
Joshua Hoffman
Przez większość historii Żydów państwo Izrael nie było czymś, co mogli oni brać za pewnik. Było czymś, co ledwo potrafili sobie wyobrazić.
Żydzi mówili o Jerozolimie, mieszkając w Bagdadzie, Warszawie, Fezie, Teheranie, Nowym Jorku i Buenos Aires. Zwracali się w jej stronę podczas modlitwy. Wspominali o jej odbudowie w trakcie uroczystości ślubnych. Kończyli sedery paschalne obietnicą powrotu do niej. Co roku pościli, opłakując jej zniszczenie.
Całe pokolenia Żydów żyły i umierały, nigdy nie widziawszy ziemi, za którą tęskniły. A potem, w sposób niemal niemożliwy, państwo żydowskie powróciło.
Dziś Izrael to miasta, uniwersytety, autostrady, giganci technologiczni, plaże, drużyny sportowe, wybory, korki uliczne, programy telewizyjne, celebryci, restauracje i spory o ceny artykułów spożywczych.
Pod wieloma względami stał się czymś zwyczajnym. Ta normalność jest jednym z największych osiągnięć syjonizmu — ale może być również jednym z jego największych zagrożeń. Gdy bowiem coś staje się codziennością, ludzie zaczynają zakładać, że jest dane na zawsze.
Wielu Żydów w Izraelu i w całej diasporze traktuje dziś Izrael jako coś oczywistego. Niekoniecznie dlatego, że im na nim nie zależy, ale dlatego, że nigdy nie znali świata bez niego. Izrael po prostu jest. Jest zaznaczony na mapach. Codziennie lądują i startują tam samoloty. Jego rząd sprawuje władzę, sportowcy rywalizują pod państwową flagą, żołnierze chronią granic, a technologia napędza wiele dziedzin współczesnego świata.
Państwo żydowskie może zacząć wydawać się czymś naturalnym, a nie jednym z najbardziej nieprawdopodobnych osiągnięć w historii ludzkości. Żydowskie święto Tisza be-Aw (dziewiąty dzień hebrajskiego miesiąca Aw), które dziś obchodzimy, ma na celu zburzenie tej iluzji.
Każdego roku Żydzi siadają na podłodze i opłakują zniszczenie Jerozolimy. Czytamy Księgę Lamentacji i wspominamy miasto, które niegdyś wydawało się wieczne, Świątynię, która wydawała się niezniszczalna, oraz społeczeństwo, które nie potrafiło sobie wyobrazić utraty wszystkiego, co zbudowało. Tisza be-Aw to nie tylko dzień poświęcony wydarzeniom sprzed dwóch tysięcy lat. To ostrzeżenie przed historyczną pychą.
Przypomina nam, że żydowska suwerenność istniała już wcześniej. I już wcześniej zniknęła.
Naród żydowski miał już kiedyś stolicę, rząd, armię, kapłaństwo, instytucje polityczne oraz centrum duchowe w Jerozolimie. Żydzi nie zawsze byli wygnańcami marzącymi o powrocie. Niegdyś byli suwerennym narodem żyjącym na własnej ziemi. Aż do momentu, gdy przestali nim być.
Świątynie nie zostały zniszczone dlatego, że Żydom nie udało się niczego zbudować. Zostały zniszczone po tym, jak stworzyli coś niezwykłego. I właśnie o to chodzi: cywilizacje rzadko wierzą w swoją kruchość, gdy kwitną. Instytucje rzadko wyobrażają sobie własny upadek. Ludzie żyjący w konkretnym momencie historii zakładają, że otaczający ich świat będzie trwał, bo trwał do tej pory.
Zniszczenie Jerozolimy nie było jedynie utratą budynku. Było upadkiem całego żydowskiego świata. Dlatego Tisza be-Aw pozostaje niezbędne nawet po utworzeniu Izraela — a może w szczególności po jego utworzeniu. Naród bez państwa potrzebuje pamięci, by zachować nadzieję. Naród suwerenny potrzebuje pamięci, by nie popaść w samozadowolenie.
Dla Żydów na wygnaniu pamięć podtrzymywała Jerozolimę przy życiu. Dla Żydów sprawujących władzę pamięć musi być źródłem pokory.
Istnieje pokusa, by sądzić, że potęga militarna Izraela, jego sukces gospodarczy i wpływy międzynarodowe czynią go fundamentalnie różnym od kruchych społeczności żydowskich z przeszłości. Pod wieloma względami tak właśnie jest.
Izrael nie jest bezsilną mniejszością błagającą obcego władcę o ochronę. Jest suwerennym państwem zdolnym do samoobrony. Ta różnica ma kluczowe znaczenie — to różnica między historią Żydów całkowicie reżyserowaną przez innych a narodem posiadającym sprawczość i wpływ na własną przyszłość.
Jednak siła Żydów nigdy nie powinna przerodzić się w historyczną amnezję. Istnienie Izraela nie jest zagwarantowane przez historię. W rzeczywistości historia niczego nie gwarantuje. Państwa trwają, ponieważ ludzie je chronią, umacniają, poświęcają się dla nich i rozumieją, co mogliby bez nich stracić. Niebezpieczeństwo kryje się nie tylko w tym, że wrogowie Izraela mogą nie doceniać jego siły, ale w tym, że sami Żydzi przestaną doceniać jego znaczenie.

Upadek starożytnej Jerozolimy na obrazie z XIX wieku (zdjęcie: Wikipedia)
Dla wielu Izraelczyków ich kraj może stać się po prostu miejscem urodzenia. Język hebrajski, kalendarz żydowski, instytucje państwowe i żydowska większość wydają się im czymś oczywistym, bo towarzyszyły im od zawsze. Młodzi Izraelczycy mogą dorastać w poczuciu frustracji z powodu decyzji rządu, kosztów życia, establishmentu religijnego czy świeckiego, korków, biurokracji i niekończących się sporów politycznych — nie zdając sobie w pełni sprawy z tego, jak wyjątkowe z historycznego punktu widzenia jest ich zwyczajne życie.
Mogą mówić po hebrajsku, nie zastanawiając się nad tym, że przez wieki był to głównie język modlitwy i pism religijnych, a nie znaków drogowych, poezji miłosnej, programów satyrycznych czy kłótni z taksówkarzami. Mogą narzekać na własne państwo, zapominając, że pokolenia Żydów nie miały państwa, na które mogłyby narzekać. Mogą wyjechać z Izraela w przekonaniu, że to po prostu jeden z wielu krajów, nie dostrzegając, że każdy inny kraj jest ostatecznie czyjąś inną ojczyzną.
Nie oznacza to, że Izraelczycy mają bezmyślnie podziwiać każdy rząd czy akceptować każdą politykę. Traktowanie Izraela na poważnie nie wymaga politycznego posłuszeństwa. Państwo godne żydowskiej pamięci musi być również godne żydowskiej debaty.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między krytykowaniem Izraela z poczucia odpowiedzialności za niego a lekceważeniem go z założenia, że będzie trwał zawsze. Jest różnica między domaganiem się, by państwo żydowskie stawało się lepsze, a zapominaniem, czym w ogóle dla narodu żydowskiego jest posiadanie własnego domu.
Żydzi z diaspory zmagają się z inną wersją tego samego problemu. Izrael może stać się dla nich jedynie celem wakacji, letnim obozem, kwestią polityczną lub sporadycznym kryzysem z nagłówków gazet.
Niektórzy Żydzi w diasporze postrzegają Izrael wyłącznie przez pryzmat strachu. Myślą o nim, gdy spadają rakiety, wybuchają wojny, przetrzymywani są zakładnicy lub nasila się antysemityzm. Inni patrzą na niego tylko przez pryzmat ideologii. Izrael staje się dla nich testem czystości poglądów: czymś, czego należy bezwarunkowo bronić, co trzeba potępiać, od czego należy się zdystansować albo co służy jako argument w sporach z innymi Żydami.
Ale Izrael to nie tylko sprawa do poparcia. To nie projekt charytatywny ani debata z zakresu polityki zagranicznej. To odrodzenie żydowskiego życia w miejscu, z którego zostało ono drastycznie wyrwane.
Żydzi nie muszą mieszkać w Izraelu, by to rozumieć, ale ci, którzy nie dostrzegają związku między własną tożsamością a istnieniem Izraela, zapomnieli o czymś fundamentalnym. Przez dwa tysiące lat Żydzi nie pielęgnowali pamięci o Jerozolimie po to, by ich potomkowie traktowali ją dziś jako spór dotyczący kogoś innego. Nie umieścili tęsknoty za Syjonem w sercu swoich modlitw po to, by przyszłe pokolenia widziały w nim jedynie opcjonalny temat dyskusji politycznych.
Tisza be-Aw ujawnia głębię tej więzi. Naród nie opłakuje zniszczenia obcego miasta co roku przez dwa tysiąclecia. Nie zwraca się ku niemu podczas modlitwy. Nie tłucze kieliszka na ślubie, by o nim pamiętać. Nie obiecuje sobie powrotu z pokolenia na pokolenie.
Trud kultywowania Tisza be-Aw jest jednym z najwyraźniejszych dowodów na to, że więź Żydów z Izraelem nie została sztucznie wymyślona przez współczesny syjonizm. Syjonizm przekształcił starożytną pamięć we współczesny czyn polityczny. Państwo żydowskie powstało, ponieważ żydowska pamięć nie dała się uśmiercić. Teraz państwo to musi zadbać o to, by ta pamięć nie zgasła w warunkach wolności.
Izrael nie może zakładać, że sama suwerenność wystarczy do podtrzymania żydowskiej tożsamości. Żydowska flaga, armia i większość demograficzna nie tworzą automatycznie społeczeństwa, które rozumie własną historię. Izrael może stać się fizycznie żydowski, jednocześnie tracąc historyczną świadomość. Może zachować potęgę, zapominając, dlaczego stała się ona konieczna.
Może uczyć o zwycięstwach militarnych, pomijając wieki wcześniejszej bezbronności. Może świętować niepodległość, nie wyjaśniając dawnej zależności — losu zdanego na łaskę królów, rządów, Kościołów, lokalnych władców i tłumów, które w każdej chwili mogły cofnąć swoją ochronę.
Państwo żydowskie wyprane z pamięci ryzykuje, że stanie się jedynie kolejnym krajem nad Morzem Śródziemnym, w którym po prostu mówi się po hebrajsku. Jego obywatele mogą wiedzieć, jak funkcjonują instytucje, nie rozumiejąc, dlaczego mają one głęboki sens. Tisza be-Aw chroni żydowską niepodległość przed powierzchownością. Zmusza suwerenny naród do przypomnienia sobie, ile kosztuje wolność — i jak wysoką cenę płaciło się za jej brak.

Królestwa Judy i Izraela, dzieło brytyjskiego rytownika i kartografa Edwarda Wellera z około 1890 roku (zdjęcie: Wikipedia)
Lekcja płynąca z tego dnia nie polega na tym, że Izrael nieustannie balansuje na krawędzi zagłady. Prawdziwa lekcja mówi, że żadne osiągnięcie nie zwalnia narodu z odpowiedzialności. Pamięć to nie panika — pamięć to dyscyplina. Przypomina Izraelczykom i Żydom w diasporze, że odziedziczone państwo wymaga troski i ochrony. Mówi nam, że Izrael nie jest odległą abstrakcją, lecz częścią naszego dziedzictwa. Przypomina silnemu narodowi, że potęga pozbawiona mądrości może zostać łatwo roztrwoniona. A narodowi lękającemu się o przyszłość daje dowód, że zniszczenie nie musi oznaczać końca historii.
I to jest być może najważniejsza ze wszystkich lekcji: Tisza be-Aw upamiętnia upadek żydowskiej suwerenności, ale samo istnienie tego dnia jest dowodem na to, że naród żydowski ten upadek przetrwał.
Rzymianie zniszczyli Jerozolimę, ale nie zdołali sprawić, by Żydzi o niej zapomnieli. Zlikwidowali niezależność polityczną, ale nie wymazali świadomości narodowej. Rozproszyli Żydów po całym świecie, lecz nie zdołali przekonać ich, że wygnanie jest ich naturalnym stanem. Każdego roku Żydzi opłakiwali tę stratę, pamiętali o niej i przekazywali pamięć o Jerozolimie kolejnym pokoleniom. W końcu pamięć ta dojrzała do powrotu.
Dlatego Tisza be-Aw to nie tylko dzień żałoby. To jeden z fundamentów, na których odbudowano Izrael. Państwo żydowskie nie powstało znikąd — wyrosło z narodu, który nie pozwolił, by nieobecność stała się wymazaniem z historii.
Dziś, gdy czas nieobecności się skończył, stoi przed nami nowe wyzwanie: czy Żydzi potrafią posiadać własne państwo i nie stać się wobec niego obojętnymi? Czy Izraelczycy mogą prowadzić normalne życie, nie myląc normalności z wiecznością? Czy Żydzi w diasporze mogą spierać się o Izrael, pamiętając, że jest on czymś więcej niż tylko przedmiotem politycznego sporu? Czy żydowska suwerenność przetrwa nie tylko zagrożenia militarne, ale i powolną erozję historycznej świadomości?
Państwo żydowskie potrzebuje lotnictwa, wywiadu, dyplomacji, silnej gospodarki i bezpiecznych granic. Potrzebuje jednak również ludzi, którzy rozumieją, dlaczego ono istnieje. Potrzebuje pamięci na tyle silnej, by rodziła wdzięczność, poczucie odpowiedzialności i właściwą perspektywę.
Przez wieki Żydzi kończyli swoje uroczystości wspomnieniem Jerozolimy. Dziś musimy pamiętać o Jerozolimie, żyjąc w samym sercu jej odrodzenia. To może okazać się trudniejsze. Tęsknota wymaga wyobraźni — ochrona tego, co się posiada, wymaga dyscypliny.
Tisza be-Aw wzywa nas, byśmy na chwilę zatrzymali się w świecie bez Izraela. Nie dlatego, że taki świat jest naszą teraźniejszością, ale dlatego, że był naszą przeszłością. I dlatego, że pamięć o tej przeszłości może być największą tarczą chroniącą naszą przyszłość.
Izrael istnieje — i nie wolno nam brać tego za pewnik
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

