
Piotr Jassem
Dwadzieścia lat temu, 16 września 2006 roku, zmarł Henryk Dasko.
Miał 59 lat. W wieku 22 lat został zmuszony do opuszczenia Polski w wyniku antysemickiej nagonki Marca ’68. Wyjechał z kraju swojej młodości, ale — jak napisano po jego śmierci — Polska nigdy go nie opuściła.
Poznałem Henryka w latach dziewięćdziesiątych, kiedy odkryłem działającą już Kanadyjską Fundację Dziedzictwa Polsko-Żydowskiego i zgłosiłem chęć aktywnego udziału w jej działalności. Henryk był jednym z jej założycieli. Misja Fundacji zawarta była w jej nazwie, ale chodziło nam również o coś znacznie trudniejszego — o dialog pomiędzy kanadyjskimi społecznościami żydowską i polską.
Henryk uważnie wysłuchał moich motywów i z entuzjazmem przyjął moją ofertę. Niedługo później, widząc mój zapał, zaproponował, abym przejął pałeczkę i jako prezes rozpoczął nowy etap działalności Fundacji. Robiłem wszystko, by nie zawieść jego oczekiwań. A kiedy czasem słyszałem od niego słowa uznania — a Henryk zdecydowanie nie był skłonny do pochlebstw — wiedziałem, że to, co robimy, ma sens.
Henryk znał niemal wszystkich liczących się polskich twórców i intelektualistów. Kiedy proponowałem zaproszenie kogoś na wykład albo pokaz filmu, często wystarczyło, że chwycił za telefon. Reszta była załatwiona.
Był człowiekiem trudnym. Miał silną wolę, zdecydowane poglądy i ostry język. Potrafił być uszczypliwy. Na zebraniach nie zawsze była pełna zgoda. Frank Białystok, drugi z założycieli Fundacji, ujął to chyba najlepiej: spieraliśmy się, dyskutowaliśmy, a czasami wychodziliśmy ze spotkań sfrustrowani. Ale łączyło nas przekonanie, że robimy coś pożytecznego — że jesteśmy jednym z elementów mozaiki, jaką jest kanadyjskie społeczeństwo.
I właśnie to ceniłem w Henryku najbardziej. Mówił to, co myślał. Nie owijał w bawełnę. Nie przejmował się poprawnością ani konwenansami. Nie trzeba było zastanawiać się, „co właściwie miał na myśli”. Wystarczyło go słuchać.
Był człowiekiem wielu talentów i pasji. Interesowały go samochody, rajdy, literatura, polityka, historia i ludzie. Marzył o samochodach, których w komunistycznej Polsce nie można było nawet zobaczyć na ulicy. Po latach, już w Kanadzie, został jednym z trzech właścicieli legendarnego włoskiego Iso Rivolta.
Ale samochody były tylko jedną z jego pasji. Prawdziwą była literatura.
Henryk był publicystą, krytykiem literackim, redaktorem, tłumaczem, recenzentem filmowym i autorem książek. Pisał o Tyrmandzie, Kosińskim, Brychcie i wielu innych twórcach polskiej i światowej literatury. Szczególnie interesowali go ci, którzy byli kontrowersyjni, niezrozumiani lub stanowili intelektualne wyzwanie.
Nie bał się trudnych tematów. Przeciwnie — zdawał się ich szukać.
Przygotował m.in. pierwsze pełne wydanie oryginalnej wersji Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda wraz z wnikliwym wstepem. Nadal siegam po tę, opatrzoną jego dedykacją, książkę. Napisał także własną, niedokończoną historię życia — Dworzec Gdański. Historia niedokończona. To właśnie na Dworcu Gdańskim w Warszawie wykonano jego ostatnie zdjęcie przed wygnaniem z Polski: Henryk stoi w drzwiach wagonu, za chwilę ma odjechać z kraju. Jego wspomnienia zostały opublikowane już po jego śmierci.
Blisko przyjaźnił się z Adamem Michnikiem, twórcą „Gazety Wyborczej”. Wielowymiarowa osobowość Michnika — w której przenikają się intelektualna niezależność, polityczne zaangażowanie, odwaga, a także nieuchronne sprzeczności człowieka uwikłanego w historię — wydawała mu się znakomitym tematem na biografię. Niestety, nie zdążył już jej napisać.
Henryk był polskim Żydem. Nosił w sobie obie te tożsamości. Żydowską i polską. Ta druga wyrażała się przede wszystkim w miłości do polskiego języka — i w niezwykłej wirtuozerii pióra.
W 2004 roku, wraz z Frankiem Białystokiem i ocalałym z Zagłady Nate’em Leipcigerem, otrzymał Krzyż Zasługi od prezydenta Polski za działalność na rzecz dialogu i pojednania polsko-żydowskiego.
Henryk wtedy wspomniał, że gdyby ktoś powiedział mu w 1968 roku, że za kilkadziesiąt lat otrzyma od prezydenta Polski odznaczenie za budowanie polsko-żydowskiego dialogu, uznałby to za kompletną bzdurę.
W marcu 2005 roku usłyszał diagnozę: glioblastoma multiforme IV stopnia — nieuleczalny rak mózgu. Kiedy mi o tym powiedział, zauważył nagłą zmianę na mojej twarzy i szybko dodał: „Piotrze, obiecuję ci, że nie umrę”. To była jedyna obietnica, jakiej Henryk nie dotrzymał, choć wiem, jak bardzo się starał. Nie poddawał się. Walczył. Do końca pozostał sobą — ciekawym świata, ironicznym, intelektualnie niespokojnym.
Tomasz Jastrun, który odwiedzał go tuż przed operacją, napisał później: „[…] głowa H. to jedna z najbardziej niezwykłych głów, jakie znam. On to przede wszystkim głowa. […] szykował się na [operację] jak na wojnę. Heroicznie.”
Henrykowi najbardziej przeszkadzało chyba to, że jego choroba była — w jego własnym przekonaniu — „intelektualnie nieinteresująca”. „Nie ma w tym literatury”. Nawet własną śmiertelną chorobę potrafił więc potraktować jak temat, który należy poddać intelektualnej krytyce.
Gdy myślę dziś o jego odejściu, przypomina mi się tytuł jego eseju o Henryku Hollandzie, ojcu Agnieszki Holland: Śmierć najbardziej niepotrzebna.
Dwadzieścia lat. Trudno uwierzyć.
A jednak pamiętam jego głos. Nasze rozmowy. Jego ironię. Spory. Śmiech. Samochody. Książki. Ludzi, których dzięki niemu poznałem.
Pamiętam też jego ostatnie przyjęcie urodzinowe. Moje ostatnie zdjęcie z Henrykiem zostało zrobione właśnie wtedy.
Dziś pójdę na jego torontoński grób i położę na nim kamyk.
Henryku, tylko nie mów, że to niepotrzebne. Że to nie jest literatura.

Henryk Dasko na Dworcu Gdanskim



Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

