Autor Paweł Reszka, Timur Olevsky

Roman AbramowiczMikhail Svetlov / Getty Images
Nawet jak pozbawi cię wszystkiego, zrobi to grzecznie
Roman Abramowicz uchodzi za najbogatszego listonosza świata, zaufanego wysłannika prezydenta Rosji. Jest w stanie dogadać się z każdym, a przy okazji zawsze ugra coś dla siebie.
Władimir Putin opowiedział taką historię: „Trzy tygodnie temu zadzwonił do mnie jeden z przedstawicieli naszych środowisk biznesowych. Znam go od bardzo dawna. Nie utrzymujemy bliskich kontaktów, ale mu ufam – to porządny człowiek.
Zadzwonił i mówi: – Władimirze Władimirowiczu, zapraszają mnie do Kijowa.
– Proszę bardzo, niech pan jedzie. Co ja mam z tym wspólnego? – odpowiedziałem.
Na to on: – Chciałem koniecznie pana o tym poinformować, bo z pewnością rozmowa będzie dotyczyła jakichś kwestii związanych z relacjami między naszymi krajami.
– Proszę posłuchać, nie mogę wysłać pana tam w żadnym charakterze (…) – powiedziałem mu.
On odpowiedział: – Chciałem tylko panu powiedzieć, że zostałem zaproszony. Pojechałbym, wysłuchał, a potem opowiedziałbym panu, o czym była mowa.
Na to ja: – Proszę bardzo. Nie mogę panu tego zabronić. Niech pan jedzie”. Putin właśnie w ten sposób zdradził kuchnię, zdekonspirował jeden z niewielu kanałów nieformalnych kontaktów między Moskwą i Kijowem.
Fakt, okoliczności były szczególne. W Petersburgu, po ataku ukraińskich dronów, spłonęły składy paliwa. Tymczasem miasto było pełne wpływowych gości, uczestników Międzynarodowego Forum Ekonomicznego. Wołodymyr Zełenski wysłał do rosyjskiego przywódcy otwarty list. Zaproponował osobiste spotkanie, rozmowy o pokoju. I zapowiedział, że jeśli Putin się nie zgodzi, będzie nadal atakował dronami rosyjskie zaplecze.
Wszyscy czekali na komentarz rosyjskiego prezydenta. W Petersburgu panel z jego udziałem był zaplanowany na 5 czerwca. Obok Putina usiedli prezydenci Tanzanii i Uzbekistanu oraz wiceprzewodniczący ChRL (pewnie Putin wolałby gości z wyższej ligi, ale nie było wyboru). Jak często przy takich okazjach dyskusja była trochę nudna, formalna. W końcu padło pytanie o list.
List? Jaki list? Rzecznik prasowy dwa razy podtykał mu pod nos ten papier! Prezydent Rosji zdążył, przebiegając wzrokiem, zauważyć tylko, że w piśmie były „pewne elementy chamstwa”. Czy spotka się z Zełenskim? Nie, nie widzi powodu. Zresztą opowieść o tajemniczym biznesmenie jest dowodem na to, że to Zełenski zabiegał o rozmowę i pokój. To Zełenski zainicjował tę całą historię. A Rosja nie musi się układać. Przecież zwycięża.
Protegowany Bierezowskiego
Kim był ten tajemniczy biznesmen? „Porządny człowiek”, Hermes – posłaniec Boga Putina? Wielu się domyślało, że chodzi Romana Abramowicza, 60-letniego rosyjskiego oligarchę, którego majątek przed wojną szacowano na 14,5 mld dol. (dziś według Bloomberga skurczył się niemal o połowę). To obywatel Rosji, Portugalii i Izraela. Człowiek, który zrobił gigantyczne interesy na rosyjskiej ropie naftowej w latach 90., był właścicielem wielkiego londyńskiego klubu piłkarskiego Chelsea. Były gubernator Czukotki, były członek wyższej izby rosyjskiego parlamentu. Filantrop.
Bogaty rosyjski biznesmen, znajomy Abramowicza, mówi nam: – Roma? On ma taką właściwość – potrafi wyczuć, czego akurat potrzebujesz. Wyobraź sobie: siedzimy razem przy szaszłykach, pieczemy mięso, a ty mówisz: „Ech, przydałby się teraz koniaczek”. Odwracasz się, a Roma już stoi obok z dwoma kieliszkami.
Podobną historię opowiadano o nim w końcu lat 90. Wtedy Abramowicz zaczynał robić interesy. Był protegowanym Borysa Abramowicza Bierezowskiego, biznesmena, który trząsł jelcynowską Rosją. Bierezowski poznawał Romę z ważnymi ludźmi, czyli familią Borysa Jelcyna: córką, zięciami, doradcami. Na ogrodowych przyjęciach Abramowicz podobno zajmował się grillem. Ale po kilku latach był bogatszy i bardziej wpływowy od swojego mecenasa.
Zełenski przyznał, że w maju 2026 r. rozmawiał z Abramowiczem. „Przyjechał do Kijowa. Powiedział: »Mam wiadomość bezpośrednio dla pana i mogę przekazać wieści od pana Putinowi. Jednak proszę, by nie nadawać temu rozgłosu«” – mówił prezydent Ukrainy w wywiadzie dla Sky News. Zełenski miał przekazać, że nie godzi się na wycofanie armii z Donbasu, ale jest gotów spotkać się z Putinem. Główną zagadką było teraz, kto zainicjował kontakt, komu bardziej zależało na spotkaniu? Zełenski i Putin dawali do rozumienia, że petentem była druga strona.
– Zełenski był inicjatorem tego kontaktu, to on przez swoich ludzi wezwał Abramowicza – mówi nam z przekonaniem urzędnik z administracji Putina. Źródło zbliżone do administracji prezydenta Ukrainy przedstawia to inaczej: – Abramowicz przyjechał do Kijowa. Mówił, że jego wizyta jest uzgodniona z Putinem. Został przyjęty przez Zełenskiego.
Według naszego ukraińskiego informatora zwolennikami zawarcia porozumienia z Rosją było dwóch ważnych ludzi z otoczenia Zełenskiego: Kyrył Budanow, dziś szef Kancelarii Prezydenta, do niedawna generał i szef wywiadu wojskowego, oraz Dawid Arachamia, przewodniczący frakcji parlamentarnej prezydenckiej partii Sługa Narodu.
– Budanow i Arachamia wyszli z założenia, że najlepszym rozwiązaniem będzie natychmiastowe zawieszenie ognia, a także doprowadzenie do spotkania liderów. Jednak w otoczeniu Zełenskiego pojawiły się głosy, by się nie spieszyć. Skoro skutecznie zaczęliśmy niszczyć ich logistykę i infrastrukturę paliwową, to może uda się nam wyzwolić jakiś kawałek kraju? – mówi nasze źródło.
Dlatego Abramowicz nie miał wiele do przekazania Putinowi. Wśród rosyjskich politologów komentowano: „Putin uważa, że wygrywa wojnę, to wiemy od dawna. Problem w tym, że chyba Zełenski też w to uwierzył”.
Bóg Czukotki
– Roman Arkadjewicz nie bierze się za rzeczy, których nie jest w stanie zrobić – mówi Aleksandr Kołtunow, konsultant, który doradza politykom z Rosji z państw posowieckich. – W jego życiorysie nie ma żadnych porażek – ani publicznych, ani takich, o których nie wie opinia publiczna. To bardzo utalentowany człowiek.
Jednym z wyzwań Abramowicza było postawienie na nogi Czukotki. To region ponad dwa razy większy od Polski, północno-wschodni kraniec Rosji, o zabójczym klimacie. Upadek ZSRR okazał się dla Czukotki katastrofą. Infrastruktura się zapadała, w zimie temperatura w mieszkaniach spadała do -20, pensje i emerytury przychodziły z wielomiesięcznymi opóźnieniami. Rosjanie wyjeżdżali, rdzenna ludność, Czukczowie, stanęła przed widmem głodu i wróciła do gospodarki naturalnej.
Putin zawarł z Abramowiczem układ. Biznesmen zostanie wybrany na gubernatora Czukotki i ma zaprowadzić porządek. Skąd weźmie kasę? Nieważne. Przecież ma miliardy – choćby i z Czukotki, gdzie prowadzi lukratywne biznesy. „Jego” Sibnieft wydobywa tam ropę naftową. „Jego” jest wzięte w cudzysłów, bo przecież wielki koncern wydobywczy powstał poprzez prywatyzację państwowych firm. Było to jeszcze w czasach Jelcyna – oblepionego przez oligarchów, którzy chcieli mieć wpływ na politykę.
Putin wprowadził nowe zwyczaje. Bogacze mają się trzymać z dala od polityki. A w dodatku zapłacić za swoje bogactwo. Ukradli za dużo, muszą część oddać. Ci, którzy nie chcieli tego pojąć, skończyli źle. Michaił Chodorkowski płacił na społeczeństwo obywatelskie, buntował się przeciw władzy, więc zabrano mu biznes, a jego wysłano do łagru. Władimir Gusiński miał śmiałość atakować Putina przez należące do niego media. Do czasu, bo nagle trafił do aresztu. W zamian za wolność oddał firmy, wyjechał za granicę, a dziś jest bankrutem. Nawet Bierezowski nie chciał zrozumieć, że nastały nowe czasy, i musiał uciekać z Rosji.
Roman Abramowicz rozumiał dużo więcej. Zgodził się zostać gubernatorem Czukotki, odbudował infrastrukturę, pomoc socjalną, logistykę. Płace wzrosły pięciokrotnie, PKB – trzy razy. Podniósł Czukotkę z upadku, nazywali go tam Bogiem. Jego trud docenił też Putin: „Wiele zrobił obecny gubernator, trzeba mu to oddać. Abramowicz zaczął od tego, że zainwestował osobiste pieniądze w rozwój regionu”.
Był to swoisty eksperyment, który zmienił sposób działania Kremla – od czasu do czasu oligarcha dostawał zadanie, które miał wykonać za swoje pieniądze. Szacuje się, że z własnej kieszeni Abramowicz wydał na Czukotce ponad 2 mld dol. Ale opłaciło się, bo Kreml potrafił się odwdzięczyć. Na przykład pozwolił Abramowiczowi kupić za ułamek wartości firmy banity Bierezowskiego. Ciało tego ostatniego znaleziono potem z zaciśniętą pętlą na szyi w łazience domu w podlondyńskim Ascot. Samobójstwo, choć wielu znajomych Bierezowskiego ma inne zdanie w tej sprawie.

2Clive Rose/Getty ImagesŚwiat poznał Abramowicza jako właściciela londyńskiego klubu piłkarskiego Chelsea, po wybuchu wojny miliarder został zmuszony do jego sprzedaży. Na fotografii sektorówka kibiców.
Oligarcha z misją
Ukraińcy jeszcze przed pełnoskalową wojną szukali podobno kogoś, kto mógłby zapewnić szybką nieoficjalną komunikację z Kremlem. Abramowicz nadawał się bardzo dobrze. Putin go szanował. W Ukrainie Abramowicz miał sporo biznesów. Współpracował z Igorem Kołomojskim, Rinatem Achmetowem. Przyjaźnił się ze słynnym piłkarzem i trenerem Andrijem Szewczenką.
Abramowicz był nawet gotów tracić na swoich ukraińskich biznesach, byle tylko utrzymać dobre kontakty nad Dnieprem. Zwłaszcza po 2014 r., gdy po Krymie i „rebelii” w Donbasie stosunki między krajami gwałtownie się pogarszały. – Za własne pieniądze, mówiąc wprost, kupił sobie możliwości dalszego działania w Ukrainie. Uznano, że to rosyjski oligarcha pozbawiony ambicji imperialnych – mówi Kołutunow.
Po inwazji w 2022 r. Kijów wysłał sygnał, że chce rozmów z Rosją. Pierwsze spotkania negocjatorów toczyły się na Białorusi. Jednak po chwili prawdziwe negocjacje ruszyły w Turcji. Wtedy znów pojawił się Abramowicz. Przyleciał do Polski 2 marca 2022 r. właśnie z Turcji, tureckim rządowym samolotem. Polska miała zadbać, żeby bezpiecznie dotarł do granicy z Ukrainą. – O pomoc poprosili Ukraińcy – mówi osoba z otoczenia prezydenta Andrzeja Dudy.
Abramowicz bał się podróży do Ukrainy. – To był sam początek wojny. Panował chaos. Mógł zostać zatrzymany na jakimś posterunku i po prostu odstrzelony. Był przecież znany publicznie jako właściciel Chelsea i rosyjski oligarcha – mówi jeden z dyplomatów. Jednak podróż skończyła się szczęśliwie. Po dwóch dniach na lotnisko w Rzeszowie przyleciał znów rządowy samolot z Turcji.
W drodze powrotnej Abramowiczowi towarzyszył Jakub Kumoch, prezydencki minister, turkolog i były ambasador RP w Ankarze, a obecnie w Pekinie. To on zaaranżował spotkanie Rosjanina z İbrahimem Kalınem, prawą ręką prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Po co? Anonimowo odpowiada człowiek z otoczenia prezydenta Dudy: – W Turcji odbywały się wówczas rozmowy między delegacjami Rosji i Ukrainy. Chcieliśmy wyczuć, o co chodzi Turcji. Były obawy, że Ankara będzie naciskała na Ukrainę, by poszła na daleko idące, korzystne dla Rosji ustępstwa, żeby tylko zakończyć konflikt.
W czasie misji do Turcji Abramowicz poczuł się źle. Było podejrzenie, że został otruty. Kumoch odniósł się do tego zdarzenia w wywiadzie dla Marcina Kędryny w 2024 r.: „Widziałem człowieka, który się skarżył na dolegliwości, do tego takie jak jego kolega (…). Natychmiast w Ankarze znaleźliśmy się w klinice, gdzie ich przebadano. Też bardzo chciałem wiedzieć, czy nie mam śladów nowiczoku czy czegoś tam, zanim przywitam się w Ankarze z żoną i dziećmi. Lekarz powiedział, że to jakiś niegroźny środek chemiczny i że nic im nie będzie”.
Trudno powiedzieć, o co chodziło z otruciem. Być może było to ostrzeżenie z Kremla – pamiętaj Roma, że mamy długie ręce. Nie próbuj niczego rozegrać na boku.
Tamta pokojowa misja Abramowicza nie mogła zakończyć się sukcesem. Moskwa ciągle liczyła na szybkie zwycięstwo. Kijów nie zamierzał się poddawać, mógł najwyżej grać na czas. Sam Abramowicz był w złym stanie. Wisiały nad nim sankcje UE i Wielkiej Brytanii. Wkrótce został zmuszony do zrzeczenia się kontroli nad klubem Chelsea. Transakcja opiewała na kwotę 2,5 mld funtów, jednak biznesmen nie zobaczył ani pensa. Cała kasa trafiła na specjalne, zamrożone konto.
– Mówił mi: „Mam tyle samolotów, ale wszystkie uziemione z powodu sankcji. Mogę najwyżej wejść na pokład, zamówić sobie kawę”. Bał się, że w ogóle straci możliwość podróżowania, i to go bardzo bolało – mówi polski dyplomata, który rozmawiał z Abramowiczem w marcu 2022 r.
Jednak mediacje nie poszły na marne. Abramowicz doprowadził do wielkiej wymiany jeńców między Rosją i Ukrainą. Wśród wypuszczonych byli żołnierze batalionu Azow, który Kreml uważa za jednostkę nazistowską. Wymianę koordynował szef ukraińskiego wywiadu Budanow. Arachamia zaś, który był członkiem zespołu negocjacyjnego, napisał list, domagając się zdjęcia sankcji UE z Abramowicza w zamian za jego pomoc.
Prawnicy Abramowicza biegali z tym listem po całym świecie, walczyli w sądach o zniesienie sankcji, udowadniali, że ich klient nie robi żadnych interesów z kremlowskim reżimem. I częściowo się udało – większość sankcji została z Abramowicza zdjęta.
Dobry policjant
W październiku Abramowicz będzie obchodził 60. urodziny. Pochodzi z żydowskiej rodziny, która osiedliła się w Saratowie. Wychowywał się bez rodziców – mama zmarła, gdy miał rok, dwa lata później umarł ojciec. Potem zaopiekował się nim wujek. Studiował w Uchcie na wydziale leśnym. Na dwa lata poszedł do wojska, później trafił do fabryki jako mechanik. Został w Uchcie. Biznesy zaczynał od handlu, wyrobu plastikowych zabawek. W latach 90. zakładał kolejne małe firmy. W końcu zajął się pośrednictwem w sprzedaży m.in. ropy. W 1992 r. był podejrzany o to, że ukradł pociąg pełen paliwa na szkodę władz Uchty. Przełomem było spotkanie z Bierezowskim – obaj mieli żydowskie korzenie. Polubili się.
Znajomy Abramowicza tak o nim opowiada: – Jest cichy i skromny. Szczególnie gdy spotyka się z nieznajomymi, ludźmi na stanowiskach. Z drugiej strony jest klasycznym oligarchą pierwszego rzutu. Majątek zrobił w czasach dzikiej prywatyzacji i gangsterskich wojen, kiedy każdego dnia trzeba było być gotowym na strzelaninę. Wywalczył bogactwo, wyrwał je. Obecni miliarderzy, którzy wyrośli przy Putinie, nie należą do takiej „arystokracji”, krezusami są dzięki dobroci cara.
W życiu codziennym Abramowicz zachowuje się jak oligarcha starego typu. Jakby ciągle były lata 90. Ma np. taki zwyczaj, że chodzi ze swoim asystentem, który załatwia wszystko, co trzeba. Zapisuje kontakty, podaje numery telefonu, a przede wszystkim ma kartę kredytową i płaci. Abramowicz się tym nie zajmuje.
Kiedy można ubić interes, zawsze jest gotów, żeby negocjować. – Potrafi sprawić, że jego rozmówca czuje się komfortowo. Kiedy wraz z Olegiem Deripaską agresywnie negocjowali z konkurentami, którym chcieli odebrać biznes, Oleg zawsze był tym złym, Roman robił za dobrego policjanta – mówi jego znajomy biznesmen.
I jeszcze jedno. Abramowicz niemal ze wszystkimi jest na „pan”, nawet z bardzo bliskimi ludźmi. – Widziałem zapisy podsłuchów z rozmów Abramowicza z Bierezowskim. Roman go zniszczył, ale przez cały czas był kulturalny i odnosił się do niego z szacunkiem – mówi znajomy Rosjanina. I dodaje, że Abramowicz, nawet jak pozbawi cię wszystkiego, zrobi to grzecznie. A na pożegnanie powie: „Dziękuję panu”.
Roman Abramowicz: listonosz świata, człowiek Putina.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

