Alice Teodorescu

Demonstracja przed szpitalem Karolinska ( Sztockholm ) nie była tylko kolejną antyżydowską manifestacją. Była próbą sprawdzenia, jak daleko aktywizm może przesunąć granice tego, co szwedzkie instytucje są w stanie zaakceptować.
Do mojej skrzynki na LinkedIn napływa fala surowej, antysemickiej nienawiści. Piszą nauczyciele akademiccy, lekarze, pracownicy samorządowi, inżynierowie, prawnicy, farmaceuci, kelnerzy, sprzedawcy i pracownicy socjalni. To pozornie „zwyczajni” ludzie, którzy żywią żarliwą nienawiść do Żydów. Bezwstydnie podpisują swoje wiadomości imieniem i nazwiskiem oraz tytułem, uważając, że mają prawo do wylewania swoich najmroczniejszych odruchów. Przed 7 października 2023 roku to się nie zdarzało; dziś ma to miejsce codziennie. Temat jest zawsze ten sam: Izrael, Żydzi i „syjoniści”.
Nie jestem Żydówką. Jednak jako gorąca zwolenniczka Izraela i przeciwniczka tego gwałtownego antysemityzmu zastanawiam się, co by się stało, gdybym trafiła do placówki opieki zdrowotnej, restauracji lub gdyby moje dzieci uczestniczyły w zajęciach z personelem wykazującym podobne uprzedzenia. Czy otrzymałabym odpowiednią opiekę? Czy jedzenie byłoby przygotowane z należytą starannością, a moje dzieci traktowane z szacunkiem? Czy mogę liczyć na to, że osoba, z którą się spotykam, postrzega mnie jako pacjentkę, klientkę czy matkę – a nie jako wroga?
Nie jestem jedyną osobą, która zadaje sobie te – w gruncie rzeczy absurdalne, ale niestety już nie hipotetyczne – pytania. Szwedzcy Żydzi, z którymi rozmawiałam w ciągu ponad tysiąca dni, które upłynęły od 7 października, od dawna żywią te same obawy. Boją się wizyty u dentysty, przejazdu Uberem, położenia się na stole operacyjnym. Moja bliska przyjaciółka zastanawia się, czy odważy się nosić gwiazdę Dawida na szyi podczas zbliżającej się mammografii.
Co byś zrobiła? Nie wiem – to szczera odpowiedź.
Jak właściwie należy się zachować – nie dlatego, że boimy się dyskusji, ale dlatego, że boimy się ludzi wokół nas? Co to mówi o nas jako o społeczeństwie, że krok po kroku uczymy uznaną przez państwo mniejszość, iż powinna zachować ostrożność w okazywaniu tego, kim jest?
To właśnie w świetle tych obaw, czerpiąc inspirację z podobnych wydarzeń na świecie (m.in. w Wielkiej Brytanii i Australii), należy postrzegać obrzydliwą demonstrację, która miała miejsce w zeszłym tygodniu przed wejściem do największego szpitala w Szwecji, Nya Karolinska. Miejsce było przesłaniem. Palestyńscy aktywiści, ubrani w regionalne stroje medyczne, postanowili demonstrować w geście poparcia (!) dla lekarza, który działał w szeregach Hamasu i z tego powodu przebywa w izraelskim areszcie. Samo przesłanie było już wystarczająco złe, jednak wybór miejsca sprawił, że manifestacja nabrała znacznie poważniejszego charakteru.
Milczenie lewicowych władz Sztokholmu jest symptomatyczne. Demonstracja w holu Karolinska, podobnie jak te, które co tydzień odbywają się w centrum Sztokholmu, powodując poważne utrudnienia w ruchu i ograniczając swobodę poruszania się mieszkańców, ma przede wszystkim na celu przesunięcie granic tego, co zwykli ludzie – nie sympatyzujący z nazistami z Hamasu – muszą znosić w codziennym życiu.
Nie chodzi zatem o odosobnione incydenty. Skandal w Karolinsce jest wynikiem długiej serii drobnych ustępstw, w wyniku których granice były stopniowo przesuwane. Każde pojedyncze ustępstwo uzasadniano jako „nieistotne”. Razem jednak zmieniły one normę. A suma tysiąca i jednej wymówki ostatecznie prowadzi do kapitulacji.
W przypadku szpitala chodzi o to, że aktywiści w fartuchach i ze stetoskopami świadomie wykorzystali autorytet służby zdrowia, wymagając od współpracowników i pacjentów lojalności wobec własnej sprawy. Nietrudno wyobrazić sobie konsekwencje dla kogoś, kto sprzeciwiłby się byciu rekwizytem w tym moralnie zbankrutowanym spektaklu. Odczuwalne i nieprzyjemne – i o to właśnie chodzi.
Jesteśmy świadkami „idealnej burzy”, w której różne instytucje przez ponad 1000 dni umożliwiały przesuwanie granic: policja, która zezwoliła na demonstracje w samym sercu Sztokholmu mimo antysemickich haseł; SL, które zmieniało rozkłady jazdy; szpitale, które pozwoliły personelowi na noszenie pro-palestyńskich przypinek; media (w tym publiczne), które zezwoliły dziennikarzom na wygłaszanie oświadczeń sprzecznych z wymogami bezstronności; szkoły, które tolerowały nękanie żydowskich uczniów i dostosowywały program nauczania, by nie urazić uczniów muzułmańskich – i tak dalej, ad absurdum.
Fakt, że konsekwencje – o ile w ogóle miały miejsce – ograniczały się głównie do nieudolnych rozmów z osobami celowo podkopującymi zaufanie do pracodawcy, wskazuje na skalę moralnej zgnilizny. Jest to szczególnie dziwne w kraju, w którym dokumenty określające „podstawowe wartości” powstają tak często, a mimo to same te wartości okazały się dziwnie podatne na negocjacje.
Albo ci, którzy powinni stanowczo się sprzeciwić, podzielają te odrażające poglądy wyrażane podczas antysemickich demonstracji, albo po prostu zbyt się boją, by zająć stanowisko. Niezależnie od motywacji, przyczyniają się do normalizacji nienawiści do Żydów.
Wynika z tego, że to, co powinno spotkać się z natychmiastowym i bezwarunkowym potępieniem, zostało znormalizowane. Jedna instytucja po drugiej wycofywała się. Pracodawcy zadowalali się rozmowami, które do niczego nie zobowiązywały. Politycy ważyli każde słowo na złotej wadze. Władze chowały głowę w piasek. Media relatywizowały sytuację. Wszyscy czekali, aż ktoś inny postawi na swoim w kraju, w którym większość woli popełniać błąd razem, niż mieć rację w samotności.
Trudno wyobrazić sobie, by argumenty wysuwane obecnie – z mglistymi odniesieniami do wolności słowa, mające na celu relatywizację powagi sytuacji – znalazły zastosowanie, gdyby chodziło o skinheadów zrzeszonych w NMR. Nikt nie twierdziłby wtedy, że istnieje różnica między tym, czy naziści oddawali się fantazjom o „biologii rasowej” w czasie wolnym. Nikt nie kierowałby pacjentów do innych wejść ani nie zatrudniałby ochroniarzy, aby ułatwić nazistowskim lekarzom organizowanie demonstracji. Nikt nie twierdziłby, że ich przekonania polityczne nie mają znaczenia, o ile tylko wykonują swoją pracę.
Właśnie dlatego to, co się obecnie dzieje, jest tak wyjątkowo niebezpieczne i dlaczego rozwój tej sytuacji jest sprawą ważną dla wszystkich, którym leżą na sercu bezstronne instytucje, wspólnota i przyzwoitość. Od 7 października 2023 r. aktywiści, nierzadko wywodzący się z Bliskiego Wschodu i lojalni wobec tego regionu, wykorzystują szwedzki strach przed konfliktami, by przesuwać granice. To, co uznano za oburzające w dniu pogromu – kiedy kolumny samochodów przejeżdżały przez szwedzkie miasta, a odpalano fajerwerki, by uczcić zbrodnie na izraelskich cywilach – dziś w wielu miejscach spotyka się jedynie wzruszeniem ramion.
Kiedy politycy, w tym ja sama, naukowcy i dziennikarze byliśmy atakowani i zastraszani przez aktywistów palestyńskich, granice tego, co można tolerować, zostały już dawno przekroczone. Reakcja nie była jednak zdecydowana; wręcz przeciwnie, silne siły próbowały przedstawić to jako zbieg okoliczności, kilka „czarnych owiec”, co zasłoniło widok na systematyczność zjawiska.
Jeśli spojrzymy wstecz, staje się oczywiste, że nie znaleźlibyśmy się w tej sytuacji, gdybyśmy od początku powstrzymali ten rozwój: gdy antysemici skandowali przed synagogą w Dzień Pamięci o Holokauście; gdy w Malmö palono izraelskie flagi; gdy przerywano spotkania polityczne i zamykano punkty wyborcze; gdy okupowano kampusy i rozbijano obozy namiotowe; gdy ambasada Izraela została zmuszona do zamknięcia; gdy Targi Książki i Eurowizja zamieniły się w areny antysemickiej mobilizacji.
Kto uważa, że te wydarzenia nie są ze sobą powiązane i nie wynikają ze świadomej strategii przejmowania przestrzeni publicznej poprzez antyspołeczne zachowania dominacyjne, powinien przemyśleć to jeszcze raz. Celem tego – podobnie jak w pozostałej części Zachodu – jest uczynienie przestrzeni publicznej miejscem, w którym przeciwnicy milkną, instytucje ulegają, a ludzie przyzwyczajają się do tego, co jeszcze kilka lat temu uznano by za całkowicie niedopuszczalne.
To właśnie ta normalizacja stanowi prawdziwe zagrożenie. Nie tylko wobec szwedzkich Żydów, ale wobec samej idei otwartego społeczeństwa, w którym instytucje publiczne pozostają politycznie neutralne, a obywatele mogą liczyć na to, że będą traktowani jako obywatele – a nie jako przedstawiciele jakiejś tożsamości czy pochodzenia.
Dlatego nie chodzi tu o Izrael ani o Bliski Wschód. Chodzi o Szwecję i Szwedów. O to, jakie społeczeństwo zamierzamy po sobie pozostawić. Czy instytucje publiczne powinny być lojalne wobec prawa, czy wobec aktywizmu? I czy Żydzi, którzy od pokoleń mieszkają w Szwecji, będą mogli żyć otwarcie, bez konieczności ciągłej oceny ryzyka?
Pewnego dnia młoda dziewczyna, podobna do tej, którą byłam, gdy w latach 90. czytałam broszurę O tym musicie opowiedzieć…, zapyta, dlaczego Szwecja przestała reagować na antysemityzm. Odpowiedź będzie brzmiała: to nie stało się z dnia na dzień. Działo się to demonstracja po demonstracji. Wymówka po wymówce. Milczenie po milczeniu. Instytucja po instytucji.
A kiedy ludzie zaczęli wątpić, czy mogą ufać lekarzowi, nauczycielowi czy urzędnikowi stojącemu przed nimi – tylko dlatego, że byli Żydami lub przeciwnikami antysemityzmu – wtedy szkoda została już wyrządzona. Właśnie w ten sposób demokracje tracą swój kręgosłup: nie poprzez jedną dramatyczną chwilę, ale poprzez tysiące drobnych kapitulacji wobec tego, czemu należało przeciwstawić się bezwarunkowym, zbiorowym „nie”.
Jeśli nawet Karolinska nie jest bezpieczna – to co w ogóle jest?
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

