncepcji rozwiązania dwupaństwowego wybory palestyńskie mogą okazać się znacznie bardziej brzemienne w skutki niż wybory izraelskie.
Przyszły rząd izraelski można zmienić przy urnach. Izrael posiada instytucje zdolne przetrwać złe rządy – tak jak to bywa w demokracjach. Od momentu odrodzenia w 1948 roku kraj ten wielokrotnie przeprowadzał wybory, doświadczał zmian władzy, posiada niezależne sądownictwo, partie opozycyjne, silne społeczeństwo obywatelskie oraz niesforne media.
Palestyńczycy nie mieli wyborów parlamentarnych od 2006 roku, ponieważ Abbas obawiał się porażki z Hamasem – spędził więc dwie dekady, stając się podręcznikowym przykładem arabskiego autokraty. Zbliżające się głosowanie nie dotyczy więc jedynie wyboru kolejnej ekipy rządzącej. Wybory te mogą określić strukturę i kierunek ideologiczny palestyńskiej polityki na całe pokolenie.
Fakty te powinny ostudzić naiwne przekonanie, że ktokolwiek wygra następne palestyńskie wybory prezydenckie, będzie sprawował tę funkcję jedynie tymczasowo. Byłoby to czymś niezwykłym w świecie arabskim, w którym brakuje utrwalonych mechanizmów demokratycznych.
Innym powodem, dla którego tych wyborów nie można traktować tak samo jak tych z 2006 roku, jest fakt, że wydarzył się 7 października.
Każdy proces polityczny z udziałem Hamasu toczy się teraz w cieniu faktu, że organizacja ta pokazała w praktyce, czym dla niej jest „walka zbrojna”.
Jeśli należysz do osób o krótkiej pamięci, które bagatelizują horror, skalę i znaczenie wydarzeń z 7 października, wiedz, że wykazujesz się głębokim cynizmem.
To sprawia, że modne, lecz sztuczne rozróżnienie między „politycznym” a „wojskowym” skrzydłem Hamasu staje się niemożliwe do utrzymania jako podstawa realnej polityki.
Społeczność międzynarodowa – której część włączy się w organizację tych wyborów – musi określić twarde zasady przed głosowaniem, a nie improwizować po fakcie, jak to bezskutecznie czyniła poprzednio.
Każda partia ubiegająca się o międzynarodowe uznanie jako element rządu palestyńskiego powinna być zobowiązana do spełnienia podstawowych warunków postawionych przez Kwartet 20 lat temu: wyrzeczenia się przemocy, uznania państwa Izrael oraz przestrzegania zawartych porozumień.
Dziś muszą do tego dojść kolejne warunki: jeden rząd, jeden aparat bezpieczeństwa i pełny monopol państwa na siłę zbrojną.
Żadne państwo nie może funkcjonować w oparciu o model libański, w którym uzbrojony ruch ideologiczny bierze udział w wyborach, zachowując potencjał wojskowy niezależny od władz państwowych.
Najniebezpieczniejszym pojęciem w zachodniej dyplomacji na Bliskim Wschodzie bywa „legitymizacja polityczna”. Legitymizacja ma wartość tylko wtedy, gdy zapytać: co dokładnie zostało uznane za legalne?
Wybory nie wymazują radykalnej ideologii, nie przekształcają terroryzmu w sztukę rządzenia, nie znoszą przemocy politycznej ani nie zamieniają maksymalizmu w kompromis. Pokazują jedynie, kto zdobył najwięcej głosów.
Czasami odpowiedź bywa uspokajająca; innym razem wygrywa Hamas lub ugrupowania mu pokrewne.
W wyobraźni idealistów nadchodzące wybory mogłyby stanowić przełomową szansę. Palestyńczycy desperacko potrzebują sprawnych instytucji, zmiany pokoleniowej, sprawnego rządu oraz przywództwa posiadającego autentyczny mandat społeczny i realną wolę pokoju.
Obecny system jest wyczerpany. Dyktatura Abbasa trwa od dwóch dekad, Strefa Gazy wymaga odbudowy, a życie polityczne Palestyńczyków nie może pozostawać w zawieszeniu w nieskończoność.
Jednak wybory przeprowadzone bez twardych zabezpieczeń politycznych i instytucjonalnych przyniosą efekt odwrotny do zamierzonego: nadadzą legitymację radykalizmowi. Islamiści doskonale to rozumieją i potrafią to wykorzystać.
Mogą doprowadzić do powstania parlamentu z dominującą pozycją Hamasu oraz wyboru prezydenta, którego mandat opiera się na mitologii walki zbrojnej. Mogą zmusić rzekomo umiarkowane frakcje do rywalizacji z islamistami na radykalizm i wyłonić przywództwo jeszcze mniej skłonne do kompromisu niż to, które właśnie odchodzi.
Wówczas, z przykrą przewidywalnością, ta sama społeczność międzynarodowa, która domagała się wyborów, zacznie nalegać, by Izrael podjął negocjacje z nowo wybranym rządem.
Izrael wykazałby się skrajną lekkomyślnością, gdyby uległ tym naciskom.
W 2006 roku Zachód poparł palestyńską demokrację, wygrał Hamas, a wszyscy wyrazili głębokie zdziwienie. Społeczność międzynarodowa pospiesznie formułowała warunki, które powinny były zostać ustalone przed głosowaniem – gdyby tylko ktoś na Zachodzie rozumiał realia panujące na miejscu.
Nie rozumiano ich wtedy i nie rozumie się ich dzisiaj.
Gdy nadejdzie 28 listopada, nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie został ostrzeżony
Chcieliście palestyńskiej demokracji – oto ona.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

