Uncategorized

Dwa słowa, które każdy Żyd musi szanować

Vanessa Berg

Podsumowanie w jednym zdaniu

Modlitwa Avinu Malkeinu przypomina, że judaizm wymaga równowagi między bożą miłością a ludzką odpowiedzialnością — Bóg jako Ojciec kocha nas i przebacza, a jako Król stawia nam wymagania i oczekuje prawdziwej przemiany.


Jedno słowo mówi nam, że jesteśmy kochani. Drugie – że ponosimy odpowiedzialność. Judaizm wymaga obu.

Być może w żydowskim modlitewniku nie ma dwóch słów, które niosłyby w sobie więcej teologii niż Avinu Malkeinu – kluczowa modlitwa odmawiana podczas Dziesięciu Dni Pokuty, między Rosz Haszana a Jom Kippur.

Avinu Malkeinu oznacza: „Ojcze nasz, Królu nasz”.

Wypowiadamy te słowa ciurkiem i tak naturalnie, że łatwo przeoczyć, jak niezwykłe jest to połączenie.

Ojciec i król to dwa różne światy. Ojciec należy do sfery bliskości; król – do sfery władzy. Ojciec zna twoje słabości; król osądza twoje czyny. Ojciec wybacza, bo jesteś jego dzieckiem; król nie może po prostu udać, że prawo nie istnieje. Ojciec przyciąga cię do siebie; król sprawia, że prostujesz plecy. Ojciec mówi: „Jesteś mój”, a król: „Odpowiadasz przed kimś większym od siebie”.

Judaizm podkreśla, że Bóg jest jednym i drugim – i jest to bodaj najgłębsza myśl okresu Wielkich Świąt.

Mamy jednak skłonność do wybierania tylko jednej z tych ról. Pragniemy Boga, który jest Avinu, ale bez cech Malkeinu. Chcemy ciepła bez osądu, miłości bez zobowiązań, przebaczenia bez konieczności zmiany i przynależności bez odpowiedzialności. Wolimy, by Bóg po prostu zrozumiał, dlaczego postąpiliśmy tak, a nie inaczej; by docenił nasze intencje, dostrzegł zmagania, wziął pod uwagę okoliczności i ostatecznie zapewnił nas, że wszystko jest w porządku.

Innymi słowy: pragniemy Ojca. I judaizm nam Go daje. Jednak zaraz potem, niemal na tym samym oddechu, dodaje: Malkeinu – nasz Król. A to oznacza, że nie zawsze wszystko jest w porządku. Pewne czyny są po prostu złe, a wybory rodzą konsekwencje. Złe nawyki trzeba przełamać, a nie tylko tłumaczyć. Przeprosiny wymagają poprawy zachowania. Istnieją standardy niezależne od nas samych i istnieje porządek moralny, który nie znika tylko dlatego, że jego naruszenie wydawało się w danej chwili uzasadnione.

Zapewne dlatego modlitwa Avinu Malkeinu brzmi tak potężnie w Dniach Lęku. Streszcza cały dramat pokuty w dwóch słowach: stajemy przed Kimś, kto kocha nas bezgranicznie – i właśnie dlatego od nas wymaga.

Współczesna kultura często stawia miłość i osąd po przeciwnych stronach. Coraz częściej zakładamy, że kochać to znaczy bezkrytycznie akceptować, krytyka jest równoznaczna z odrzuceniem, a stawianie wymagań zagraża relacji. Judaizm proponuje coś odwrotnego: czasem największym dowodem na to, że ktoś jest dla nas ważny, są właśnie oczekiwania, jakie wobec niego mamy.

Rodzic, który przestaje czegokolwiek wymagać od dziecka, wcale nie wzniósł się na wyższy poziom bezwarunkowej miłości. Często po prostu się poddał.

Przerażające piękno modlitwy Avinu Malkeinu polega na tym, że Bóg nas nie porzucił. Nadal jest naszym Ojcem i nadal pozostaje naszym Królem. Kocha nas na tyle, by przebaczyć, i wierzy w nas na tyle, by osądzać. To znacznie dojrzała forma miłości.

Słowo Avinu stoi na pierwszym miejscu – i ma to kluczowe znaczenie. Nie stajemy przed Bogiem jak przestępcy przed sędzią. Zwracamy się do Niego jak dzieci do rodzica. Zanim nastąpi rozliczenie, jest przynależność; zanim padnie wyrok, jest relacja. Zanim wyznamy winy, judaizm przypomina nam, kim jesteśmy: Jego dziećmi.

Wielkie Święta wymagają od nas surowej samooceny. Wymieniamy grzechy, bijemy się w piersi i wracamy do porażek, które przez resztę roku najchętniej pogrzebalibyśmy pod pracą, rozrywką, ambicją, wymówkami czy żalem.

Jednak tradycja żydowska nie każe nam robić tego z poczuciem bezwartościowości. Wręcz przeciwnie. Możemy zmierzyć się z tym, co zrobiliśmy, właśnie dlatego, że nasze błędy nie definiują nas w całości. Dziecko może rozczarować ojca, nie przestając być jego dzieckiem.

Gdyby nasza relacja z Bogiem zależała wyłącznie od naszych osiągnięć, skrucha byłaby paraliżująca – każda porażka podważałaby całą więź. Słowo Avinu przypomina jednak, że pod naszymi potknięciami kryje się coś trwałego: historia, miłość i dom, do którego zawsze można wrócić. Nie bez powodu judaizm nazywa pokutę teszuwa – co oznacza po prostu „powrót”.

A wrócić można tylko tam, gdzie się przynależy. To właśnie jest Avinu.

Judaizm nie zatrzymuje się jednak w tym miejscu, bo miłość pozbawiona standardów ostatecznie wyradza się w pobłażliwość. Dlatego zaraz po Ojcu pojawia się Król.

Słowo Malkeinu wprowadza pojęcie, z którym współczesność ma niemały kłopot: autorytet. Król nie daje jedynie życzliwych rad – ustanawia porządek, w którym trzeba żyć.

Nazywając Boga swoim Królem, składamy zdumiewającą deklarację: nie jestem najwyższą władzą w moim własnym życiu. Moje zachcianki nie stają się automatycznie przykazaniami, moje uczucia nie są jedyną prawdą, a mój ból nie daje mi automatycznie racji. Nawet najlepsze intencje nie zmazują skutków moich czynów. Mam zobowiązania wobec innych, nawet gdy nie mam ochoty ich wypełniać. Istnieją granice, których nie wolno mi przekroczyć, choćbym potrafił to racjonalnie uzasadnić. Istnieje miara wyższa niż moje własne impulsy.

To trudna koncepcja, bo współczesny człowiek po cichu sam ogłosił się monarchą. Nieustannie zachęca się nas do pytań: Czego pragnę? Co jest dla mnie autentyczne? Co służy mojemu szczęściu? Co chroni mój spokój? Co jest zgodne z moją prawdą?

W niektórych z tych pytań kryje się mądrość – judaizm nie wymaga przecież przekreślenia własnego „ja”. Jednak Malkeinu stawia inne pytanie: Czego się ode mnie oczekuje?

To zupełnie inny punkt wyjścia. Jeden zaczyna się od pragnienia, drugi – od obowiązku. Jeden pyta, co świat może mi dać, drugi – co ja jestem winien światu. Być może znaczna część dojrzałości polega właśnie na umiejętności godzenia tych dwóch perspektyw.

Dzieci naturalnie uważają się za pępek świata. Ich głód to stan wyjątkowy, frustracja to niesprawiedliwość, a pragnienia wydają się absolutną koniecznością. Dorosłość wymaga odkrycia, że obok nas żyją inni ludzie. Wymaga tego małżeństwo, rodzicielstwo, wspólnota – i bez wątpienia wymaga tego judaizm.

Malkeinu obala fantazję, że wszystko kręci się wokół nas. Istnieje Król – i nie jestem nim ja.

Jednak samo Malkeinu, bez wsparcia Avinu, również niesie zagrożenie. Bóg będący wyłącznie Królem staje się przerażający. Religia zmienia się wtedy w ślepe posłuszeństwo, prawo pozbawione miłości, poczucie winy bez nadziei i strach bez możliwości powrotu.

Gdybyśmy znali tylko Króla, każda porażka odpychałaby nas od Niego jeszcze bardziej. Ale Ojciec wciąż wzywa nas do siebie. Na tym polega geniusz tego zestawienia: Ojciec sprawia, że Król nie staje się tyranem, a Król pilnuje, by Ojciec nie stał się zbyt pobłażliwy.

Avinu mówi: „Jesteś kochany, nawet gdy upadasz”.

Malkeinu odpowiada: „Ale twoje upadki mają znaczenie”.

Avinu wzywa: „Wracaj do domu”.

Malkeinu dodaje: „Ale wróć zmieniony, lepszy”.

Avinu mówi: „Rozumiem”.

Malkeinu przypomina: „Zrozumieć to nie znaczy uniewinnić”.

Avinu zapewnia: „Możesz zacząć od nowa”.

Malkeinu nakazuje: „W takim razie do dzieła”.

Żydowska pokuta dokonuje się dokładnie na styku tych dwóch myśli. Gdy przeważa wizja Ojca – nic nie musi się zmieniać. Gdy dominować zaczyna Król – dochodzimy do wniosku, że zmiana jest niemożliwa. Potrzebujemy obu perspektyw: dość miłości, by stanąć w prawdzie przed samym sobą, i dość odpowiedzialności, by coś z tą prawdą zrobić.

W obrazie Boga jako Ojca kryje się jeszcze coś. Dzieci często błędnie pojmują miłość. Maluchowi wydaje się, że dobry rodzic to taki, który na wszystko pozwala – na kolejny cukierek, późniejsze pójście spać, opuszczenie lekcji, nową zabawkę czy pobłażliwość przy przewinieniach.

Dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, że wiele rodzicielskich odmów było w rzeczywistości dowodem troski.

Być może dorośli popełniają ten sam błąd w relacji z Bogiem. Zakładamy, że błogosławieństwo to po prostu otrzymanie tego, o co prosimy; nieodebrana modlitwa oznacza nieobecność; rozczarowanie to porzucenie, a trudności są dowodem na to, że świat się zawalił.

Avinu każe nam jednak dopuścić myśl, że Ojciec widzi szerzej niż dziecko – i to, co w tej chwili wydaje się brakiem lub stratą, z perspektywy całego życia może okazać się czymś zupełnie innym. To nie sprawia, że cierpienie staje się łatwiejsze – judaizm nigdy nie kazał zbywać bolączek tanią teologią. Avinu wnosi jednak do naszej oceny wypadków odrobinę pokory. Dziecko rzadko ogarnia całe gospodarstwo domowe. My rzadko rozumiemy cały wszechświat.

I wtedy wkracza Malkeinu, by rzucić nam wyzwanie z drugiej strony. Bywa przecież, że powołujemy się na Boże miłosierdzie tylko po to, by uciec od odpowiedzialności. Prosimy o przebaczenie, powracając do tych samych grzechów. Chcemy pojednania bez poprawy i Nowego Roku bez stania się nowym człowiekiem.

Wielkie Święta nie służą jedynie uzyskaniu rozgrzeszenia – ich celem jest przemiana.

Łatwo powiedzieć: „Bóg zna moje serce”. Zapewne zna. Jednak judaizm nieustannie pyta o to, do jakich czynów to serce popycha twoje dłonie.

Czy przeprosiłeś? Czy zadzwoniłeś? Czy przestałeś krzywdzić? Czy oddałeś dług? Czy stałeś się cierpliwszy i bardziej hojny? Czy zmieniłeś język, którym się posługujesz? Czy naprawiłeś to, co zniszczyłeś? Czy zmieniłeś to, co obiecałeś poprawić podczas poprzedniego Jom Kippur?

Malkeinu nie pozwala, by duchowość sprowadzała się do sentymentalizmu. Król wymaga dowodów.

Prawdopodobnie dlatego słowa Avinu Malkeinu przetrwały próbę czasu – opisują nie tylko Boga, ale i fundamentalne pęknięcie w ludzkiej naturze. Chcemy być kochani dokładnie takimi, jakimi jesteśmy, a jednocześnie gdzieś głęboko czujemy, że powinniśmy stać się kimś lepszym.

Potrzebujemy kogoś, kto powie nam: „Jesteś ważny”. Ale potrzebujemy też kogoś, kto doda: „Stać cię na więcej”. Potrzebujemy współczucia i potrzebujemy wymagań. Wybaczenia za to, kim byliśmy, i odpowiedzialności za to, kim się stajemy.

Geniusz judaizmu polega na tym, że nie każe nam wybierać. W Rosz Haszana i Jom Kippur nie stajemy przed Bogiem, który jedynie głaszcze po głowie, ani przed takim, który wyłącznie wydaje wyroki.

Stajemy przed Ojcem, który kocha nas zbyt mocno, by zostawić nas na łaskę naszych słabości – i przed Królem, który szanuje nas zbyt bardzo, by udawać, że nasze błędy są bez znaczenia.

Prosimy Boga, by pamiętał, że jesteśmy Jego dziećmi, i przypominamy sobie, że jesteśmy też Jego poddanymi.

Możemy spojrzeć w oczy prawdzie o sobie, bo jesteśmy kochani. A skoro jesteśmy kochani – wymaga się od nas, byśmy stali się lepsi.

Miłość bez odpowiedzialności to za mało. Odpowiedzialność bez miłości jest nie do zniesienia. Judaizm wymaga obu.

Avinu Malkeinu. Nasz Ojcze, nasz Królu.


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.