
Autor: Andrew Fox
Teheran przetrwa bomby, podczas gdy kryzys w Ormuz wykrwawia światową gospodarkę. Trump stoi teraz przed wyborem: upokarzające porozumienie, pełna zmiana reżimu albo katastrofa nuklearna.
Doniesienia o kolejnym otwarciu dyplomatycznym jedynie maskują pułapkę. Mediatorzy zaproponowali dziesięciodniowe zawieszenie broni, aby odblokować cieśninę Ormuz i uratować czerwcowe memorandum. Teheran kategorycznie odrzuca te rewelacje, choć sam Trump przyznaje, że Iran „nie jest jeszcze gotowy” na układ. Po trzynastu nocach nalotów prezydent USA wstrzymał bombardowania, by dać szansę dyplomacji. Choć wygląda to na swobodę manewru, pętla wokół jego szyi zaciska się coraz mocniej.
Trump traktuje dyplomację czysto transakcyjnie: odpowiednia presja militarna ma obniżyć cenę i przynieść podpis, który będzie mógł ogłosić jako swój sukces. Teheran działa jednak w zupełnie innej rejestrze – przetrwania, wymuszenia i rewolucyjnego prestiżu. Dla irańskiego reżimu każde porozumienie jest jedynie zapisem tego, kto kogo złamał. Ugoda, która osłabiłaby Iran bardziej niż przed wojną, byłaby przyznaniem, że amerykańskie naloty przyniosły skutek. Władze w Teheranie wolą więc przyjąć na siebie kolejne uderzenia, niż podpisać taki dokument.
Czerwcowe memorandum oferowało zwolnienia z sankcji na ropę, odblokowanie aktywów, ochronę przed nowymi obostrzeniami oraz fundusz odbudowy o wartości co najmniej 300 miliardów dolarów. 22 czerwca Departament Skarbu USA wydał licencję generalną (General License X), po czym cofnął ją już 7 lipca – w reakcji na irańskie ataki na żeglugę. Waszyngton twierdzi, że to Teheran pierwszy złamał warunki; niemniej w czasie tego krótkiego otwarcia Iran zdołał wyeksportować ropę o wartości od 5 do 6 miliardów dolarów. Banki, ubezpieczyciele i irańscy urzędnicy odebrali czytelną lekcję: amerykańskie ustępstwa mogą zniknąć z dnia na dzień. Dziś Trump grozi wręcz konfiskatą zamrożonych aktywów Iranu, by zrekompensować straty w żegludze. Oferowanie po raz kolejny tych samych obietnic na papierze jest kompletnie niewiarygodne.
Kolejne fale bombardowań nie odbudują amerykańskiej wiarygodności ani nie zmienią postrzegania władzy przez reżim. Trzynaście nocy nalotów osłabiło Iran, ale nie odebrało mu kontroli nad cieśniną Ormuz. Lotnictwo może niszczyć kwatery główne, magazyny rakiet i infrastrukturę energetyczną, ale nie zmusi rewolucyjnego państwa do oddania karty przetargowej, na której opiera ono swoje przetrwanie. Każdy atak utwierdza Teheran w przekonaniu, że ocalić go mogą jedynie siła i nieodwracalne gwarancje.
Iran dysponuje również bronią, której Trump nie jest w stanie zniszczyć nalotami – czasem. Przez cieśninę Ormuz przepływa zazwyczaj około 20 milionów baryłek ropy dziennie. Globalne zapasy co prawda zaabsorbowały pierwszy szok, ale poduszka finansowa szybko się kurczy. Choć 21 lipca kraje członkowskie Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) wciąż dysponowały ponad miliardem baryłek rezerw strategicznych, całkowite wyczerpanie zapasów wcale nie jest konieczne, by wywołać kryzys. Wykupowanie paliw na zapas, paraliż rynku ubezpieczeń i panika na rynku produktów rafinowanych pojawią się znacznie wcześniej. Bank Światowy ostrzega, że przedłużająca się eskalacja może obniżyć globalny wzrost gospodarczy do 1,3% i wywołać inflację na poziomie 4,5%. Teheran stawia na to, że gospodarcza wytrzymałość Zachodu pęknie jako pierwsza.
Ta determinacja ekonomiczna sprawia, że Trump ma do wyboru tylko dwa realne wyjścia – oba fatalne.
Pierwszym jest zaoferowanie Iranowi warunków korzystniejszych niż w czerwcowym memorandum. Teheran zażąda ustępstw, których amerykański prezydent nie będzie mógł cofnąć jednym kaprysem: ogromnych kwot płatnych z góry, sfinansowania odbudowy lub odszkodowań, trwałego zniesienia sankcji, wiążących gwarancji chroniących przed kolejnym atakiem USA lub Izraela, a być może także faktycznej kontroli nad cieśniną Ormuz lub uznania prawa do zarządzania ruchem i pobierania opłat. Takie warunki oznaczałyby nagrodzenie agresywnej polityki i sygnał o kapitulacji Ameryki. Może się jednak okazać, że to najtańsze wyjście z sytuacji.
Drugą opcją jest pełna zmiana reżimu. Wymaga to jednak czegoś więcej niż kolejnego tygodnia nalotów. Oznacza konieczność rozbicia aparatu represji, zabezpieczenia obiektów nuklearnych, odblokowania cieśniny, zapobieżenia wojnie domowej i zbudowania nowego rządu w ogromnym, uzbrojonym i zatrwożonym kraju. Brak jakiegokolwiek wiarygodnego planu operacyjnego, mimo krążących pogłosek o misjach samobójczych mających na celu przejęcie materiałów rozszczepialnych lub wysp w cieśninie Ormuz. Na samym końcu tej drabiny eskalacyjnej pozostaje użycie amerykańskiej broni jądrowej, która miałaby wstrząsnąć Iranem i zmusić go do kapitulacji. Jej użycie przyniosłoby jednak masową śmierć, opad promieniotwórczy, odwet i całkowity upadek ładu o nieprzestrzenianiu broni jądrowej – nie gwarantując przy tym ani otwarcia cieśniny, ani stabilności w regionie.
Trump może dojść do wniosku, że tylko broń jądrowa jest w stanie zniszczyć irański reżim. Gorzka ironia polega na tym, że jego wojna dała Teheranowi dokładnie odwrotną lekcję: tylko broń jądrowa może go ocalić. Dla Iranu bomba stała się polisą na życie reżimu w starciu z Waszyngtonem – wykraczającą daleko poza pierwotne założenie, że ma to być jedynie straszak na Izrael. Należy się spodziewać, że w następstwie tej nieudanej amerykańskiej przygody wojskowej Iran zrobi wszystko, by jak najszybciej uzyskać status mocarstwa jądrowego.
Rzekomy „trzeci wariant” – obejmujący punktowe naloty, pauzy i łudzenie się, że Teheran w końcu pójdzie na rozum – jest ślepą uliczką. Ograniczone bombardowania pozostawiają w rękach Iranu decydującą kartę przetargową, podczas gdy koszty po stronie USA rosną. Wycofanie się pozwoli Teheranowi ogłosić zwycięstwo i umocnić pozycję w cieśninie Ormuz. Z kolei polityka powstrzymywania jedynie przeciąga kryzys, narażając rynki ropy i lokalne bazy wojskowe na stałe niebezpieczeństwo.
Trump rozpoczął tę wojnę bez jasnego celu politycznego i bez ścieżki do jego osiągnięcia. Wierzył, że presja militarna zmusi przeciwnika do ustępstw. Zamiast tego zniszczył wiarygodność wcześniej złożonej oferty i drastycznie podniósł cenę ewentualnego kompromisu. Teheran może teraz dyktować twarde warunki pokojowe, jednocześnie przygotowując się do wojny na większą skalę. Trump musi wybierać między ugodą, której nie będzie mógł nazwać zwycięstwem, a eskalacją, nad którą nie ma żadnej kontroli. Wpadł w pułapkę, którą sam na siebie zastawił. Wracamy tu do myśli Sun Tzu: „Taktyka bez strategii to jedynie hałas przed nieuchronną klęską”
Iran ma Trumpa dokładnie tam, gdzie chciał
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

