
Bob Goldberg
Dlaczego Vance, Khanna i Emanuel nie zgadzają się w niemal żadnej kwestii — z wyjątkiem obarczania winą Izraela
W tym samym tygodniu, w którym irańskie siły zaatakowały statki handlowe i zagroziły amerykańskim obiektom, wysokiej rangi urzędnik USA prowadzący negocjacje z Teheranem skierował swoje publiczne oburzenie w stronę Izraela. Wiceprezydent JD Vance oskarżył część izraelskiego rządu o finansowanie kampanii przeciwko jego memorandum w sprawie Iranu, twierdząc, że wie o tym „bez cienia wątpliwości”.
Dowody nie uzasadniają takiej pewności. Raport magazynu „Time” w żadnym momencie nie potwierdza, jakoby Izrael zamierzał sabotować dyplomację Vance’a. Opisuje on zarejestrowany projekt komunikacyjny, którego deklarowanym celem było zapobieżenie odwróceniu się młodych konserwatystów od Izraela – była to kampania wizerunkowa, a nie operacja wymierzona w zawieszenie broni. Twierdzenie, że projekt ten powstał „w celu zniweczenia negocjacji” i przedłużenia wojny, jest wyłącznie interpretacją Vance’a, a nie wnioskiem płynącym z reportażu. „Time” poinformował o istnieniu proizraelskich komunikatów, jednak nie wykazał, że za postami atakującymi Vance’a stały izraelskie fundusze.
To jednak nie ma znaczenia. Podejrzenie stało się insynuacją, a insynuacja – nagłówkiem. Wiceprezydent przekształcił ten nagłówek w oficjalny zarzut, podczas gdy Centralne Dowództwo USA poinformowało, że w tym tygodniu Iran zaatakował siedem statków handlowych, w wyniku czego zginęli lub zaginęli członkowie załóg. Iran atakuje, a Izrael otrzymuje pouczenia. Iran tworzy sojusze, a Izrael oskarża się o przedłużanie konfliktu. Ten schemat jest ponadpartyjny: Ro Khanna z postępowej lewicy, Rahm Emanuel z establishmentu Demokratów, Vance z nacjonalistycznej prawicy – wszyscy mają szczegółowe plany wywierania presji na Jerozolimę, ale nikt nie posiada porównywalnej strategii wobec Iranu, Hezbollahu, Hamasu czy milicji z Teheranu.
Stara teologia stojąca za dzisiejszym szaleństwem antyizraelskim
Antyjudaizm nie powstał jako socjologiczne twierdzenie dotyczące zachowań realnych ludzi. Zaczęło się od broni teologicznej. W wyobraźni chrześcijańskiej, a później muzułmańskiej, „judaizm” oznaczał wszystko, co wypacza objawienie: uparty literalizm, materializm, legalizm, odrzucenie „nowej prawdy”. „Żyd” stał się symbolem – wygodnym narzędziem do opisu wszystkiego, co zagraża czystości i stabilności systemu.
Kiedy już stworzy się taki symbol, nie potrzeba żydowskiego postępowania, by go podtrzymać – wystarczą kryzysy. Oskarżenia przeczą sobie nawzajem bez cienia zażenowania: Żydów potępia się jako ludzi bez korzeni i klanowych, kapitalistów i komunistów, dekadentów i purytanów, bezradne pasożyty i wszechmocnych manipulatorów. Treść ulega zmianom, funkcja pozostaje ta sama. Nieporządek przypisuje się „żydowskiej zasadzie zepsucia”, a oczyszczenie obiecuje się poprzez jej upokorzenie lub wykluczenie.
Izrael jest najnowszym nośnikiem tej idei. Państwo żydowskie traktuje się tak, jakby uosabiało „żydowską potęgę”: marginalne pod względem materialnym, a jednak sprawujące rzekomą totalną kontrolę; zależne od amerykańskiego wsparcia, a jednocześnie potajemnie sterujące polityką USA. Dlatego właśnie zarzut izraelskiej dywersji tak łatwo krąży w całym spektrum politycznym. W populistycznej prawicy przybiera formę oskarżenia o „podwójną lojalność”: syjoniści i „globaliści” wciągają Amerykę w niekończące się wojny. W niektórych kręgach lewicy ta sama struktura powraca w innym słowniku: „państwo-klient apartheidu” przejmuje kontrolę nad polityką USA, korumpuje Kongres, blokuje szlachetny projekt antyimperialistyczny. Hasła się różnią, historia pozostaje identyczna.
Ideologia, broń i sojusznicy Iranu są traktowani jak zjawiska pogodowe – godne ubolewania, ale naturalne siły, które należy zaakceptować jako fakt. Izrael natomiast traktuje się jako podmiot posiadający sprawczość, którego decyzje muszą tłumaczyć całą regionalną burzę. Gdy ta asymetria zostanie zaakceptowana, Izrael staje się uniwersalnym wyjaśnieniem wszystkich amerykańskich bolączek. Przegrane wojny? „Lobby izraelskie”. Nadmierne budżety obronne? „Izraelskie priorytety”. Polaryzacja i upadek w kraju? „Wpływy syjonistyczne”.
Chrześcijański nacjonalista, antyimperialistyczny naukowiec i izolacjonistyczny paleokonserwatysta nie są w stanie zgodzić się niemal w żadnej sprawie, a jednak zbiegają się w przekonaniu, że to Izrael jest ukrytą, złowrogą siłą.
Izrael pełni obecnie dwie ofiarne role. Jest ofiarą przebłagalną, przejmującą winę za europejski kolonializm, mimo że zbudowali go w dużej mierze uchodźcy, którzy uciekli przed tym systemem. Jest też kozłem ofiarnym, wyrzucanym z instytucji, aby otaczające go społeczeństwa mogły wyobrażać sobie, że zostały oczyszczone. René Girard pokazał, w jaki sposób społeczności zachowują spójność, skupiając konflikt na jednej ofierze, której wykluczenie wydaje się przywracać porządek. Ustępstwa nigdy nie zadowalają najbardziej zagorzałych oskarżycieli Izraela, ponieważ dotyczą one postępowania, podczas gdy oskarżenie uderza w samo istnienie. Kozioł ofiarny nie może zachowywać się w sposób pozwalający mu wyrwać się z tej roli.
Fantomowa większość
Wycofywanie poparcia dla Izraela jest coraz częściej uzasadniane jako posłuszeństwo wobec „opinii publicznej”. Jednak opinia publiczna w sieci jest obecnie fabrykowana. Boty, farmy trolli i sztuczne tożsamości mogą sprawić, że pogląd wydaje się wszechobecny, zanim poprze go jakakolwiek autentyczna większość. Mechanizm ten nie musi przekonywać ludzi, że twierdzenie jest prawdziwe; musi jedynie wmówić im, że „wszyscy inni w to wierzą”. Dziennikarze dostrzegają wykreowaną wrogość i donoszą o zmianie nastrojów. Politycy zmieniają stanowisko. Instytucje dostosowują się. To nie jest demokracja, lecz algorytmiczny populizm mylący treści w mediach społecznościowych z prawdziwą opinią publiczną.
To, co kształtuje się w amerykańskiej polityce, nie jest polityką wobec Izraela. To antysyjonizm zorganizowany wokół Izraela, który nie istnieje – wymyślonego kraju złożonego z kolonialnego poczucia winy, dekolonialnego słownictwa i algorytmicznego wzmocnienia, wykorzystywanego do wyjaśnienia Ameryce jej własnych problemów. Prawdziwy Izrael, broniący się przed irańską osią, która zbudowała infrastrukturę oblężniczą, za którą obecnie obwinia się Jerozolimę, jest tu niemal przypadkowy.
Lepsze fakty wrzucane do strumienia wiadomości tego nie naprawią. Lepsze fakty skierowane przeciwko samemu mechanizmowi – być może tak. Średniowieczni lekarze wiedzieli, że zwłoki nie krwawią tylko dlatego, że zabójca stoi obok – teoria ta skazała Żydów z Trydentu. Istniało jej obalenie, ale oszczerstwo przetrwało, ponieważ nikt nie skorygował tego, w co miasto wierzyło, że wierzą jego sąsiedzi. Dowody nie miały gdzie się przyjąć. Panika już przekonała wątpiących, że są osamotnieni.
To właśnie ten mechanizm warto teraz zaatakować. Wyborcy republikańskich prawyborów popierają Izrael z ogromną przewagą. „Konsensus w sprawie ludobójstwa” wywodzi się z kampanii propagandowej, a nie z autentycznego przekonania. Większość Amerykanów już podejrzewa, że ich kanały informacyjne nie odzwierciedlają prawdziwej opinii. Nie przekona to osób o skrajnych przekonaniach, ale nie ma takiej potrzeby. Trzeba dotrzeć do osób, które zamilkły, bo czują się w mniejszości, i pokazać im, że wyniki zostały sfałszowane. Przerwanie spirali milczenia nie oznacza wygrania sporu, lecz obalenie iluzji: nie „myślisz błędnie”, ale „nigdy nie byłeś sam”.
Izrael przetrwał każdy konsensus ekspertów, który skazywał go na zagładę. W 1948 roku George Marshall – najbardziej odznaczony żołnierz i mąż stanu w Waszyngtonie – powiedział Trumanowi, że nowe państwo zostanie zaatakowane ze wszystkich stron i nie ma ani sił, ani broni, by przetrwać. Prawie cały Departament Stanu się z tym zgodził. Mylili się, całkowicie. Od tamtej pory Izrael wciąż okazuje się „w błędzie” w oczach ekspertów – przez wojnę Jom Kippur, drugą intifadę, 7 października – i pozostanie w błędzie dla Vance’a, Khanny, Emanuela oraz każdego, kto odziedziczy ich pewność siebie.
Samo przetrwanie nie znosi jednak ofiary za grzechy. Kozioł ofiarny, który wciąż żyje, po prostu zostaje ponownie oskarżony z innych powodów, przez inną koalicję. W tej roli nigdy nie chodziło o postępowanie Izraela, lecz o to, czego oskarżanie Izraela pozwala innym uniknąć: konfrontacji z samymi sobą. Ktoś wreszcie musi powiedzieć, że oskarżenie jest fałszywe, a nie tylko, że cel oskarżeń przetrwał.
Różnica polega na tym, że mechanizm izolujący Izrael jest dziś widoczny i można go nazwać w trakcie działania. Nikt w Trydencie nie był w stanie wskazać botów.
Vance wskazuje na nagłówek, którego treść nigdy nie znalazła potwierdzenia w reportażu. Khanna wskazuje na tezę o „apartheidzie” opartą na sondażach i działaniach rzeczniczych, a nie na przekonaniach większości. Emanuel wskazuje na nastroje elit, których jego własny elektorat nigdy nie domagał się. Każdy z nich myli zasiany trend ze żniwami. W przeciwieństwie do Marshalla, ich pewność nie jest nawet błędnym odczytaniem rzeczywistych warunków. Jest to błędne odczytanie sytuacji sfabrykowanej.
Każda poprzednia wersja tego oszczerstwa musiała być przeżywana przez pokolenia. Tę można złapać już w pierwszym szkicu. Izrael nie potrzebuje ratunku przed Iranem ani przed tą wojną; przetrwał już gorsze rzeczy. Potrzebuje natomiast, by ci, którzy wiedzą lepiej niż Vance, Khanna i Emanuel, powiedzieli to głośno – nie po to, by bronić wszystkiego, co robi Izrael, ale by odrzucić werdykt, że to właśnie on wyjaśnia wszystko, co jest nie tak z Ameryką.
Większość Amerykanów już prywatnie w to wierzy. Pozostaje tylko jedno: powiedzieć to głośno. Oszczerstwo przechwycone w trakcie powstawania nie przetrwa pięciu stuleci. Zostaje zdemaskowane w świetle dziennym – zanim stanie się historią i zanim trzech ambitnych mężczyzn zostanie zapamiętanych jako jego autorzy, a nie jako przypisy.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

