Złota Pigułka

Byłem młodym człowiekiem dorastającym w Ameryce, gdy ataki z 11 września 2001 roku wywróciły świat do góry nogami.
Niedawno ukończyłem kurs feministyczny, podczas którego omawialiśmy sytuację talibów i los kobiet w Afganistanie – działo się to w czasach, zanim relatywizm kulturowy zdusił rzetelną dyskusję. Dzięki tej wiedzy nie dałem się całkowicie ponieść emocjom, gdy cel naszej zemsty szybko skierował się na Afganistan. Mimo świadomości brutalnych realiów teokratycznych rządów islamskich – zwłaszcza wobec kobiet i dziewcząt – nie byłem jednak odporny na sugestie, że w jakiś sposób zasłużyliśmy na atak tej skali. Sugerowano, że napastnicy działali w imieniu ofiar naszej polityki zagranicznej i że w świecie, w którym kamienuje się kobiety, istnieje „uzasadnione roszczenie” do ucisku lub słusznego żalu po stronie tych, którzy rzucali kamieniami.
Kilka miesięcy po 11 września wdałem się w kłótnię z krewnym. Upierałem się, że moje pokolenie płaci za nieudaną politykę Ameryki i że w jakiś sposób sami sprowadziliśmy na siebie ten atak. Choć nie potrafiłem logicznie uzasadnić swoich racji, powtarzałem pogłoski krążące po moim liberalnym kampusie, traktując je z niezasłużoną pewnością. Krewny wytknął mi niewiedzę, co sprawiło, że wybiegłem z pokoju zapłakany i wściekły.
Dobrze, że nie musimy pozostawać w intelektualnych ograniczeniach naszych młodych, podatnych na wpływy umysłów. Uczenie się przez całe życie pozwala nam spojrzeć wstecz na siebie z młodości i z dystansem ocenić własną naiwność.
Pomimo nieustannego skupienia na definiowaniu i demaskowaniu ruchu neodżihadystycznego, który rozgorzał na zachodniej lewicy i globalizuje intifadę od 7 października 2023 roku, wciąż odczuwam pewną dozę współczucia wobec młodego pokolenia. Pamiętam, jak moralne zagubienie wdziera się do serc, zwłaszcza w środowisku akademickim, oraz mechanizm tłumienia wątpliwości w imię ideologicznej pewności. Po rozmowach z ludźmi, którzy opuścili ruchy radykalne, wierzę w naszą zdolność do zerwania z ekstremizmem.
Rozumiem teraz, dlaczego neodżihadystyczne tłumy, machające transparentami z napisem „Chwała naszym męczennikom” i skandujące hasła wzywające do arabskiej dominacji między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym, tak długo unikały krytyki. Nie możemy ignorować faktu, że elity, od których zależy przemyślana debata publiczna, zostały przeniknięte przez gloryfikatorów męczeństwa. To pokolenie aktywistów awansowało na wyższe szczeble najbardziej prestiżowych instytucji akademickich, mediów, polityki, organizacji praw człowieka oraz świata kultury. Z tych pozycji promują dżihadystyczny islam, czyniąc z tej ideologii synonim rewolucji i dekolonizacji. Ponieważ nadaliśmy tym instytucjom ogromną legitymację, wszystko, co z nich emanuje, cieszy się „efektem aureoli”. Gdy brakuje z ich strony rzetelnej krytyki, zbyt wielu uważa, że po prostu nie ma czego krytykować. To mechanizm maskujący, który uczynił całą formację polityczną nietykalną.
Jednocześnie w grę wchodzi coś głębszego. Świat zachodni, który przeszedł przez serię wstrząsów – od World Trade Center, przez londyńskie metro, po Bataclan – nigdy nie poznał i nie zmierzył się z samą doktryną dżihadu. W miesiącach po 11 września wmawiano nam, że islam jest religią pokoju, a wszelka przemoc w jego imię to terroryzm dokonywany przez radykalny margines.
Już wtedy było jasne, że teza George’a W. Busha, iż walczymy jedynie z „terrorystami nienawidzącymi nas za nasze wolności”, była nadmiernym uproszczeniem obcego światopoglądu, który pojawił się u naszych drzwi. W czasach, gdy Zachód potrzebował zrozumieć radykałów, którzy znali nas lepiej niż my ich, nasi przywódcy woleli spłycać tę doktrynę VII wieku dla opinii publicznej uznanej za zbyt straumatyzowaną, by podjąć wysiłek edukacyjny. Dziś, ćwierć wieku później, wciąż płacimy cenę poznawczą za „wojnę z terroryzmem” prowadzoną w ten sposób.
Raport Departamentu Stanu USA z 2001 roku („Globalna wojna z terroryzmem”) ani razu nie wspomina słowa „dżihad”. Oświadczenia Tony’ego Blaira czy Davida Camerona po atakach w Londynie czy Paryżu również unikały nazwania doktrynalnych podstaw zagrożenia, skupiając się na terminie „terroryści”.
Może się to wydawać czepianiem się semantyki, ale słowa mają kluczowe znaczenie. Wybór eufemizmów utrudnia zrozumienie rzeczywistości – skutecznie zawiązaliśmy sobie opaskę na oczach. Wszyscy mamy dostęp do globalnej wiedzy, a jednak pozostajemy ślepi na to, na co nie chcemy patrzeć.
Między 1979 a kwietniem 2024 roku odnotowano 66 872 ataki dżihadystyczne, w których zginęło prawie ćwierć miliona osób. Większość tych ataków miała miejsce w świecie muzułmańskim – w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Azji Południowej. Oznacza to, że największymi ofiarami dżihadu są ci sami ludzie, z którymi zachodni zwolennicy Hamasu deklarują solidarność.
Sam Harris przypomniał niedawno, jak brzmi odrzucenie eufemizmów: „Dżihadyści to w istocie naziści, którzy są pewni Raju”. Takie postawienie sprawy spotyka się z oskarżeniami o „islamofobię”, ale antydżihadyzm nią nie jest – zwłaszcza gdy pamiętamy, ilu muzułmanów cierpi z rąk dżihadystów. Strach nie jest irracjonalny.
Dżihad, oznaczający „dążenie” lub „walkę”, jest fundamentem teologii islamskiej. Choć istnieją różne interpretacje (w tym duchowy „Wielki Dżihad”), dżihadyzm jako ideologia polityczna opowiada się za użyciem siły w celu ustanowienia szariatu. Dżihad cywilizacyjny, rozwijany m.in. przez Bractwo Muzułmańskie, to strategia przenikania struktur Zachodu od wewnątrz – przez edukację, biznes, politykę i kulturę – w celu „eliminacji zachodniej cywilizacji”. Przykładem jest miliardowe inwestowanie przez Katar w zachodnie instytucje, co buduje sojusz skrajnej lewicy z islamistami.
Jak zauważył Karl Popper, nieograniczona tolerancja musi prowadzić do jej zaniku. Jeśli nie będziemy bronić tolerancyjnego społeczeństwa przed naporem nietolerancji, tolerancja zostanie zniszczona.
Błędem Zachodu było inwestowanie w nieudane kampanie zbrojne na obczyźnie, przy jednoczesnym pozwoleniu, by nasze media i uczelnie wypełniały się antyzachodnią wywrotowością. Jeśli cokolwiek pokazały ostatnie lata, to fakt, że przegrana w wojnie informacyjnej oznacza przegraną w ogóle. Dżihadyzm wygrywa na polu naszych ślepych punktów.
Czas nazwać rzeczy po imieniu. Antydżihadyzm w 2026 roku nie jest przejawem nietolerancji, lecz niezbędnym stanowiskiem w obronie wolności. W obliczu nowej fali polityków przenikających do struktur państwowych, polityczna intifada trwa w najlepsze. Żyjemy w długim cieniu naszej nieumiejętności zrozumienia świata, którego nie chcieliśmy poznać.
Dżihadyzm: Czas na długo oczekiwaną rozmowę
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Absolutnie trafna analiza.